Pezet: Branża to brutalne ścierwo

"Młodzi wydają się mieć mało szacunku. Robią sobie z tego deficytu sposób na zaistnienie".

|
mar 17 2017, 10:52am

Bez Dogrywki: cykl wywiadów przeprowadzanych przez Andrzeja Całę i Marcina Flinta

Fot. Mikołaj Maluchnik. Za pomoc dziękujemy Martynie Konradowicz, klubowi Miłość i galerii sztuki Piktogram

Pezet jest artystyczną niewiadomą, więc nie mieliśmy pojęcia jak potoczy się ta rozmowa. Wyszła nam opowieść o niedojrzałości, trudach dorosłości, kondycji szołbiznesu, Polsce. Ale spokojnie, znalazło się miejsce i na O.C., i na Migosów, i Włodiego i na Bedoesa. To wierny zapis, bez cięć, przestawiania odpowiedzi. Paweł Kapliński na surowo.

Noisey: Trochę Cię nie było, potem na chwile wróciłeś, teraz znowu Cię nie ma. Jesteś dla słuchaczy nieuchwytnym celem.
Pezet: No... I chyba nie rozwieję za dużo wątpliwości. Jest tak jak mówicie, bo miałem trochę problemów zdrowotnych. Na tym polu zmieniło się na lepsze, ale przy okazji nabrałem dystansu do całej sceny, zobaczyłem jak to wygląda... Niby z różnych względów nadal powinienem być jej częścią, bo to mój zawód, innego nie mam, a trzeba myśleć życiowo, dorośle. Nie wydaje mi się, bym mógł zacząć robić coś nowego. A zarazem nie chce mi się być raperem.

Czyli wypalenie zawodowe dotyczy raperów jak każdego innego zawodu?
Ja nawet nie o tym. Jeszcze jesteśmy młodzi, ale dociera coraz więcej sygnałów, że sporo znajomych w naszym wieku choruje. Nie wiem, czy to taki czas, czy zawsze tak było i pewne rzeczy przed czterdziestką zaczynają doskwierać... Odkąd sam zacząłem mieć problemy ze zdrowiem - podkreślam, w tej chwili ustabilizowane - zacząłem dostrzegać takie rzeczy. Wcześniej kiedy dostawałem newsa o tragedii to ruszała mnie po ludzku, ale podchodziłem do tego na zasadzie "zdarza się, trudno". Teraz rusza mnie to inaczej, wiem z czym to się może wiązać. Angażuję się sam z siebie w pomoc innym.

To da się zauważyć po twoim facebookowym wallu. Rzeczywiście jest tego sporo.
Obawiałem się wręcz, że to może wyglądać jakbym zmienił działalność. Ale w sumie mi to nie przeszkadza. Wcześniej miałem kolokwialnie mówiąc wyjebane na takie rzeczy, teraz odpłacam za czas, kiedy to podejście było z mojej strony niewłaściwe. Nie przeczę, jest to kłopotliwe. Próśb jest tyle, że wyłączyłem sobie na fanpage'u otrzymywanie wiadomości. Życie jest jakie jest, każdy na jakimś etapie boryka się z coraz trudniejszymi problemami, prywatnymi, zdrowotnymi, różnymi. Jeżeli mam próbować wrócić na scenę, coś nagrać, coś zrobić to potrzebne mi są social media, tymczasem wchodzę na nie i zajmuje mnie wyłącznie ta dziedzina. Musiałem to ukrócić, co też nie było łatwe. Bo jak to się tak odwrócić, nie pomagać? Ale z drugiej strony trzeba mieć życie.

Muzyki też wrzucasz sporo. Zawsze miałeś chęć słuchacza edukować, być mu przewodnikiem, dać mu trochę inspiracji.
Bez przesady, to nie jest żadna misja. Już dawno temu zaczęło mi jednak przeszkadzać to, jak jesteśmy odbierani, że patrzy się na nas przez pryzmat wyłącznie naszej twórczości. Nie chcę uchodzić za blogera, ale znam kanon i czasem coś wrzucam, mam z tego przyjemność. Myślę, że moja muzyczna zajawka może być dla ludzi ciekawa. Reakcje potwierdzają tę wersję.

Jesteś nostalgiczny, chętnie wracasz choćby do lat 90.
Tak. To czas rozliczeń, od paru lat wałkuję sobie w głowie różne sprawy i bardziej mi się wtedy podobało.

Masz wrażenie, że rap ma najlepsze lata za sobą?
Totalnie. Doszedłem ostatnio do smutnego dla mnie wniosku, kiedy ktoś mówił mi o jakimś polskim raperze z tej nowej szkoły. Posłuchałem tego, stwierdziłem, że jest to zupełnie nie moja bajka, mruknąłem pod nosem "Jezu, jakie to jest złe". Ale może to wcale nie jest złe, tylko ja jestem stary? W końcu kiedy my robiliśmy muzę pod koniec lat 90., to dla ludzi tworzących muzykę chwilę wcześniej było to czymś zupełnie nieakceptowalnym.

