Noiseyhttps://noisey.vice.com/plRSS feed for https://noisey.vice.complFri, 01 Dec 2017 08:03:00 +0000<![CDATA[10 najważniejszych płyt: Piotr Rogucki]]>https://noisey.vice.com/pl/article/7xwpe4/10-najwazniejszych-plyt-piotr-roguckiFri, 01 Dec 2017 08:03:00 +0000Charyzmatyczny wokalista, tekściarz i aktor. A po godzinach juror w telewizyjnych programach muzycznych. Bez względu jednak na to, co robi ,oddaje się temu w całości. I nie szuka wymówek i dróg na skróty, ale zawsze "kombinuje" - nie lubi półśrodków. Po prostu pasjonat. Nic dziwnego, że wzbudza kontrowersje. Ma wielu fanów, ale też oponentów. Ale kiedy spotkasz się z nim na kawie i zacznie opowiadać o swoich ukochanych albumach to godzina mija w oka mgnieniu. Oto zapis naszego spotkania. Ciekawe, w jakim stopniu wasz gust pokryje się z wyborami wokalisty Comy? To co? Zaczynamy?

Wpływ wybranej z wielkim trudem "dziesiątki" (dlaczego tak mało!) na moją muzyczną świadomość był rzeczywiście bardzo wyrazisty. Ale też doznania związane z poznawaniem tych płyt są rozmaite. Zwłaszcza, że nie szukałem tej muzyki sam, ale "podtykali" mi ją również różni ludzie, których spotkałem w swoim życiu. Sądzę, że poznanie nowego artysty rodzi się na poziomie spotkania - z twórcą, który próbuje zarazić cię swoją muzyką. Tak właśnie było w okresie mojego najbardziej intensywnego poznawania nowych rzeczy - gównie dzięki "Liście Przebojów Programu 3" Marka Niedźwieckiego. To właśnie sposób prowadzenia tej audycji i rzeczy w niej prezentowane ukształtowały mnie chyba najmocniej. Na szczęście ten proces poznawania jeszcze się nie kończy, dzięki czemu cały czas trafiam na nowe, fascynujące rzeczy…

George Michael "Listen Without Prejudice Vol. 1", 1990

Jednym z artystów, którego poznałem dzięki trójkowej "Liście", i który miał na mnie ogromne wpływ, był George Michael. Właśnie dzięki płycie "Listen Without Prejudice Vol. 1", którą - jak zresztą wszystkie inne rzeczy wówczas - słuchałem na kasetach. Najpierw na kultowym "Kasprzaku". Później - chyba na 11. lub 12. urodziny - dostałem magnetofon typu "jamnik" - taki ze świecącymi diodami. A pierwszymi tytułami, które kupiłem na kasetach, były "I Do Not Want What I Haven't Got" Sinead O’Connor i właśnie "Listen…" George’a Michaela. To była płyta, przy której… oszukiwałem rodziców. Mówiłem im, że idę spać, a chowałem magnetofon pod kołdrę i wsłuchiwałem się w te piosenki. Przez co przez wiele tygodni chodziłem niedospany. I pogorszyły mi się oceny.

Nie znałem angielskiego, bo w szkole był rosyjski, dlatego z małym słownikiem tłumaczyłem słowa tych piosenek, żeby zrozumieć, o czym George śpiewa. Moim najbardziej ulubionym kawałkiem z tego krążka jest "They Won't Go When I Go". Totalna ballada. A to był czas, kiedy trochę fascynowała mnie poezja śpiewana. "Listen…" było dla mnie kwintesencją spotkania artysty z człowiekiem. Uwiodło mnie to, że on tą swoją intymnością podzielił się z nami w taki piękny sposób. Wniknął głęboko w moja głowę ze świadomością, że w muzyce nie zawsze musi być ostro, silnie, dynamicznie. Że nie zawsze wszystko musi być wykrzyczane, żeby dotarło do świadomości i przekształciło się w rodzaj marzenia. A wreszcie ta płyta sprawiła, że są do dziś we mnie wielkie pokłady tego nieznośnego romantyzmu, którego nie jestem w stanie wyrugować ze swojej podświadomości. Nawet jeśli miałbym wrzucić swoją twórczość w jakieś sztywne formy, to on zawsze gdzieś tam, w moich piosenkach się odkłada.

Tomasz Stańko Septet "Litania: The Music Of Krzysztof Komeda", 1997

To było bardzo świadome, pierwsze poważne ukochanie muzyki jazzowej…

Tomasz Stańko ze swoimi własnymi kawałkami i interpretacjami - jak chyba wszyscy artyści w moim zestawieniu - wykracza poza granice hermetyczności swojego gatunku. Tym samym otwiera słuchaczom drogę do otwarcia się na bardziej skomplikowane dzieła w danej dziedzinie muzyki. I to właśnie Stańko był dla mnie twórcą, który zaraził mnie miłością do brzmienia trąbki, a później jazzu w ogóle. "Litanię" poznałem dzięki mojemu ówczesnemu przyjacielowi - podróżnikowi i pozytywnemu freakowi. Słuchaliśmy jej w samochodzie, przy pełnej prędkości, jadąc na obóz harcerski gdzieś w jeleniogórskie. Musze przyznać dziś, że nieco szarżowaliśmy, braliśmy zakręty zbyt ostro, ale tak właśnie niosła nas ta muzyka - wyciskaliśmy z silnika co się dało, mając oparcie w tej kontemplacyjnej i tak naprawdę bardzo rozpaczliwej muzyce. To była pierwsza płyta, przy której poczułem ciarki. Przy której powstrzymywałem się przed upustem tego nadmiaru emocji w postaci łez. No i do tej pory wszędzie rozpoznam to charakterystyczne "pierdnięcie" pana Tomasza - tak, wiem, że to brzydkie słowo, ale właśnie tak mówi się w jazzowym slangu na dmuchnięcie w trąbkę, czy inne dęciaki. Od tamtej pory stałem się wielkim fanem tego postacią - również ze względu na bezkompromisowy życiorys.

A wreszcie ta płyta drzemie gdzieś na dnie mego serca jako rodzaj wyzwolenia umysłu - nie tylko ze strachu przed prędkością i ewentualną kraksą, ale przed wyobrażeniem formy, którą - zanim usłyszałem "Litanię" - była piosenka.

Henryk Mikołaj Górecki "III Symfonia (Symfonia Pieśni Żałosnych)", 1995

To był album, do którego, przy pierwszym przesłuchaniu, trudno mi było podejść. Nie rozumiałem muzyki klasycznej, nie za bardzo ją również lubiłem. Ale te tony i brzmienie głosu wokalistki u Góreckiego sprawiały, że chciałem wysłuchać jego dzieła jeszcze raz. Nie od razu zrozumiałem też tekst. Ale kiedy przeczytałem słowa to już nigdy później, jak również wcześniej, nic mnie tak nie poruszyło - rozpłakałem się jak dziecko i nie potrafiłem tego płaczu powstrzymać przez bodaj kwadrans. To był rodzaj niemal mistycznego uniesienia. I ulgi. Przeniosłem się w mistyczny świat Góreckiego. Twórcy, który nie miał zbyt łatwego żywota - po wydaniu "III Symfonii" został oskarżony przez swoje środowisko o to, że porzucił klasykę, stał się komercyjnym kompozytorem. Zapłacił za swoje arcydzieło sporą cenę. A dla mnie był to wstęp do muzyki klasycznej - kolejna "graniczna" płyta, która potrafiła uchylić mnie, laikowi w temacie klasyki, drzwi do tego niezwykłego, trudnego, ale też pięknego świata. Właśnie wtedy zakochałem się w śpiewie operowym.

To był też moment, w którym zrozumiałem, że dowolny gatunek muzyczny (oczywiście zawarty w odpowiednią konstrukcję, czyli formę), zawierający odpowiednią ilość szczerości i prawdy ma olbrzymią siłę. I jest w stanie wywołać na dowolnym słuchaczu emocje podobne do tych, które związane są z najbliższą mu sferą artystyczną. Ale jeżeli zamknę się w szufladkach i zdecyduję, że moje życie będzie skoncentrowane tylko wokół muzyki rockowej (bo jest mi z tym wygodnie), to zubażam swoje życie o tak szeroki wachlarz emocji i piękna. I jedynym usprawiedliwieniem dla takiej postawy jest fakt, ze wyobrażam sobie, że… będę żył jeszcze jeden raz, żeby ten błąd móc naprawić.

