Batushka - Litourgiya

Po sąsiedzku stoi tu black metalowa galopada, doomowo-sludge'owy wolno toczący się walec i... znamjennoje pjenje, czyli chorały rodem z cerkwii.

|
lut 4 2016, 10:51am

Nie jednym leśnym satanizmem ekstremalny metal stoi - wiadomo od dawna. Nie musi więc metalowiec koniecznie na zakupy pływać drakkarem, a gitarę podpinać do dziupli w drzewie pradawnej energii. Może pozwolić sobie na inspiracje takie jak choćby starożytny Egipt u chłopaków z Nile, albo mitologia babilońska w przypadku pochodzących z - uwaga - Arabii Saudyjskiej Al-Namrood. Ba! Nie dalej, jak pół roku temu, słyszałem nawet suicidal black metal z... Chin. Z tej perspektywy dziwi, że Batushka to bodaj pierwszy (a na pewno pierwszy jeśli mówimy o całej zawartości płyty) polski metalowy projekt, który na warsztat bierze prawosławie. Że nikt wcześniej na to nie wpadł?! Logiczna to konsekwencja wschodniego pochodzenia, ale i naprawdę świetny materiał. Prawdopodobnie jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy debiut na scenie polskiej ekstremy w końcówce ubiegłego roku.

Z czym to się je? Ano trzon jest zdecydowanie symfoniczny i black metalowy. Symfoniczny nie jednak w znaczeniu niestrawnych cukierków Dimmu Borgir, a prędzej kłaniający się szlachetnej tradycji doom metalu, nawiązujący mocną merytorycznie korespondencję z tym, co za oceanem (choć przecież nie tylko) dzieje się w ramach sceny sludge. Po sąsiedzku stoi tu więc black metalowa galopada, doomowo-sludge'owy wolno toczący się walec i... znamjennoje pjenje, czyli chorały rodem z cerkwii. Batushka to po rosyjsku tyle, co ksiądz. Tytuł albumu oznacza oczywiście liturgię. Kolejne osiem "yektenii" to z kolei ektenie, czyli prawosławne chóralne litanie. Cała zawartość liryczna jest odśpiewana albo wyskrzeczana w języku staro-cerkiewno-słowiańskim. Nie martwcie się jednak, z zaufanych źródeł wiem, że nie jest to dziwaczny twór z gatunku, który zwie się unblack metalem.

Z zaufanych źródeł, bo Batushkę otacza nimb tajemnicy. Nic oficjalnie nie wiadomo o personaliach odpowiadających za projekt, choć co bardziej zorientowani w polskiej metalowej scenie co rusz podsuwają róznorakie tropy. To oczywiście polityka idąca patentem w rodzaju wspaniałego szwedzkiego festyniarstwa marki Ghost, czy niektórych polskich ekstremów z okolic Arachnophobia Records. Ale kto bogatemu zabroni?

Jeśli z kolei do czegoś się tu czepiać, to może do tego, że na "Litourgiyi" trochę za dużo w perce i gitarach Norwegii. Momenty, kiedy muzyka zbliża się natomiast do sludge'a to już czyściutki miodek, więc w ogniu blastów czasem chciałoby się słyszeć więcej ciężarowych zwolnień. Niektórych może też męczyć chóralność, szczególnie że to zabieg zastosowany z definicji bardzo konsekwentnie. No, ale ci zawsze mogą wyrzucić płytę i wrócić do zdzierania Watainów, czy innych 1349. Drugą łyżką dziegciu jest może to, że projekt jest na tyle konsekwentny, dobry i formalnie zamknięty, że nie bardzo widzę, w którą stronę można pójść z tym dalej nie wdając się w autokserówkę. Choć mówiąc już trochę żartem, prawosławni to niejedyna mniejszość żyjąca w różnych czasach na polskim Wschodzie, więc jeśli się uprzeć można pewnie z Kresów wykrzesać niejedną znakomitą płytę. Bo ta znakomita jest.