Ale oni nie tworzyli muzyki hiphopowej. Zresztą nie byłeś typem hermetycznym. Miałeś na ten przykład etap grime'owy.
Proszę Was...

(Śmiech) No dobra, ale "Muzyka rozrywkowa" pomogła ugruntowywać się w Polsce nowemu hip-hopowi.
Wchodząc w ten klimat czułem jakby to była zupełnie nowa rzecz, bez barier, trochę w opozycji do mojego konserwatywnego podejścia z czasów Obrońców Tytułu. Ale był taki moment, że ja się od tego trueschoolu odwróciłem totalnie, zaczęło mnie to mentalnie irytować, ta próba narzucenia, że ma być tak, a wszystko inne jest do dupy. "Muzyka rozrywkowa" to jedno, jednak kiedy wróciłem po latach do "Muzyki poważnej", odebrałem tę płytę jako kompletnie niehiphopową. Emocjonalność to jedno, ale też praca Noona. Gdybym się uparł, znalazłbym tam i Depeche Mode. Dziwnych mamy w Polsce odbiorców. Zarzuca mi się, że ich obrażam, ale trudno mi nie powiedzieć, że są głupio konserwatywni. "Nie bo nie", postawa, która kojarzy mi się z obecnym rządem. Strasznie mnie to wkurwia.

A ta tęsknota za najntisami to bardziej muzyczna czy osobista?
Przede wszystkim tęsknię jako człowiek. Przez wiele lat - a mam ich teraz na karku 36 - nie zdawałem sobie sprawy, z tego jak strasznym byłem dzieciakiem. Uważałem, że jestem najmądrzejszy, a wszyscy dorośli, z rodzicami na czele, pierdolą głupoty, suszą mi łeb o rzeczy kompletnie nieistotne. Okazuje się, że znalazłem się w punkcie, w którym odkrywam, że dorosłe życie nie wygląda tak jak myślałem. Nie jest łatwo, zwłaszcza jak wciąż jesteś gnojem.

Nie miałeś możliwości harmonijnego ewoluowania krok po kroku. Kariera zaczęła Ci się pod koniec liceum, wszedłeś w nią z biegu. Solówki, płyta z bratem, Płomień 81...
Ostrego nie przebiję (śmiech). Nie było jak dojrzeć, przejść od etapu do etapu. Kariera w Polsce to kuriozalna sprawa, zwłaszcza rapera. Miałem to szczęście i nieszczęście załapania się do grona ludzi, którzy to zaczynali. Oczywiście chwilę wcześniej było 3H czy Molesta, bo to z tym się identyfikowałem, z warszawską sceną, ale uczestniczyłem w tym wystarczająco wcześnie, by uchodzić za klasyka. Tamto jest klasyk, to jest klasyk, pan tu siedzący też jest klasyk, jest mi bardzo przyjemnie, niesamowicie mi miło, choć nie mam się jak do tego odnieść. Co innego jest ważne - jesteś nastolatkiem, zaczynasz karierę. A ta wyglądała tak, że jak rozliczyłem się za pierwszy Płomień z Tytusem, to pojechałem do warszawskiego sklepu, gdzie można było kupić Ecko Unlimited, do Promenady, kupiłem sobie spodnie dresowe i t-shirt i było po wypłacie. Wróciłem do domu, do rodziców. Okej, masz osiemnaście lat, to nie jest czas na bóg wie jakie pieniądze. Potem był 2002, pierwszy koncert i pamiętam, że zgarnąłem tysiaka i jak poszedłem do Empiku, to wykupiłem niemalże wszystkie płyty hiphopowe jakie były. Duży strzał. Więc niby była jakaś gotówka, ale jeśli mam wracać do tamtych czasów... 

Szczerze mówiąc wolałbym mieć niż być. Jak mi się źle wiedzie, jest kiepsko, nie układa się, zaczyna się myślenie o finansach, pytam sam siebie "Na co ci to wszystko, Paweł?". Wejście w dorosłość nie było możliwe, bo z jednej strony byłeś gwiazdą, a z drugiej - gówno z tego miałeś. Cały czas czuję z tyłu głowy, że tak jest.

Całe pokolenie łudziło się, że z rapu przeżyje życie.
I jest szereg dowodów, że się da! Mógłbym lepiej żyć, gdyby pewne sprawy potoczyły się inaczej. Z drugiej strony jest też szereg dowodów, że się nie da. To jeszcze kwestia standardu. Będąc cały czas na świeczniku nie udało mi się dorosnąć. To zostało świetnie pokazane w filmie, któremu daleko może do genialności, ale należne trzeba mu odda. Mówię o "Jesteś Bogiem". Cholernie smutne jaki status majątkowy ma polski rap. Z czym musiał się borykać Magik, człowiek, którego już nie ma, bohater filmu i wielu ludzi. Film pokazuje, że facet był ikoną, na tyle rozpoznawalną, że nie mógł ot tak sobie incognito iść do sklepu. I nie miał z tego nic.