Rage Against The Machine "Rage Against The Machine", 1992

To była niebezpieczna dla mnie płyta. Bo wzbudziła we mnie bunt. Bezkompromisowy i usprawiedliwiony. "Skoro oni tak mogą, to dlaczego nie ja" - myślałem wówczas. To było jak zapalnik w głowie młodego człowieka, który poczuł: teraz mogę już wszystko i wszystko mi wolno…

To był też okres, kiedy zaczynaliśmy zabawę z zespołem rockowym Coma. A RATM to była jedna z naszych pierwszych inspiracji. Kiedyś oglądaliśmy - oczywiście na kasecie VHS, bo nie było wówczas YouTube - ich występ na jakimś festiwalu. I tam pod sceną było chyba z milion ludzi. Istne morze skaczących fanów emocjonalnie reagujących na muzykę zespołu, który z taką determinacją i siłą manifestował swój sprzeciw cywilizacji korporacji i kapitalizmu. Ja też im uwierzyłem. I chciałem być tacy jak oni. To był ten pierwszy raz, kiedy identyfikowałem się z buntem, który niesie muzyka. Poczułem siłę przekazu, jaką niosą słowa połączone z muzyką. I choć pewnie większość ludzi z tego pamiętnego koncertu nie poszła za tymi hasłami, to pewnie zapamięta ten moment na zawsze.

Drugi raz, kiedy poczułem podobną siłę, tak silną, że mógłbym wyjść na ulicę i rzucić się na kogoś z pięściami, miałem po obejrzeniu filmu "Podziemny krąg". Później nauczyłem się, niestety, że za idealizm, bunt, nonkonformistyczne postawy płaci się sporą cenę. Dlatego trzeba wypracować coś na kształt złotego środka - pielęgnować w sobie marzenia buntownika, ale wdrażać je przez bardziej cywilizowany sposób. Bo to daje lepsze efekty - jest skuteczne i działa znacznie dłużej.

Wojciech Waglewski "Waglewski Gra-żonie", 1991

Taki właśnie rodzaj dyscypliny, której zazdroszczę i jestem wielkim fanem - i która była dla mnie przez długi czas nie do zdobycia - znajduję w twórczości Wojciecha Waglewskiego. Nie tylko w ramach Voo Voo, ale również, a może przede wszystkim, na płycie, którą napisał dla swojej żony. To płyta złożona ze zwykłych piosenek, ale zrobionych z wielkim smakiem, dyscypliną, nieprzeszarżowanych. A jednocześnie zrobionych z ogromną fantazją, zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Bo właśnie słowa są tu olbrzymią, intymną siłą.

Od czasu, kiesy usłyszałem jen po raz pierwszy, nosze je w sobie i nucę. Nawet kiedyś zastanawiałem się, czy nie pokusić się o to, żeby poprosić Waglewskiego o możliwość nagrania jakiegoś coveru z tej płyty. Albo zrobić taką płytę dla własnej żony. Cały czas kołaczą mi się w głowie te pełne miłości słowa:

Nie widzę w tym nic złego, że czasem gdy
Szukam gdzieś noclegu, a miasto już śpi
I setki wtulonych par zdumionych tym,
Że noc tak krótko trwa - zazdroszczę im

Zazdrościłem Waglewskiemu, że potrafił zrobić taki album. I zabawne jest to, że dwa miesiące po tym, jak ta płyta została moim przyjacielem, graliśmy razem z Voo Voo - w krakowskiej "Rotundzie", pod patronatem fundacji charytatywnej dla chorych dzieciaków. Jako suport. To był 1999 lub 2000 rok. Zapytaliśmy: „jak było”? A pan Wojtek odpowiedział tylko: "za głośno". Dziś już wiem, co miał na myśli (śmiech). I w sumie mnie to nie dziwi - graliśmy wówczas zapoconego maczo-rocka, jak ktoś o nas powiedział.

Kanye West "Yeezus", 2013

Ponieważ opowiadam płytach, które ukształtowały moją artystyczną świadomość, to dochodzę do wniosku - i za to dziękuję losowi - że proces kształtowania się mojej świadomości jeszcze się nie skończył. Czyli cały czas pojawiają się albumy, które swoim impaktem są w stanie wpłynąć na kierunek, który obieram jako twórca.

Niestety nie wszyscy są w stanie to zrozumieć. Na przykład fani, którzy wrzucili nas do określonej szufladki muzycznej i chcieliby, żebyśmy grali zawsze tak samo. Ale ja, kiedy słyszę taką płytę, jak niezwykły, postmodernistyczny i stworzony z kolaży "Yeezus", to nie jestem w stanie się powstrzymać i nie przewartościować swojego myślenia o muzyce. Jeśli więc robię sobie pranie mózgu słuchając przez pół roku tylko tego albumu (i robię to z rozkoszą), to on wchodzi we mnie wręcz mechanicznie. Dlatego to chyba naturalne, że z kolei rok czy półtora później ta muzyka wychodzi ze mnie wręcz każdym porem mojego ciała. Po prostu pocę się nią!
Ważne jest też to, że w tym okresie, kiedy poznałem Kanye Westa pojawiła się FKA twigs ze swoim "LP1". A oba te albumy łączy postać producenta o pseudonimie Arca - genialnego, kontrowersyjnego wizjonera z Wenezueli, m.in. współautora brzmienia krążka "Vulnicura" Björk. To również dzięki niemu zacząłem inaczej myśleć o muzyce, bardziej skupiać się na rytmie niż melodii. Doszedłem do wniosku, że od tego momentu będę koncentrował się na warstwie tekstowej jako na warstwie tekstowej, a na warstwie melodycznej tylko poprzez tekst. Mam wrażenie, że dzięki temu moje pisanie stało się odrobinę swobodniejsze - ponieważ znacznie trudniej pisać do gotowej melodii. Teraz więc w Comie szukamy w tekście rytmu, który pozwoli nam osiągnąć tę samą nośność co melodia, którą zastępujemy np. poprzez dodanie partii klawiszy.

Stanisław Soyka "Soyka. Sonety. Shakespeare", 1995

Mam płyty, które są dla mnie ważne przede wszystkim za sprawą tekstu. Takie jak ta…

Najpierw spotkałem się z sonetami Szekspira w postaci pisanej. Zresztą jako fan jego dramatopisarskiej twórczości, sam próbowałem "podrasować" sobie warsztat i pisać sonety. Taki rodzaj zdyscyplinowania bardzo się przydaje. Nie pomyślałbym jednak nigdy, że ktoś to tych sonetów może zrobić muzykę. Dlatego kiedy usłyszałem płytę Soyki pomyślałem, że jest po prostu… bezczelny! Byłem fanem jego "prostych", łatwych dokonań, za którymi on sam zbytnio nie przepadał. I mówił, że nie jest fanem swoich tekstów, np. w rodzaju "Cudu niepamięci" - bardzo dobrego przecież numeru. A już jego "Sonety" to dla mnie osiągnięcie na miarę światową. Podejście rytmiczne, melodyczne i muzyczne do tych skostniałych form, którymi są teksty sonetów - zrytmizowanych w sposób cholernie regularny - to moim zdaniem wielka sensacja! Wydarzenie szczytowe między popem a poezją.

Wspominam z rozrzewnieniem koncert promocyjny tego materiału - pan Stanisław był chyba trochę zmęczony, nawet strofował publiczność: "Jak macie klaskać na raz, to już lepiej, żebyście w ogóle nie klaskali". Albo: "Macie być instrumentem, pomagać mi a nie psuć" (śmiech)! Był absolutnym szefem…

A jego interpretacje to jak wyjście z zakrętu, którym były zrytmizowane strofy Szekspira - znowu dar i stymulacja do tego, żeby iść na całość. Robić trudniej. Nie ułatwiać słuchaczowi, ale być bardziej ambitnym. Bo na pewno znajdą się odbiorcy, który to docenią, zinterpretują. A taki słuchacz, któremu oddaje się sto procent prawdy, choć może jest w mniejszości, to jest najcenniejszy.