Z drugiej strony poszło dementi od Abradaba, że to nie był czas, kiedy trzeba było wydzierać wydawcy każde 50 złotych. Panowie grali koncerty i tak dalej.
Mi chodzi o godziwe życie. Tylko tyle. O tym, że paru nas wpakowało się w takie, a nie inne umowy można zrzucić wyłącznie na naszą głupotę, człowiek rozsądny podpisując rzeczy decydujące o jego przyszłości powinien się wokół nich zakręcić. Ale my żyjemy w bańce, nibylandii, świecie ludzi, którzy nie chcą mieć z odpowiedzialnością nic wspólnego. Zaliczam się do niego i to jest olbrzymi kłopot.

Własna firma, faktury...
Dostaję spazmów jak tylko o tym słyszę. Kiedy poznałem starych polskich wyjadaczy rockowych i zobaczyłem jak bardzo dbają o "zaiksy", to doszedłem do wniosku, że ja w takim razie nie mógłbym robić muzyki. Pisząc kawałek czułbym się jak księgowy. To wymagałoby zmiany zawodu. Albo nagrywałbym same gówniane kawałki. I tak nagrałem ich w chuj, ale były też rzeczy spoko. A tak siekałbym same gnioty. Tak uważam.

Mówiłeś, że rap to twój zawód i nie za bardzo chce Ci się pracować. Normalna rzecz, tyle, że jak stolarzowi się nie chce pracować, to i tak może wstać, pójść do warsztatu, zrobić stół. A u was to jest artystyczna działalność. Nie porwiesz ludzi tekstem, który nie porwie ciebie samego.
Właśnie o to mi chodzi. Szedłem na takie kompromisy, wypuszczałem rzeczy, z których byłem niezadowolony. Szereg razy uprawiałem chałturnictwo. Artysta musi być wybitny - ja nie jestem wybitny, mówimy o kimś kalibru Toma Waitsa - żeby nie mieć takiego momentu. Inaczej to go czeka. Staram się temu nie poddać. Jestem na tyle mądry albo na tyle głupi, sam nie wiem. Będąc starym...

Przerwiemy, bo powtarzasz to jak mantrę. Jeszcze kawał życia przed Tobą.
Statystyki są różne, nie chcę iść w stronę gadania "wyjdziesz z domu i spadnie ci cegła na głowę". No tak, jeszcze kawał życia. Ale wrócę do tych rockmanów. To jest działalność, przedsiębiorstwo. Wstają rano, mają ustaloną robotę, od tej do tej godziny siedzą i piszą teksty, potem jest to, to i tamto. Dla mnie to nie ma nic wspólnego z byciem artystą. Staram się nie uprawiać rzemiosła.

Twój brat, Małolat, mówił to samo.
A widzicie. Tu może wchodzić jeszcze w grę gen rodzinny. Jesteśmy patentowanymi leniami. I koniec.

Ale tak patrząc skąd się rap wywodzi, to było rzemiosło. Wodzirejka na Block parties, żeby ludzie trzymali ręce w górze, a dziewczyny piszczały dlatego, że jesteś zajebisty. Użytkowa muzyka, design słowa.
Muzyka w ogóle jest użytkowa i również za to ją kocham. Tylko, że - nie wiem jak to nazwać, bo nie chcę tu robić z siebie drugiego Da Vinciego, pana artysty i pleść o natchnieniu - bywa, iż coś cię tknie. Ja najlepszych tekstów nie pisałem na akord. Przychodziły i natychmiast biegłem do domu po to, żeby je zapisać od razu, teraz. Poniedziałek, 16.30, siedzę na obiedzie z dziewczyną i nie ma bata. Cześć, jadę. To jest najlepsza rzecz. Mam takich impulsów coraz mniej. Mam wrażenie, że wpadłem w pułapkę. Mam umiejętność pisania o rzeczach nieszczęśliwych, umiem o tym gadać, z literatury i filmów wyniosłem ten głupi, gówniany etos. Tylko, że takie teksty sprawiają, że jestem stłamszony, ogarnia mnie depresja. Mam tego dosyć. Gdybym mógł, objąłbym posadę bankiera i wypełniał formularze w Excelu, nie zapracowując się przy tym za bardzo. Trochę żartuje, ale tylko trochę, nie byłoby tych pieprzonych emocjonalnych huśtawek.