Wojciech Kilar "Bram Stoker's Dracula (Original Motion Picture Soundtrack)", 1992

To był świat muzycznej ilustracji, który porwał mnie na długie miesiące! I znów kaseta na "Kasprzaku", a potem na "jamniku" z diodami. I to wnikanie w przestrzeń delikatności i narracji muzycznej. I okazało się, że pewne muzyczne elementy są w stanie zastąpić słowo. Oczywiście najłatwiej o to w muzyce filmowej, ale zafascynowany tym zjawiskiem znalazłem paralelę między muzyką ilustracyjną, a twórczością świadomych artystów rockowych. Twórców, którzy czasami - zamiast dodatkowego słowa, albo kolejnej strofy - używają dźwięku, żeby skomentować to, co się wydarzyło w piosence.

Takie rzeczy dzieją się np. u PJ Harvey, Davida Bowie, ale też Pawła Cieślaka, którego miałem okazję poznać, kiedy został producentem naszej ostatniej płyty. Stosuje on metodę, według której muzyka nie jest wyłącznie warstwą nośną melodii i dźwięku, ale osobnym językiem interpretującym rzeczywistość, która wydarza się w utworze. To będzie truizm, ale powiem, że u Kilara to jest nagminne. A nagromadzenie tych napięć między dźwiękami, a głosem w "Draculi" (i użycie głosów, jako tła) sprawiły, że zrozumiałem, że narzędziem do tworzenia muzyki może być dosłownie wszystko. Często słuchałem tej płyty w nocy, a zawarty w niej klimat grozy przenosił się na skórę - ta płyta była narkotykiem dla wyobraźni. Pogłębiała moje wnętrze, kiełkowała nowymi odkryciami.

No i te elementy polskości, ludowej nuty w "Draculi". To też ważne, żeby zamiast bezmyślnie wzorować się na amerykańskości czy uniwersalności języka muzycznego szukać własnej drogi i tożsamości.

Pink Floyd "The Wall", 1979

Poznałem ten album, kiedy miałem 17 lat - jechaliśmy pociągiem jakieś 12 godzin z Łodzi w Sudety, znów na obóz harcerski, a ja miałem okazję przesłuchać "The Wall" chyba ze trzy razy. Potem oczywiście zobaczyłem film. I znów ujęło mnie to połączenie środków wyrazu, czyli przekraczanie tej cienkiej granicy wyrażania rzeczywistości artystycznej poprzez różne media. Ta idea łączenia aktorstwa z muzyką towarzyszy mi do dziś, wręcz mam ją w naturze.

A "The Wall"? Wiadomo - rock opera. Co dziś kojarzy się źle - z rozbuchanym, pompatycznym i tandetnym przedstawieniem. A to przecież rzecz ambitna i prekursorska jeśli chodzi o brzmienie. Oczywiście historia muzyki rockowej zna wcześniejsze albumy konceptualne, ale dopiero ten zaistniał w szerszej skali. Dzięki Pink Floyd zacząłem inaczej myśleć o muzyce - jako o medium, które niekoniecznie musi być zbiorem pojedynczych, osobnych utworów, ale spójną całością. To dzięki temu albumowi zrobiliśmy trzy krążki z Comą - właśnie w tej formie. A i ja, solowo, zacząłem działać na bazie koncepcji - łącząc swoją muzykę - czy z dramatem, czy to tworząc bohatera i przedstawiając go na tle różnych wydarzeń.

David Bowie "Outside", 1995

Najważniejszy dla mnie album w mojej przygodzie z muzyką. Rzecz epokowa, efekt geniuszu Bowiego, który tym krążkiem powrócił do współpracy z Brianem Eno.

Płyta, którą pokazał mi Adaś Toczko, jest muzycznym, rozbuchanym oceanem, do którego nie można wetknąć już żadnego elementu własnej wyobraźni - bo on to robi za ciebie. Tu nie ma już miejsca na interpretację – jest tak nasycony elementami dźwiękowymi, a jednocześnie tak pełny, że wręcz zniewala muzycznie i brzmieniowo. Absolutnie bezczelna płyta artysty-geniusza - efekt przepuszczenia przez siebie strumienia nadmiaru pomysłów, które wcześniej Bowie powściągał, hamował - na przykład dobierając takich, a nie innych muzyków. W przypadku "Outside" ta forma została kompletnie uwolniona, jakby cała muzyka "wylała" się z niego.

I choć ten album nie był komercyjnym wydarzeniem, to dla mnie jest cały czas jest to objawienie - dowód bezkompromisowości, za którą musiał płacić - ale konsekwentnie doprowadzonej do końca. Z kropką, a nawet wykrzyknikiem w postaci albumu "Blackstar" i - niestety - śmierci.
A wracając do "Outside" - oto płyta, która jest konglomeratem, zbiorem tego wszystkiego, co najlepsze z czasów, kiedy Dawid Bowie był w najlepszej twórczej formie. Ten sposób narracji, te monologi były dla mnie informacją, że rock to forma wyrazu - wystarczy tylko przestać myśleć o ewentualnych słuchaczach i odważyć się, poddać się i użyć własnej wyobraźni i pomysłu na dane dzieło. Wtedy osiągasz wolność artystyczną, uwalniasz się od oczekiwań, wymogów rynku. "Music is Outside". Muzyka jest poza tym wszystkim - poza światem klasyfikacji, który jest nam dostępny.

Właśnie tym albumem Dawid Bowie daje nam przepis na życie - jeżeli jesteś w stanie wyzwolić się z formy, którą przynosi rzeczywistość, to wychodzisz na zewnątrz, jesteś ponad lub poza tym wszystkim…

]]>
7xwpe4Artur SzklarczykAndrzej CałaFeaturesCOMA10 najważniejszych płytpiotr rogucki
<![CDATA[Enter Shikari - The Spark]]>https://noisey.vice.com/pl/article/wjze4m/enter-shikari-the-sparkThu, 30 Nov 2017 08:30:00 +0000 I jak tu ich nie lubić? Nie dość, że każda następna płyta Enter Shikari jest coraz lepsza, to jeszcze w ich muzyce jest tyle energii i bezpretensjonalności, że słuchanie ich nowego albumu powinno być zalecane przez lekarza. Zwłaszcza teraz, jesienią. Na przykład zamiast witaminy D3.

Pamiętacie? Zaczynali jako zespól posthardcore’owy. A tak przynajmniej brzmieli na "Take To The Skies" w 2007 roku. Już wówczas ich ciągnęło od sampli, bitów i syntezatorów, które "plumkały" sobie gdzieś w tle. Ale nawet na następnym wydawnictwie "Common Dreads" (2009) wciąż była to grupa gitarowa. Nic więc dziwnego, że ich kumplami z tras koncertowych były core’owe, punkowe i nu metalowe kapele. Znamienne, że niezawodny serwis last.fm do dziś upiera się przy tym (co jest do sprawdzenia po wpisaniu hasła "similar artists"), że podobnie do Ener Shikari grają dziś na przykład: Eskimo Callboy, letlive., Crossfaith, A Day To Remember, Bring Me To The Horizon czy Attack Attack! Jednym słowem szybkie i ostre kapele lubiące "lutować" riffami. Czasami nawet w formie gitarowej ściany dźwięku.

Ale w przypadku do Anglików to se ne vrati. Za późno. Dziś kapela sympatycznego i naładowanego energią (niczym króliczek pewnego producenta baterii) Roughtona "Rou" Reynoldsa - wokalisty, klawiszowca i lidera tej fantastycznej grupy robi wszystko, żeby fani zapomnieli o jej rockowych początkach. Albo inaczej - nie tyle zapomnieli (bo to przecież bardzo ważny okres w kształtowaniu się stylu i tożsamości artystycznej tej brytyjskiej kapeli), ale potraktowali rockowy łomot jako zamknięty rozdział w historii grupy.