Ciężko, coraz trudniej wziąć się z wiekiem za film czy książkę, które są dobre, ale traumatyczne.
Dawno temu dyskutowałem o tym ze swoją mamą. Próbowałem liznąć offowego kina, ciężkich klimatów, ryjącej beret twórczości. Ona powiedziała mi, że już nie może oglądać takich rzeczy. Ja niby mogę, ale teraz nie mam ochoty. Jak dotknie cię coś, co sprawia, że ostateczny koniec życia przestaje być dla ciebie abstrakcyjny, to dostarczanie sobie skrajnych emocji jest niepożądane. Zawsze lubiłem wpierdolić sobie filmem "Funny Games" Hanekego. Wróciłem do niego rok temu i co? Miałem tydzień z głowy. Byłem zniszczony tym dołującym, śmierdzącym gównem. Po co mi to w życiu?

"Requiem dla snu" Aronofsky'ego...
Dokładnie! Kiedyś się do tego modliłem, Jak miałem nową randkę i szedłem z laską do kina na film tego typu i była w opcji "ja pierdolę, jakie to jest przerażające i ciężkie. Nie czuję tego", to ja z kolei od razu myślałem, że nie mogę być z taką babką, co to niczego nie kuma. Niech se baba idzie na jakąś komedię, której ja nie będę mógł znieść. A teraz odwrotnie - film ma mnie nie męczyć. Jesteśmy starzy, czy co?

Z drugiej strony jak oglądasz głupoty, to pojawiają się wyrzuty sumienia. Marnujesz czas, którego jest coraz mniej.
Czas mówicie... Nie marnować go... A ja myślę, że czas to jest coś, na co nie masz wpływu. Nie masz go wykorzystać, tylko spędzić. I tyle. Owszem, wcześniej postrzegałem go w ten właśnie sposób, chciałem wykorzystać do maksimum, bo dużo zmarnowały melanże. To będzie straszny banał, ale po swoich życiowych perypetiach, kiedy nie jestem w stanie żyć na sto procent, to żyję inaczej, chce mi się przeżyć dzień. Nigdy w życiu nie przeżyłem dnia w opcji "jestem tutaj". Byłem miesiąc później, gdzieś tam. Płyta, rodzina, wakacje... Nie ma pieniędzy? Aha, to teraz zarobimy pieniądze. Przeczytałem siedem fajnych książek, dobra, ale to o dwadzieścia za mało. Wyleczyłem się z tego, choć okupiłem to cierpieniem. Czas się spędza!

Ludzie, którzy tworzą muszą karmić mózgi, dostarczać bodźców, szukać inspiracji. Wracałbyś z tego banku o którym wspominałeś pusty jak dzban, wyrzuty z myśli, po serii beznadziejnych small talków...
Small talki to zło. Najgorzej jest w Stanach. Jako, że byłem tam ostatnio pozwolę sobie na dygresję - ciągnie mnie do tego kraju, kocham go, ale to sztuczne napierdalanie chit-chat talking jest nie do wytrzymania. Wracając do meritum - jestem w takim punkcie, że coś tam robię, ale powoli, zupełnie inaczej niż kiedyś. Rano się zabieram do czegoś, po czym miesiąc nęka mnie opcja "pierdolę, nie robię tego w ogóle". Ranga tego co mnie spotkała była taka, że wręcz nie mam ochoty przepuszczać tego przez swoją wrażliwość, przerobić. Artystę do działania napędza przeżycie, cały czas to mieli i próbuje przekazać, wyrzucić z siebie emocje, a ja doszedłem do takiego emocjonalnego punktu, że wcale nie miałem ochoty tego wyrazić. To się gotuje we mnie cały czas. Zrozumiałem czemu nie piszę kawałków, napisałem raptem cały jeden, ostatnio wyszedł, nie jest najbardziej przyjemny i hiciarski. Ja nie jestem już wstanie napisać bragga, połamać rymów, udowodnić, że jestem w stanie porapować sobie na jakimś innym bicie. Nawet nie mam ochoty, w dupie to mam. Mieli się we mnie coś takiego, że jak się przemieli i pierdolnę ten tekst, to chyba umrę z wycieńczenia. Wręcz odpycham to od siebie, odmóżdżam się w zamian.

Słuchając tych młodych raperów, którzy nie mają nic dla ciebie, mają za to milionowe wyświetlenia, nie pojawia się choćby śladowa chęć utarcia im nosa?
Nie. Mam totalną zgodę na to, żeby robili sobie co chcą. To jest ich czas, ja mogę tego nie kumać, ale let it go. Rób swoje jeden z drugim. Nawet nie jestem zły. A kiedyś byłem! Miałem tego w chuj, ba, rywalizowałem z ludźmi, z którymi się trzymałem. Na Reebok Hip-Hop Tour oglądałem występujących przede mną JWP czy Pelsona z Vieniem i myślałem tylko, że im pokażę, jak wyjdę na scenę. Kiedy ktoś mnie zapraszał do kawałka, chciałem być od niego lepszy. Tego już we mnie nie ma. Słucham innej muzyki, co innego mnie kręci, zastanawiam się czy w rapie jest na to miejsce. Bo zaśpiewać, nie zaśpiewam. Mogę położyć tekst, może być w nim nie być rymów, może to nie być rap, tyle. Trochę się w tym wszystkim pogubiłem, popełniłem taki patetyczny szit jak "Muzyka emocjonalna". To za żadne skarby nie był hip-hop. Hiphopowiec to ten nonszalancki skurwysyn, który mówi ci jak nawijać, jak żyć i że jest królem. To gdzie to względem tego stoi?

Za oceanem już w latach 90. znalazłbyś w jakimś deszczowym stanie jakiegoś brzydkiego, białego, niedowartościowanego, gnojka, który wyrzygiwał rapem swoje emocje pośród mu pokrewnych...
Takie Atmosphere, tak? Widzicie, to jest dla mnie super rzecz, ale nie hip-hop. Tak to odczuwam. Oczywiście jak wejdziesz w gatunek w Spotify czy Tidalu to takie rzeczy też ci wyskoczą. Dla mnie rap to Nas, Jay-Z, Guru, Rakim i tak dalej.

Narzekamy na konserwatyzm odbiorców, ale jak postawisz takie Smiff-n-Wessun obok Migosów, to to są przecież dwa systemy walutowe. Jednej i drugiej muzyki nic nie łączy.
Nauczyłem się takiej rzeczy, że tu nie chodzi o hip-hop, tylko o to, czy coś jest dobre, czy chujowe, czy chwyci, czy chce mi się do tego tańczyć, cokolwiek. Dla mnie Migosi są chujowi. Po prostu. Kurwa, jak barszcz. Wieśniaki. Oni i im podobni. Ja tam zawsze sobie coś znajdę. I Lil Durka zdarza mi się posłuchać z zajaraniem, nie mam problemów z głupimi murzynami z getta, którzy są hustlerami. Zawsze mnie to kręciło i kręci. Połączenie ciot i wieśniaków nie kręci mnie jednak nijak. To jest poziom disco polo.

Ale my tu wpadamy w taki ton, że nie akceptujemy czegoś ze względu na wiek. A to nie do końca tak, bo kręciło nas sporo młodych kotów. Ktoś miał problem do takiego A$AP Rocky'ego?
Ja nie, choć już po niego nie sięgam, i nie wiem co się z nim dzieje. Ale jak wychodził, to było coś niesamowitego. Koleś z Nowego Jorku robi te południowe rzeczy jak nikt. Oczywiście nie napina się na to, żeby mówić o życiu mądre rzeczy. Bitches, bitches, bitches, narkotyki, ciuchy.

No właśnie, to jest raper, którego dziewczyny słuchaczy rapu mogą znać nie muzyki, a z magazynów lifestyle'owych.
No trudno. Co kto lubi. Ja też się lubię poubierać, ale nie aż tak.

No tak, nie ma u nas rapera który byłby gotowy przyjść na Fryderyki w sukienkach. Chociaż był taki jeden, któremu dostało się za podejrzanie żeńską kreację. Ściął się ze swoim obozem.
Może to smutne, a może nie, ale z tego się wyrasta. Oni muszą sobie popyskować, my też przecież musieliśmy. Nie wiem jak to mnie świadczy, ale nie odpowiedziałbym teraz na żaden diss. Żaden. Gówno mnie obchodzi kto i z jakiego rocznika by mnie zaczepił.

Nawet gdyby pojechał ci po rodzinie?
Pewnie całe środowisko hiphopowe mnie skreśli, zwłaszcza ci od kryminału, ale gdyby tak się stało, poszedłbym do adwokata, powiedział "Dzień dobry, ten i ten obraża moją rodzinę, a ja nie mam ochoty się z nim napierdalać czy przepychać. Proszę załatwić z nim sprawę o zniesławienie o to, o tamto, o zagrożenie mojej rodziny". Bez zawahania zaangażowałbym odpowiednie służby porządkowe.

Może to już jedyna metoda, żeby przyciąć pazurki tym, którzy stracili poczucie jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Młodzi wydają się mieć mało szacunku. Robią sobie z tego deficytu sposób na zaistnienie. Tak było przez jakiś czas w co najmniej kilku przypadkach, a to, co do mnie dociera, pokazuje, że to nadal tak działa. Może i działało zawsze, w Stanach i tak dalej, ale dla mnie do pomyślenia jest żeby zaistnieć dissując np. Włodiego. No kurwa, w życiu bym tego nie zrobił. Myślę co udało się osiągnąć mi i moim kolegom, którzy zaszli wyżej, mocniej rozwinęli działalność, i trzeba być mocno smutnym, żeby knuć beef po to, żeby coś się w twojej karierze zadziało.