Ten nowy, bardziej eklektyczny kwartet z Hertfordshire otworzył dwa lata temu krążkiem "The Mindsweep". - Ten album jest o wiele bardziej zróżnicowany niż nasze poprzednie krążki, zwłaszcza wokalnie. Głównie dlatego, iż zyskaliśmy pewność siebie. Poszerzyliśmy nasze wpływy. Melodia i agresja zawsze będą najważniejsze w naszej muzyce. Tym albumem podjęliśmy wspólnie wysiłek, aby skoncentrować się też na strukturze utworów. Oprócz naszych sztandarowych gitar, perkusji, gitary basowej, elektronicznych aranżacji, na krążku pojawia się wiele nowego instrumentarium. Komponowanie muzyki na instrumenty dęte i smyczkowe oraz późniejsze ich nagrywanie przyniosło nam wiele satysfakcji. Czuliśmy się tak, jakbyśmy osiągnęli nowy wymiar w naszej muzyce - mówił o płycie wokalista zespołu.

Tę (r)ewolucję Anglicy kontynuują na najnowszym, piątym wydawnictwie "The Spark", które już przy pierwszy spotkaniu atakuje słuchacza, ogromną energią - skumulowaną w dziesięciu (nie licząc intro) fantastycznych utworach. Nie wiem, jak wam podoba się najnowsze wcielenie ES, ale ja już po pierwszym spotkaniem z nowym ich materiałem pomyślałem, że jest to jeden z najlepszych tegorocznych albumów z electro-rockiem. A na pewno ta sama, znakomita półka, co "American Dream" LCD Soundsystem, "Love What Survives" Mount Kimbie, "I See You" The XX czy "The OOZ" King Krule. Zresztą - wiecie rozumiecie - co kto lubi…

Ja na przykład ogromnie cenię sobie tzw. muzyczną kulturę, która u świadomych artystów wyraża się znajomością korzeni i ewolucji poszczególnych nurtów. To wszystko miał choćby wspomniany już album LCD Soundsystem, który odnosił się i przywoływał echa klasyki muzyki rozrywkowej - zarówno amerykańskiej, jak i brytyjskiej. Podobne cytaty znajdziemy również na piątym wydawnictwie Enter Shikari. Wokalne intro jak z repertuaru Queen w "Live Outside", połamane breaki à la… The Prodigy i Apollo 440 w zdecydowanie najlepszym "Rabble Rouser", coldplayowska ballada "Airfield" czy wreszcie duch Sex Pistols i Joy Divison w "Undercover Agents" - takich smaczków jest tu wiele, ale nie chcę psuć wam znakomitej zabawy w odgadywanie muzycznych tropów na tym rewelacyjnym krążku.

Wspomnę więc tylko, że to nie tylko syntezatorowa płyta. Gitary są, a jakże! Choćby w niemal thrashowym finale "An Ode To The Jigsaw Pieces". Albo w takim (jednak) postcore’owym i mocno politycznym "Take Me Country Back". Bo teksty to równie ważna, osobna wartość. Tak jak i wokal Rou, który fajnie "sempleni" z cockneyowskim akcentem - niczym choćby Mike Skinner z The Streets. Ale kiedy trzeba potrafi naprawdę srogo wrzasnąć.

Znakomita płyta! Bez dwóch zdań.

]]>
wjze4mArtur SzklarczykAndrzej CałaFeaturesEnter ShikariRecenzjealternatywaopiniethe spark
<![CDATA[10 szybkich pytań: P.A.F.F.]]>https://noisey.vice.com/pl/article/ne7eem/10-szybkich-pytan-paffThu, 30 Nov 2017 07:00:00 +0000Dekada na muzycznej scenie - jako P.A.F.F., Paff Bangerski. Na co dzień Paweł Kasperski, bardzo ułożony, sympatyczny koleś z wielką muzyczną zajawką. Jego pełen artystyczny dorobek znajdziecie chociażby tutaj, a poniżej poznacie go trochę bliżej od strony... przeróżnej.

Pasją do muzyki zaraziły mnie…

Zaraziły mnie niemieckie telewizje muzyczne. Mniej więcej od 10. roku życia oglądałem MTV i VIVĘ od rana do wieczora, dzięki czemu byłem na bieżąco z tym, co się dzieje w muzyce. Największe wrażenie robili na mnie elektroniczni didżeje.

Pierwszy koncert, na którym byłem, wspominam…

Wspaniale. Był to Armin van Buuren we wrocławskiej Hali Stulecia, miałem 16 lat. Wtedy byłem mocno wkręcony w muzykę trance i jego set zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Do większości numerów z jego występu wracam do dziś.

W tworzeniu muzyki najpiękniejsze jest…

Możliwość uzewnętrznienia siebie bez werbalnego lub pisemnego opisywania tego, co mi chodzi po głowie. Tworzenie własnego świata, który tylko ja rozumiem w pełni, a słuchacze są w nim gośćmi. Utwór, który pozornie brzmi jak "tępy" imprezowy banger, może mieć o wiele głębsze podłoże, o którym nikt poza mną nie ma pojęcia.

Za to niemiłosiernie wkurzające jest…

Bycie szufladkowanym przez słuchaczy, ocenianym przez pryzmat tego, co się robiło na przykład 10 lat temu. Nie lubię też długo czekać na gościnne zwrotki - jestem jednym z tych producentów, którzy zazwyczaj pracują szybko, chcą z siebie to wszystko wywalić i mieć z głowy, a nie dopieszczać niuanse przez kolejny miesiąc.

Muzyki najczęściej słucham w…

W domu albo w komunikacji miejskiej. Staram się sprawdzać co się dzieje nowego w różnych gatunkach muzycznych. Lubię być na bieżąco.

Wpadka podczas pracy w studiu, do której zawsze wracam z uśmiechem…

Nie przypominam sobie żadnych wpadek w studiu. Wszystko jeszcze przede mną! (śmiech)

I wtopa podczas występu na żywo, po której chciałem zapaść się pod ziemię…

Nie jest to w zasadzie moja wtopa, ale nic innego mi nie przyszło do głowy. Kilka lat temu grałem na imprezie w Krakowie z Jillionaire'm z Major Lazer. Klub znajdował się dość daleko od centrum, ale mimo wszystko byliśmy pewni, że przyjdzie pełno ludzi, bo to jednak Major Lazer. Impreza była dość mocno nagłośniona w internecie. Ku naszemu zdziwieniu, na parkiecie było może z 20 osób. Mimo wszystko, nie było źle.

Fragment recenzji mojej płyty, który na długo utkwił mi w pamięci i z którym kompletnie się nie zgadzam…

Do tej pory nic takiego mnie nie spotkało. I jestem tym zdziwiony (śmiech)! Nawet recenzja Flinta, której mocno się obawiałem, nie dostarczyła materiału do odpowiedzi na to pytanie. Tylko się cieszyć.

Muzyka pozwala lepiej zrozumieć świat czy to świat pozwala lepiej zrozumieć muzykę…

Zdecydowanie to pierwsze. Ja nie ogarniam świata. Gdyby nie muzyka, to totalnie nie umiałbym się odnaleźć w rzeczywistości.

Gdybym przez najbliższy rok nie mógł/ nie mogła nagrywać ani koncertować, wolny czas poświęciłbym na…

Podróże. Jest kilka miejsc na świecie, które chciałbym odwiedzić. Oprócz tego wziąłbym się za prowadzenie audycji radiowej o muzyce. Puszczałbym wszystko. Chciałbym się tego kiedyś podjąć.

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.


POPRZEDNIE ODCINKI CYKLU ZNAJDZIESZ TUTAJ

]]>
ne7eemAndrzej CałaRedakcja FeatureswywiadPrzesłuchanie NoiseyCzytelniaunitra audiop.a.f.f. paweł kasperski
<![CDATA[Kroki: Wszystkie chwyty dozwolone]]>https://noisey.vice.com/pl/article/gyj474/encyklopedia-elektroniki-kroki-wszystkie-chwyty-dozwoloneTue, 28 Nov 2017 09:17:07 +0000

Mainstream

Szatt: Niegdyś dość pejoratywne określenie w polskim rapie. Chyba nadal mi tam mentalnie nie po drodze.
Jakub: Oj nie lubię tego słowa. Wykorzystywane jest głównie w negatywny sposób. Ciekawi mnie gdzie jest granica między mainstreamem a alternatywą, może ty mi powiesz?
Paweł: Źle mi się kojarzy to słowo… Z czymś pospolitym, co wszyscy chcą mieć, coś co jest wszędzie i wrzucone w jakieś konkretne ramy.