Czasem raperzy zaglądają sobie w życiorysy tak mocno, jakby na potrzeby konfliktu wynajęli prywatnych detektywów. Zresztą nawet nie muszą wynajmować, często to wszystko leży w Internecie. A Internet nie zapomina.
Oglądaliście "Black Mirror"? To mi się z tym kojarzy. Wszystko zmierza w stronę inwigilowania się nawzajem, ludzi, którzy nie żyją ze sobą a obok siebie, sztuczności, tkwienia w telefonie. Nie daj boże przyjdziesz do swojego kumpla albo napiszesz, że coś cię boli, że jest źle, a za chwilę jesteś memem, nikim. Zjawisko nie do skontrolowania, ale strona, w którą zmierza - okropna. Dzieciaki nie znają sobie sprawy z tego jak prosto doprowadzić rówieśnika do samobójstwa. 

Ostatnio była opcja z internautą piętnującym kulturystę. Ten go ścigał, ścigał, aż w końcu wraz z władzami dorwał. Gdyby padł prawomocny wyrok w tej sprawie, koleś, a raczej jego rodzice, by się nie wypłacili. Nagrano więc filmik i zafundowano gnojowi prace społeczne. Ciekawe, czy to mu otworzyło oczy na cokolwiek. I czy dotarło to do takich jak on. Pewnie nie. A kulturysta, wielki chłop, to zapewne silnie psychicznie gość. Jak zachowałaby się w takiej sytuacji twoja dorastająca córka? Ma kryzys i tak ją cisną. I co? I "Sala samobójców". To wciąż bardzo aktualny temat, również w środowisku hiphopowym. Kumam kreowanie, bycie newschoolowym, modnym - wszystko. Ale jak widzę typa z Parzęczewa Dolnego, który ma złote okulary, złote zęby, tunikę i fioletowy teledysk, bo cały jest, kurwa, z kodeiny, to nie wydaje mi się ani trochę wiarygodny. To śmieszne. Od razu kojarzy się z beefem, cyberbeefem, dojechaniem sobie, byłej dziewczynie. To generuje i przedstawia takie wartości, takie wyrzucie się z refleksji, dobra i empatii wobec innych, że jest dla mnie nieakceptowalne. Ale może znam temat zbyt powierzchownie i się mylę? Wy recenzujecie, do mnie docierają szczątkowe ilości.

A Bedoesa słyszałeś? Jedynka OLISu, milionowe wyświetlenia, Młody Wilk Popkillera. W kawałku promującym akcję wjeżdża broniąc swojego prawa do bycia nieprawdziwym. Linijki "Ty mówisz tylko prawdę, wierz mi, rozumiem / ja też ci powiem prawdę, mam pieprzyk nad chujem" szeroko komentowano.
Słyszałem go. A to wejście jest akurat spoko, nie mam problemu z kreacją. Choć ja trafiłem na cały numer o wpierdalaniu Xanaxu. Myślę że on tego nie robi i bardzo dobrze. Ale level jest taki, że zaraz zaczną robić to szesnastolatki. Dobrze tym tropem idąc może ja namawiałem kiedyś na "Muzyce Rozrywkowej" szesnastolatki do wciągania kokainy? Nie wiem. Pewnie trochę tak. W pewnym sensie. Dla mnie to jednak inna skala.

Zapewne sporo było po tej "Rozrywkowej" chłopaków, którzy chcieli się z Tobą napić i dziewczyn, które chciały się zabawić.
Wiadomo. Co ciekawe, jak "Rozrywkowa" wyszła, to w ogóle nie piłem alkoholu, bo stwierdziłem, że mam dosyć. To utrzymało się przez kilka lat. A na koncertach co chwilę "napij się, tu masz kreskę, tam dupę". To była czysta kreacja, wchodziłem na scenę i robiliśmy opcję "Gdyby miało nie być jutra", "rozjebiemy ten klub". A potem "no to cześć, ja spadam do hotelu, bo muszę jutro wcześnie wstać". Ale energia sceniczna to jeszcze inna rzecz, trochę jednak odcięta od twórczości. Albo wychodzisz i rozpierdalasz, albo idź naucz się grać na trąbce, lub zmień zawód.

Swoją drogą raperzy pozwolili wejść swoim słuchaczom na głowy i butami w ich życie. Jan-rapowanie nawinął, że "dzieciaki stąd mnie szanują / bo wiedzą, że zawsze zostanę ich ziomem". My wiemy, że te wersy nie odkleją się nigdy i może ich żałować.
Jak możesz odciąć się od fana? Albo będąc skończonym chamem i mówiąc mu "wypierdalaj", albo będąc w takim momencie kariery, że on nie ma do ciebie dostępu. A taka funkcja w ogóle nie istnieje w polskim szołbiznesie. Jak ja słyszę o naszych celebrytach, no to jest to śmiech. Udawanie. Może gwiazdki typu Doda miały takie statusy u szczytu swoich zarobków i - nie wiem, wymyślam - oddzielną windę do apartamentu. Generalnie jednak nie ma pieniędzy, żeby coś takiego się zdarzyło. Ej, w tym kraju złota płyta jest za piętnaście koła. To jest śmiech. Jaka niby gwiazda? Fajnie, że ktoś cię lubi, coś przekazałeś, może jesteś mądry, a może masz inny atut. Ludzie robią kariery, nie wiem jak to się dzieje, ale Rytmus na Słowacji robi po wielokroć większą karierę niż - przy całym szacunku - Wojtek Sokół czy ja.