Bloom

Szatt: Było, minęło. Jednak to fajny początek współpracy z chłopakami.
Jakub: Piękne otwarcie płyty "The King Of Limbs" Radiohead.
Paweł: Mam w zasadzie jedno skojarzenia. Płyta Szatta, którą nagrał jakiś czas temu no i oczywiście gościnny udział nas na tej płycie (pierwsze starcie bez znajomości Krokietowych ludzi).

Kompromisy

Szatt: A komu to potrzebne? No chyba, że nie jesteś czegoś pewien, wtedy ugryź się w język i poczekaj kilka dni. Pewnie mieli rację.
Jakub: Jestem przygotowany na nie za każdym razem gdy spotykam się z chłopakami (haha). Dobrze jest czasem powiedzieć sobie nie.
Paweł: Bez kompromisów nic by na świecie nie wyszło. Jest to naturalne zjawisko wśród ludzi czy zwierząt.

Wolność

Szatt: Robisz to, co sprawia Ci przyjemność i totalną radość. Nigdy kosztem innych, rzecz jasna. Wolność to szczęście, a szczęście to spokój.
Jakub: Wszyscy o niej mówią, ale nie wszyscy nią żyją.
Paweł: Wolność to oczywiście wolność umysłu, z którą ludzie sobie najczęściej nie radzą. Bez wolności nic nie wychodzi.

Flying Lotus

Szatt: Strasznie bolały mnie oczy po jego audiowizualnym występie w Warszawie. A poza tym to właśnie jest przekraczanie granic gatunkowych.
Jakub: On zawsze będzie kojarzył mi się z przekraczaniem granic i trolowaniem ludzi. Ale trzeba przyznać, jest geniuszem.
Paweł: Jedna rzecz mi się kojarzy z Flying Lotusem - to oczywiście Thundercat, basista. Gdyby nie on w zasadzie całe moje granie pewnie nie miałoby sensu. Pierwszy muzyk po Jaco Pastoriusie, który totalnie mnie zainspirował i zatrzymał na chwilę.

Marzenia

Szatt: Osiągasz coś po kilku latach i stwierdzasz, że właśnie spełniasz / spełniłeś swoje marzenie. Choć nie zakładałeś wcześniej, że to twój cel i szczyt pragnień. Całkiem fajne uczucie.
Jakub: Fajnie że zawsze jakieś są. Nawet jeśli spełnisz jedno z nich, to w jego miejsce pojawia się coś nowego. Na zasadzie… - zjadłem obiad, a teraz napiłbym się piwka.
Paweł: Każdy je ma i każdy powinien je mieć. Bez marzeń nie ma spełniania ich, czyli tego, co jest najlepsze.

Kroki stawiane z rozwagą czy od razu dwa do przodu?

Szatt: Aktualnie oduczam się nieustannej analizy. Muzyka cierpi przez rozwagę.
Jakub: Nie mogę generalizować wyboru stawianych kroków. Raz stawiam je z rozwagą, a innym razem lecę przed siebie z zawiązanymi oczami. Ale niestety znając swój charakter, częściej wybieram tę drugą opcję.
Paweł: Kroki na pewno stawiane z rozwagą, wszystko trzeba robić z spokojem. Bez tego łatwo się jest zagubić samym ze sobą, a co dopiero w zespole.


T-Mobile Electronic Beats jest wszędzie tam, gdzie dobre emocje łączą ludzi. To projekt, który odkrywa i promuje ciekawe, wartościowe wydarzenia w świecie kultury i mediów. Electronic Beats jest blisko muzyki, technologii i sztuki, bo właśnie tam kryją się inspiracje warte wspólnego przeżywania.

]]>
gyj474Andrzej CałaRedakcja Karol GrygorukFeatureselektronikawywiadrozmowakrokiEncyklopedia Elektroniki
<![CDATA[W.E.N.A. postawił na "Leniwe Dni"]]>https://noisey.vice.com/pl/article/a375ge/wena-postawil-na-leniwe-dniTue, 28 Nov 2017 07:00:00 +0000Już 1 grudnia do sklepów trafi "Niepamięć", trzeci regularny solowy longplay W.E.N.Y. Kontrowersyjny pomysł na promocję wydawnictwa, którym było usunięcie się rapera z mediów społecznościowych i garść przemyśleń na temat przesadnego przywiązania młodych ludzi do konsumpcjonizmu, wielu osobom nie przypadły do gustu, ale już single zwiastujące płytę spotykają ze zdecydowanie pozytywnym odzewem. Nie inaczej powinno być tym razem - refleksyjny, przepełniony melancholią kawałek "Leniwe Dni" wyprodukował Holak, a wzbogacił partiami saksofonu Bartek Tracz. Dodając do tego świetnie zrealizowany obrazek, dostaliśmy naprawdę kapitalny singiel.

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.

]]>
a375geRedakcja Andrzej Całarapwenapolski hip hopInfo z PolskiLeniwe Dniniepamięć
<![CDATA[Paula & Karol wypuszczają nowy klip i ruszają w jesienną trasę koncertową]]>https://noisey.vice.com/pl/article/kz3vgx/paula-and-karol-wypuszczaja-nowy-klip-i-ruszaja-w-jesienna-trase-koncertowaWed, 22 Nov 2017 10:00:00 +0000 No i ta wspomniana elektronika. A tej - co prawda delikatnej, subtelnie użytej, jakby "ilustracyjnej", jest najwięcej od czasów debiutu P&K. I cóż z tego, "pierwsze skrzypce" gra tu - jakby żywcem wyjęta z westernów - gitara akustyczna (czasem brzmiąca jak ukulele, a czasem też jak banjo). No i te dwa głosy, żeński i męski. Pauli i Karola. Ależ się tego świetnie, bezpretensjonalnie i absolutnie niezobowiązująco słucha! - pisaliśmy w lipcu w recenzji ostatniej płyty sympatycznego duetu.

Przyszła pora sprawdzić repertuar z "Our Town" w klubowych okolicznościach. Lada moment grupa rusza w trasę, a na zachętę zaprezentowała też nowy teledysk. Obrazek możecie zobaczyć u góry strony, zaś poniżej lista miast i terminy jesiennej trasy Pauli & Karola.

24.11 // WARSZAWA // Grizzly Bar
25.11 // BIELSKO BIAŁA // Aquarium
26.11 // CHORZÓW // Szuflada
01.12 // BYDGOSZCZ // Mózg
02.12 // ŁÓDŹ // Żarty Żartami
03.12 // OLSZTYN // Andergrant
08.12 // KRAKÓW // Alchemia
10.12 // POZNAŃ // Meskalina

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.

]]>
kz3vgxRedakcja Andrzej CałaPOPNowe teledyskiInfo z PolskiOur TownPaula & Karolmy friends
<![CDATA[Kuba Knap - Najlepsze wyjście]]>https://noisey.vice.com/pl/article/evb3a4/kuba-knap-najlepsze-wyjscieWed, 22 Nov 2017 09:00:00 +00001. "Najlepsze wyjście" to trzecia pozycja w dyskografii Kuby Knapa. Nie trzecia w ogóle, trzecia w tym roku. I w wersji limitowanej dołączył dodatkowy krążek. Czwarty. Widzę szaleństwo.

2. Ale w tym szaleństwie jest metoda. I jak ten Knap będzie lecieć, to nikt nie wyłączy. Najwyżej przeskipuje kilka piosenek.

3. Na pewno "Stołki". O mamuniu, czegoś takiego nie było odkąd Diox otworzył w naszym rapowym Hogwarcie komnatę sucharów. "Miękki jak naturalny cycek", "Twoje życie to lipa, jak drętwieje ci dupa", "Nikt mi nie skrobie marchewek, to ja obieram cele". I jeszcze flow porozciągany jak swetry fanek Nirvany. Ble.

4. "Tylko takie dni" też straszą. Knap chciał mieć swoich "Plażowych Plejbojów" i spoko, tylko przy całej Eisofilii zapomnieliśmy, że ten numer to był obciach. Ten Kuby też jest obciachowy, to mógłby nagrać Norbi.

5. Słucha człowiek "Krótkich i długich", cieszy się dobrym refrenem, spoko napisanym, pojechanym wysoko i z chórkami…

6. (a "Karafka Beduinów" jasno pokazuje, że Kuba umie refren schrzanić, przegadać na amen i potem jeszcze w nieskończoność go powtarzać)

7. ("Może się stać" byłoby pewno numerem płyty, gdyby właśnie nie niepotrzebnie cedzony refren; jak bit trochę cyka, to od razu trzeba strzykać słowami?)

8 …no więc słucha człowiek "Krótkich i długich", wtem... "naszykowałem ci bamboszki / na śniadanie mi zrobisz parówę, pofruniesz na weekend na Kubę". Oj, tanie linie. Facepalm Air.

9. Ale i tak należy stłumić w sobie chęć skipowania, żeby usłyszeć co robi tu gitarzysta i saksofonista. Piękne rzeczy.

10. W ogóle "Najlepsze wyjście" powinno być wzorem odnośnie tego jak wykorzystać gitarę w hip-hopie. Czy to Kieras, czy Aleksy, jest znakomicie. A jak jej nie wykorzystywać? Odsyłam do onanistycznej solówki w "Puszerze" HIFI Bandy.

11. Człowiek od parów i drętwych dup rzuca w singlowym "Zawsze" linijki na miarę "Jesteś window shopper? Dla mnie to bieda szyby" i porusza go "Polska spita i wbita na obcas właścicieli osiedli". Może jest dwóch Knapów?

12. A "Zawsze" to dobry singiel. Te dęciaki i skrecze, ta sprężystość brzmienia Returnersów…

13. Swoją drogą jak to jest, że Returnersi zmonopolizowali właściwie rynek tzw. "bitów jak kiedyś". Tak jakby raperzy, którzy chcieli łomoczące bębny, sample i skrecze mieli jeden numer telefonu.

14. "Może się stać" też jest Returnersów i całkiem progresywne jest to biciwo. Pełzający bas, haty, ciekawa redukcja i rozpłynięcie gdzieś po środku numeru. Ciekawe.

15. A jednak nie ma to jak połączenie Knap-Szogun. Działa od rewelacyjnego "Mhm". Posłuchajcie bębnów i perkusjonaliów w "Opowieściach zza baru kontuaru". To jest numer płyty.

16. Nie tylko dzięki Szogo, bo dobrze słucha się rapera, który wie kto to Olu Dara i Jonasz Kofta.

17. No i Knap nawinął w "Opowieściach…" słowo "duperszwanc". Nie ma drugiego rapera, który by tak nawinął. Piona za szczery slang.

18. I za "wyszczerzoną dwumetrową wieżę", bo Kuba jest mistrzem pociesznych autoprezentacji. Kiedyś wypisze te wszystkie określenia, obiecuję.

19. Nikt inny nie zarapuje też "aniołku". "Knap, aniołku" - gdyby Kuba robił i sprzedawał bity, mógłby sobie zrobić z tego dżingiel, taki audio-stempelek jak u konkurencji, tylko mniej idiotyczny.

20. Za to wciąż wielu raperów uważa, że fajnie wrzucić na album minutę rozmowy telefonicznej. Gdybym chciał posłuchać typa, który między kawałkami dzwoni, to bym poszedł na koncert Ostrego.

21. Ale typa takiego jak w "Łajza Menelli" to akurat chce się słuchać. Flow Knapiwa pręży się najlepiej w kalifornijskim klimacie, gdy coś sobie nieustannie plumka i brzdąka, można podśpiewać.

22. Opis "To się nadrobi" kłamie. To nie Okoliczny Element jest gościnnie. To Knap jest gościnnie u Okolicznego. Ich numer.

23. Ninja ma tam dwa wejścia. Pierwsze zaczyna "Nie byłem w muzeum lotnictwa, kurwa jego mać, się nadrobi", drugie - "Zdarzyło mi się bez butów kończyć balangi". Co za gość. Coś jeszcze? Ta, Szufla nawija po "czesku". Instant classic jak Stara Rzeka.

24. To nie koniec kradzieży. "Małe szczęścia" są Ryfy Ri. Dziewczyno, dawaj płytę, taką polską Bahamadię na pięknych, dusznych bitach…

25. Bilon rapuje w "Teorii kolorów" o syneztezji. Serio.

26. A kiedy Bilon śpiewa to… to… no jakaś konwencja powinna takich niehumanitarnych poczynań zakazać.

27. W "Teorii Kolorów" pada jeden z najlepszych wersów "Najlepszego wyjścia": "Prędzej ucho sobie utnę, niż położę je po sobie".

28. To ciekawie rozkminiony numer. Ale w kwestii "filozololo" i tak laur należy się "Olśnieniom". Jest bogu, o czasie, który nie jest naprawdę, no tylko DGE na tym orientalizującym bicie brakuje.

29. "Olśnienia" mają dwie i pół minuty. I dobrze. Knap przegadał niestety sporo zbliżających się do pięciu minut numerów

30. Kiedy masz flow, dobre ucho do bitów i mózg, to trzeba się postarać, żeby zepsuć płytę. "Najlepsze wyjście" jest okej. Gdybyście jednak mieli wybór czy za ostatnie pieniądze kupić ten krążek, czy na przykład jedzenie… to cóż, smacznego. To nie będzie album o którym z wypiekami będzie się rozmawiać przy podsumowywaniu roku.

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.

]]>
evb3a4Marcin FlintAndrzej CałaFeaturesKuba KnapRecenzjepolski hip hopopinie
<![CDATA[Lewe Łokcie: Problemy przy trzydziestce na karku]]>https://noisey.vice.com/pl/article/mb3y9q/lewe-lokcie-problemy-przy-trzydziestce-na-karkuWed, 22 Nov 2017 07:00:00 +0000 Lewe Łokcie celebrują wydanie nowej płyty zatytułowanej "Spokojnie, spokojnie". Po niespełna pięciu latach od debiutu, po wielu zawirowaniach personalnych w składzie i wielu życiowych zawodach częstochowski kwartet powraca do koncertowania. O najnowszym wydawnictwie, o debiucie i wchodzeniu w dorosłość, niepowodzeniach, smutkach i żalach związanych z trzydziestką na karku i w końcu - o czym jest "Spokojnie, spokojnie", rozmawiamy z Piotrem Rogozińskim oraz Rafałem Kaflem, niezmiennymi reprezentantami Lewych Łokci.

Noisey Polska: Dobra, co się z wami działo przez ostatnie cztery i ponad pół roku?
Robert Kafel: Ta długa przerwa głównie była spowodowana zawirowaniami w składzie, a mianowicie zmianą perkusisty.
Piotr Rogoziński: Przez większość tego czasu zespół praktycznie nie funkcjonował, dopiero w zeszłym roku, gdy dołączył do nas nowy perkusista Janusz Binkowski, zaczęliśmy intensywnie pracować nad nowym materiałem.
Robert Kafel: Chociaż z perspektywy czasu myślę, że wyszło nam to na dobre. Co prawda planowaliśmy drugą płytę maksymalnie po dwóch latach od pierwszej, ale los zdecydował inaczej.

Właśnie, zmieniliście połowę składu. Skąd te roszady personalne na perkusji i basie?
Robert Kafel: Głównym powodem był właśnie brak możliwości na funkcjonowanie zespołu, tak jak sobie z Piterem wyobraziliśmy, czyli tak zwany brak czasu chłopaków i inne życiowe sytuacje. Życiowe wybory...
Piotr Rogoziński: Żeby nie zabrzmiało, że wyszły z tego jakieś nieprzyjemne sytuacje… Cały czas utrzymujemy ze sobą kontakt. Nasz basista postanowił pożegnać się z nami niedawno po skończeniu i nagraniu nowej płyty.
Robert Kafel: Nadal się przyjaźnimy!