Przypomina się VNM, który walczył z tym obrazem rapera-biedaka, mówiąc, że z rapu ma mieszkanie. Albo Bisz, który przyznał, że wyjął z rapu sto koła, a Mielzky kazał mu je dobrze schować.
Wszystko jest kwestią punktu odniesienia. Oczywiście, wspomniane sto koła to kwota, która może wydawać się bardzo duża dla kogoś, który ma ledwo średnią krajową i nie zawsze co do garnka włożyć. A że trzy czwarte osób w tym kraju ma taką sytuację... Dorabiasz się mieszkania i fajnie, ale jeśli hipotetycznie masz status gwiazdy, to wciąż jest tylko trochę ponad przeciętną. Ale są też tacy, którzy mają wille i jeszcze Ferrari. Tylko oni raczej nie są artystami, prędzej mają cementownię. No dobrze, w latach 90. mogły się jeszcze zdarzać cuda graniczące z wyłudzeniem, bo żyliśmy i żyjemy w kraju absurdów, ale teraz szołbiznes tak nie wygląda.

Przed oczami staje Włodek, który nagrywa raczej mało, nie pcha się na każdy możliwy koncert, bo najchętniej siedziałby w domu. I może przeżyć z rapu, ale na skromnym poziomie pozwalającym mu utrzymać rodzinę z dwójką dzieci bez żadnych ekstrawagancji.
Słyszałem ostatnio nowe single Włodka, lubię go słuchać, uważam, że to mądry facet z ciekawymi spostrzeżeniami, utożsamiam się z nim. To jest właśnie przypadek prawdziwego polskiego artysty hiphopowego, niczego nie udaje i nie ma szansy zapewnić sobie z tego innego bytu. To jest słabe, ale tak tu po prostu jest. To ikona dla wielu ludzi, tak jest odbierany kiedy wychodzi na swoją Słurzeźnię i dzieciaki zbijają z nim piątki. Rękę sobie dam uciąć za to, że jest dobrym człowiekiem, ale są takie dni, że go to zupełnie wkurwia. Jest w opcji "ja jebię, gdzie są moje pieniądze?", albo "odpierdolcie się ode mnie".

I pewno słucha jak wszyscy. Gdzie twoja emerytura? Gdzie ubezpieczenie?
Nie przerażajcie mnie! Musieliście to powiedzieć?

Ale spójrzmy na Stany. Taki O.C., który nagrał klasyka jakim bez wątpienia jest "Jewelz". Albo Pharoahe Monch w dwupokojowym mieszkaniu...
Tak, tam potrafi być z tymi ikonami bardzo źle. Różne są zresztą statusy. My sobie siedzimy i gadamy o O.C., ale gdybyś zapytał dzieciaka, który słucha sobie Migosów, nie będzie nawet wiedzieć kto to jest.

Analogicznie gdybyś zapytał fana Guziora o Wigora czy Pono, o ludzi, którzy byli tu kiedyś bardzo duzi, a teraz mają grono słuchaczy mniejsze od pierwszego z brzegu typa, który wydziera mordę na trapach...
Wszystko przemija. Branża to brutalne ścierwo.

Życie nauczyło rozrzutności?
A jakże, nauczyło rozrzutności i braku szacunku do pieniądza. Fajne było pobalować, dziewczyny popodrywać, najdroższe flaszki kupić. Trochę pieniędzy przepierdoliłem, choć Ziobro by raczej komisji nie zwoływał, żeby to rozliczyć.

Tede powiedział Bartkowi Strowskiemu, że przepuścił bańkę.
Tak? To możliwe, jednak z całym szacunkiem, ale on musiał tak powiedzieć. Taki ma wizerunek. No offence.

Na koniec coś pozytywnego poprosimy. "Muzykę pozytywną".
Jeżeli chodzi o muzyki wszelkiej maści to naprawdę nic nie wiem panowie. Mam multum zajebistych w moim mniemaniu bitów Auera, genialnych i koniec. Ma wenę, mógłby obdzielić nimi sześć scen. Leżą u mnie, powstał jeden kawałek, tak to działa. Coś tam mam napisane, tu, tam, siam, sram. Ale kiedy to będzie? Wiem, że musi być. I koncerty też muszą. Jeden szykuje się już na wiosnę, w Warszawie, tu muszę powalczyć. Pojechanie w trasę złożoną z 20 występów jest z punktu widzenia mojego zdrowia nadal problematyczne. Jeden występ mogę zagrać na sto procent, nikt się nie połapie, że coś jest nie w porządku, nie ma szans, najwyżej wezmę Ketonal, ale rozpierdolę.