Macie pecha, bo to kolejne zmiany w waszym składzie. Najpierw pierwszego perkusistę zastąpił kolejny, który po nagraniu płyty został zamieniony na starego. To już... trzeci pałkers w zespole?
Robert Kafel: W Lewych Łokciach, a pod wcześniejszym szyldem to by się uzbierało...
Piotr Rogoziński: Nawet przez ten czas przypałętał się też czwarty perkusista, ale długo nie zagrzał u nas miejsca.
Robert Kafel: W LŁ to drugi... W sumie trzeci. Tak, hehe, już sami się gubimy (śmiech).
Piotr Rogoziński: Perkusiści u nas znikają w niewyjaśnionych sytuacjach, jak w filmie "This is Spinal Tap".

Niedawno wydaliście drugą długogrającą płytę, którą poprzedzał podwójny singiel "Na skróty / Karambol". Na próżno tych tytułów szukać jednak w spisie utworów.
Robert Kafel: Te dwa utwory nie pasowały nam do koncepcji albumu, ale stwierdziliśmy, że są zbyt dobre na odpady. Dlatego powstał pomysł singiel i klip do "Na skróty".



Teledysk do "Na skróty" jest waszym, o ile się nie mylę, drugim w historii, tak?
Piotr Rogoziński: Nie licząc niskobudżetowego koncertowego klipu do "Leszka Komorowskiego", montowanego na Windows Movie Maker (śmiech).

We wszystkich gracie. Taka konwencja?
Robert Kafel: Dość przypadkowa konwencja. Planujemy do jednego singla zrobić klip już bez grającego bandu.
Piotr Rogoziński: Właśnie teraz mnie to uderzyło, że na każdym teledysku gramy z instrumentami... Może w przyszłości, jak będzie lepszy budżet, cierpliwość i czas, to pokażemy swoje aktorskie talenty.
Robert Kafel: Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to powstanie klip do utworu "Nic specjalnego". Możliwe, że ukaże się jeszcze w tym roku. To będzie własna produkcja.

Zanim o nowej płycie, wróćmy do debiutu. Z perspektywy czasu - udany?
Robert Kafel: Myślę że tak. Wiadomo, że w obecnej chwili trochę więcej byśmy namieszali w utworach i produkcji, ale na wszystko przychodzi odpowiedni czas.
Piotr Rogoziński: Na pewno wiele rzeczy bym pozmieniał produkcyjnie, brzmieniowo… Ale to jest już dla nas zamknięta karta. Patrząc jednak na czas i pracę, którą włożyliśmy w "Niewiele się zmienia", album był jak najbardziej udany.

Nowa karta - "Spokojnie, spokojnie". Skąd ten tytuł?
Robert Kafel: Tytuł na pewno nawiązuje do pierwszego utworu albumu, a także po części do naszych muzycznych idoli. Wydaje mi się, że także świetnie komponuje się z okładką. Ogólnie w całości.
Piotr Rogoziński: "Spokojnie, spokojnie" wziął się z "prawie" tytułowego numeru "Spokojnie". Tytuł można interpretować na wielu płaszczyznach. Dla mnie ten tytuł to pogodzenie się ze swoim bytem, porzuceniem tego ciągłego wyścigu szczurów, zalewem niepotrzebnych informacji, strachu… Cytując refren: "Spokojnie, spokojnie, nie myślę już o niczym i przestaję też liczyć, że to koniec".

Muzycznie "Spokojnie, spokojnie" to nadal dobry, staromodny indie rock, do którego nawiązywaliście też w 2013 roku. Pavement, Dinosaur Jr.... Cały czas tego słuchacie?
Robert Kafel: Ze swojej strony powiem, że tak. Jestem dość leniwy, jeśli chodzi o poznawanie nowej muzyki, ale z drugiej strony właśnie to mi w duszy gra. Cały ten staromodny indie rock, klimat utworów. Brzmienie albumów. To jest to. Każdy normalny chyba to kocha?
Piotr Rogoziński: Ja natomiast dodam, że słucham na co dzień dużo muzyki, siedzę też w klimatach bardzo odległych od tego co gramy... Choć wiadomo, że przy nowej płycie inspirowały nas takie płyty jak "Crooked Rain, Crooked Rain" Pavement czy "Icky Mettle" Archers of Loaf. Zawsze staramy się, żeby ta muzyka nie była kopią tego samego, tylko była jak najbardziej szczera i odzwierciedlała klimat, w jakim żyjemy na co dzień.

Można się pokusić o stwierdzenie, że więcej na tej płycie noise'u, przesterów i waszych krzyków?
Piotr Rogoziński: Chcieliśmy oddać klimat tego, jak nasza muzyka brzmi na koncertach czy próbach. Dlatego samą muzykę postanowiliśmy nagrać na setkę. A przy nagrywaniu wokali dużo improwizowaliśmy. Duży wpływ na to podejście do nagrywania miał nasz perkusista, który odpowiada również za miks nowej płyty.
Robert Kafel: Po części było takie założenie, choć nie przestrzegamy tego w stu procentach w trakcie tworzenia czy też nagrywania. Tak było tutaj zwłaszcza przy nagrywaniu wokali. Decydowała ulotna chwila. Nagrywaliśmy nocami, często z dużą ilością przeróżnych napojów. Janusz miał bardzo duży wpływ na to, jak brzmi ta płyta. Produkcja, miks, a także przy tworzeniu numerów. Nieskromnie powiem, że pachnie mi tu Fryderykiem...

O czym jest ta płyta?
Piotr Rogoziński: Myślę że przy tej płycie zamykamy pewien rozdział frustracji, problemów, które często pojawiały się przy zbliżającej trzydziestce na karku. Pogonią za lepszą pracą/płacą, marzeniami… Większość kawałków mówi o pogodzeniu się swoim sensem, odrzuceniem całej wszechobecnej histerii, lęków, nałogów, strachu. Pewnie jak o tym mówię, to wszystko może wydawać się depresyjne i smutne, ale ja uważam, że te numery mają w sobie bardzo optymistyczny ton i podnoszą na duchu. Dlatego też taki tytuł płyty oraz okładka, która studzi te negatywne emocje.
Rafał Kafel: Często nasze numery kojarzą się właśnie z negatywnymi emocjami, chociaż do końca tak nie jest. Myślę, że można wyłowić z tego coś optymistycznego.

Druga płyta po czterech latach. Zbyt długo czekaliście na ten moment?
Piotr Rogoziński: Tak, zdajemy sobie z tego sprawę, to trwało zbyt długo, ale jak wspomniałem wcześniej, nie mieliśmy na to wpływu.
Robert Kafel: Wydaje się, że to długi okres, ale czas szybko leci. Mimo wszystko myślę, że ten czas dobrze wpłynął na nowe utwory i cały album. Co prawda najbardziej ubolewałem nad tym, że wypadliśmy z grania koncertów. Kochamy grać na żywo i bardzo nam tego brakowało.

Na razie zagraliście w rodzinnej Częstochowie z okazji premiery płyty. Co dalej?
Robert Kafel: Szykujemy kilka promocyjnych koncertów. Właśnie w listopadzie zagramy w Łodzi, Poznaniu i w Warszawie. Zagramy także przed T.Love w Tychach, a na grudzień planujemy Kraków, Rybnik i może jeszcze gdzieś na Śląsku.

Album ukazał się waszym własnym sumptem. Dlaczego nie inne wytwórnie?
Robert Kafel: Szczerze? Szukaliśmy wydawcy. Wstępnie było zainteresowanie z niezależnego wydawnictwa, lecz koniec końców zdecydowaliśmy się, że spróbujemy sami.

Jak odbiór płyty?
Piotr Rogoziński: Myślę że pokażą to dopiero najbliższe koncerty
Robert Kafel: Na razie pozytywny, aczkolwiek dopiero zaczynamy promocję. Tak więc więcej będzie można powiedzieć pod koniec zimy.

"Rzucić wszystko i nie mieć nic na koncie"?
Robert Kafel: Nieustająca pogoń, którą cały czas usilnie wmawiają nam różne media. Nowy smartfon, nowe auto... Konsumpcja, konsumpcja, jeszcze raz konsumpcja. Ciekawe kiedy i jak to się skończy?

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.