Pokrzepiasz się małymi rzeczami, na przykład meczem Barcelony.
Tak, zaraz grają rewanż z PSG! (rozmawiamy w przeddzień meczu wygranego 6-1, poprzedni FCB przegrała czterema bramkami - przyp. red) Wierzę, że będzie 5-0 dla Barcy. Jeżeli oni by coś takiego zrobili, to pisałaby się historia, bo nikomu wcześniej to się nie udało. Pięknie się odkuli kiedyś w meczu z Milanem, no ale nie tak. Kocham Barcelonę, najchętniej mieszkałbym 50 metrów od Camp Nou. Łaziłbym tam na każdy mecz. Byłem ostatnio na meczu właśnie tam, pierwszy raz, nie da się tego z niczym porównać. Ja wiem, że to jest absurd, ale nie jestem tak związany z Legią jak z tym katalońskim klubem. Legię oglądam, częściej mnie to frustruje niż cieszy, bardzo bym chciał, żeby było trochę inaczej, a z Barcą mam tak, że kibicowałem jej już jako gnojek. Później miałem to w dupie bo oglądałem NBA, ale i tak była gdzieś obok. Również za sprawą kolegi z liceum, Wojtka. Absurd, bo to zahacza u mnie o kibolstwo. Jakbym był zdrowy, to bym się za nią pobił, gdyby było trzeba. I mam odpowiednich do tego towarzyszy - Mormon, Panda, Robert, który był kiedyś z nami na meczu w Championsie, zobaczył kibica Realu, zdjął koszulkę i był gotów się napierdalać. Chora głowa (śmiech). Barca mnie cieszy, nawet jak przegrywa. Co innego ma mnie cieszyć?

Tylko czekać aż zaczniecie narzekać na współczesną Barcelonę jak na współczesny hip-hop.
Na pewno tak będzie. To drużyna nie z tej ziemi, a ten stan rzeczy nie może trwać wiecznie. Choć trwa od Rijkarda aż do teraz, może z małą przerwą na czas Taty Martino.

Czyli w Katalonii mógłbyś zamieszkać. A w Stanach?
Też. W Nowym Jorku, choć teraz byłem akurat na Florydzie, w związku ze zdrowotnymi historiami. Ale trochę pozwiedziałem. Fajnie, ładnie, ciepło, palmy, piękne plaże. Tylko nie ma co tam robić.

Zależy co lubisz. "Dextera" oglądałeś?
Tak, ale akurat nie byłem w Miami. Nie liznąłem, choć wszyscy reklamują mi je jako taki kurort na melanże. Zresztą od latynosek wolę blondynki.

Te to w Los Angeles. Po liftingu.
W Los Angeles też byłem i powiem wam, że zero zajawki. Brzydkie miasto. Fajnie, bo gadamy jakbym był potentatem naftowym (śmiech), a to nie do końca tak jest. Trzeba jednak powiedzieć, że hip-hop pozwolił mi zwiedzić kawał świata. Musiałem więc tych pieniędzy trochę zarobić. Piękna sprawa, dzieciństwo mam takie, że do 17 roku życia nie byłem nigdzie za granicą. Pierwszy wyjazd był do Czech. Większość wycieczek związana była z rapem - Londyn, Szkocja, Irlandia, Niemcy, Francja, Chicago, Nowy Jork. Kiedy pierwszy raz byłem w Chicago, cieszyło mnie, że wchodzę do sklepu spożywczego, a piwo jest o takie wielkie. Ekstra.

No więc masz 36 lat. Tak sobie wyobrażałeś kiedyś siebie?
Nie do końca. Nie chcę się użalać nad tym zdrowiem, bo absolutnie nie jest tak, że jestem niezdolny do czegokolwiek. W końcu poukładałem sobie w głowie, nie jestem typem, który każdy weekend spędza na melanżu, ułożyłem sprawy prywatne z byłą rodziną, bo to temat który na zawsze zostaje, ale nie doskwiera mi teraz od rana do wieczora. Ale gdybym był teraz w pełni sił, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Byłbym młodym typem, miał perspektywy na hajs, śliczną córkę, nie był bejem, bo jakiś czas byłem i aż za dobrze wiem czym to grozi. Życie to piękna sprawa. Umiem wyjść z domu i cieszyć się tym, że trawa jest zielona. Dosłownie. Zwłaszcza jak poczujesz, że za chwilę może tego nie być. Nie wiesz o co chodzi w tym całym życiu, możesz wymieniać różne wartości, ale nie wiesz co ma być tym twoim szczęściem. Ale to wokół takich pierdół trzeba je budować.