]]>
mb3y9qPiotr StrzemiecznyAndrzej CałaFeaturesWywiadyrozmowalewe łokcie
<![CDATA[Russell Simmons, współzałożyciel Def Jam, oskarżony o molestowanie seksualne]]>https://noisey.vice.com/pl/article/8x5jax/russel-simmons-wspolzalozyciel-def-jam-oskarzony-o-molestowanie-seksualneTue, 21 Nov 2017 08:49:35 +0000 Modelka Keri Claussen Khalighi oskarża współzałożyciela Def Jam o napaść seksualną, o czym pisze poranne wydanie Los Angeles Times. Khalighi wyznała, że w 1991 roku zmuszono ją do seksu oralnego z Simmonsem, czemu przyglądał się reżyser Brett Ratner. Zgodnie z jej słowami stosunek odbył się bez jej zgody.

Artykuł opisuje, jak Simmons i Ratner zaprosili modelkę do restauracji w Nowym Jorku, a potem namówili na wizytę w mieszkaniu Simmonsa "by pokazać jej teledysk, nad którym pracowali". Na miejscu Simmons zaczął się do niej przystawiać i "zdarł z niej ubrania". Cytując Timesa:

"Spojrzałam wtedy na Bretta i poprosiłam o pomoc, a on odpowiedział mi spojrzeniem, którego nigdy nie zapomnę" - wspomina modelka. "To wtedy sobie uświadomiłam, że działają w zmowie".

Khalighi twierdzi, że dwukrotnie starszy od niej Simmons próbował ją zmusić do stosunku. "Walczyłam jak szalona" - wyznaje. W końcu zrezygnował i wymusił na niej stosunek oralny. "Chyba wtedy się poddałam".

Tymczasem Ratner "siedział tylko i się przyglądał".

Czując się "zbrukana" Khalighi poszła pod prysznic. Kilka minut później dołączył do niej Simmons, który spenetrował ją bez jej zgody. Modelka twierdzi, że mu się wyrwała, a potem wyszedł. "To strasznie bolało" - wyznaje.

Simmons wygłosił oświadczenie w którym zaprzecza tym oskarżeniom. "Wszystko odbyło się za całkowitą zgodą Keri" - odpowiada. Artykuł w LA wyszczególnia również inne oskarżenia Ratnera o napaść seksualną. Reżyser znany jest z takich filmów jak "Czerwony smok" i "Godziny szczytu".

Chwilę po publikacji artykułu, aktorka z serialu "Brooklyn Nine-Nine", Terry Crews, która ostatnio opowiedziała o tym, jak była molestowana przez swojego agenta, opublikowała na twitterze zrzut ekranu z mailem, który listopada przysłał jej Simmons. "Przeprosił cię kiedyś? Odpuść temu agentowi", napisał w liście. "Poproś, żeby przywrócili go do pracy. Wielka miłość sprawia, że wszystko jest możliwe".

Nad zrzutem można przeczytać odpowiedź aktorki: "Nie odpuszczać nikomu".

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.

]]>
8x5jaxAlex Robert RossNoisey StaffDef Jamsexual assaultrussell simmonsNewsy NoiseyBrett RatnerLA Times
<![CDATA[Asaf Avidan - The Study On Falling]]>https://noisey.vice.com/pl/article/3kvmzv/asaf-avidan-the-study-on-fallingMon, 20 Nov 2017 10:00:00 +0000 Niepokojący i natchniony. Jednych wzrusza, a innych wkurza swoim niezwykłym głosem. Kiedy Asaf Avidan zaczyna śpiewać, to masz tylko dwa wyjścia - albo pokochasz jego androgyniczny, transseksualny wokal, albo wręcz przeciwnie - jego "kobieca" barwa po prostu cię zdenerwuje. A może nawet odrzuci? Innych, obojętnych reakcji na album "The Study On Falling" nie przewiduję…

Jest tak wyjątkowy w swoim autorskim sposobie na śpiewanie, że nie sposób porównać go do żadnego innego popularnego artysty. No, może z wyjątkiem Anohni, czyli niegdyś Antony’ego Hegarty’ego - transseksualistki, która urodziła się w ciele mężczyzny, by wybrać życie jako kobieta. Avidan, pochodzący z Izraela, nie deklaruje swojej seksualności - nie rozmawia o niej, nie dzieli się informacjami o swoich związkach. I dobrze. W odbiorze zarówno jego muzyki, jak i każdej innego artysty orientacja nie powinna mieć żadnego zdarzenia. Liczą się tylko słowa i dźwięki. A te w przypadku Asafa są absolutnie wyjątkowe.

Wiedzą to wszyscy, którzy zetknęli się z jego imieniem po raz pierwszy w 2008 roku. Wydał wówczas, wraz ze swoim zespołem The Mojos, debiutancki krążek "The Reckoning". Fani zachwycili się jego nieoczywistą barwą głosu. Z drugiej jednak strony nie sposób nie zauważyć, że przez swoją unikatowość Avidan skazał się on na "niszowość" - status artysty intrygującego, ale popularnego tylko w wąskim gronie. Co jednak udało mu się przekuć na wielki atut - każdy kolejny album zespołowy, każdy następny koncert zyskiwał mu nowych, zachwyconych jego charyzmą słuchaczy, którzy pokochali "Reckoning Song" ze wspomnianej płyty. I są z nim do dziś. Choć przecież od kilku lat nagrywa solo. I robi to z wielkim powodzeniem. Dowodem tego materiał na jego trzecim autorskim, a szóstym w ogóle albumie "The Study On Falling".

Tym razem izraelski artysta zdecydował się nagrywać w USA - kolebce swoich muzycznych inspiracji. Zakochany w folk-rocku i Americanie muzyk wybrał Kalifornię, a produkcję materiału powierzył Markowi Howardowi odpowiedzialnemu wcześniej za brzmienie - uwaga! - "Time Out of Mind" Boba Dylana, a także "Orphans" Toma Waitsa - dwóch klasycznych i niezwykle bliskich mu płyt.

Co ciekawe, "The Study On Falling" powstawał w dosyć niestandardowych okolicznościach - Asaf postanowił dosłownie przenieść proces nagraniowy ze studia w plener. Zabierał ze sobą instrumenty, sprzęt do nagrywania i muzyków gdziekolwiek się przemieszczał. Wśród towarzyszących mu muzyków znaleźli się m.in. perkusista Jim Keltner (John Lennon, Elvis Presley) oraz basista Larry Taylor (Canned Heat, The Monkeys oraz Jerry Lee Lewis).

To sprawiło, że z jednej strony nowy materiał wokalisty brzmi niezwykle surowo, ale też bardzo głęboko. Głos gospodarza "wieczoru" połączył się tu w pięknej symbiozie z oszczędną, ale charakterną aranżacją. A stylistycznym fundamentem tego grania jest amerykańska muzyka popularna - blues, folk, rock i szczypta gospel. Najczęściej w postaci gorzkich, "bagiennych" ballad na wokal, gitarę i kapelę akompaniującą.

I choć płyta ma spójny klimat, to wcale nie nudzi - niemal każdy z utworów wyróżnia się nieco inną melodią, tempem, brzmieniowym niuansem. Na przykład "To Love Another" spokojnie mogłaby się znaleźć na "Morderczych Balladach" Nicka Cave’a. Podobnie jak "Good Girls Are Falling Apart". Ale już w singlowym numerze "My Old Pain" słyszę ducha Johny’ego Casha. Idźmy zresztą dalej - chyba najbardziej rockowy w zestawie "Sweet Babylon" ma w sobie coś z wczesnych nagrań The Rolling Stones. Chcecie więcej pijackiego bluesa? Posłuchajcie "A Man Without A Name" w stylu Toma Waitsa. Lubicie Janis Joplin - usłyszycie ją wyraźnie w "Holdin On To Yesterday".

No właśnie - jedno, co się nie zmienia i cały czas zachwyca, to głos Avidana. Niezwykły, natchniony, niepokojący. Uwielbiam go bezkrytycznie. A wy?

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.

]]>
3kvmzvArtur SzklarczykAndrzej CałaFeaturesrockFolkRecenzjeopinieasaf avidan