Quantcast

Oni mają jazz, czyli krótka refleksja o polskim jazz rapie

Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Polska szkoła jazzu. Fenomen na skalę światową. Nasuwa się pytanie, dlaczego z jej dobrodziejstw w pełni nie korzystają rodzimi producenci hiphopowi? Czemu nie doczekaliśmy się polskich Gang Starr czy Stetsasonic? Tyle pytań, niewiele odpowiedzi.

Zdjęcie: O.S.T.R./ Asfalt Studios

Poszukiwania może warto rozpocząć od... Michała Urbaniaka, który przecierał szlaki polskim hiphopowcom, dzięki swojej serii "Urbanator". Był to jeden z kluczowych momentów, a może nawet ten najbardziej kluczowy, w polskich koneksjach jazzu z rapem.

Nie reprezentuję ani polskiego jazzu, ani polskiego hip-hopu. Od 1973 roku, czyli od kiedy na stałe zamieszkałem w Nowym Jorku, moja muzyka jest z nim związana. Moje ukochane miasto, mój ukochany Manhattan. Urbanator, Manhattan Man. Marzenia młodego chłopaka z Łodzi zostają spełnione. Od roku 1987 miałem czarnych nowojorskich poetów występujących z moim zespołem. W 1989 roku założyłem zespół Urbanator, w którym był raper. Zawsze miałem mocną sekcję rytmiczną z muzykami z Jamaica, Queens lub z Harlemu. Pierwsza płyta została nagrana w latach 1989-1991. Od tamtych czasów pracuję z raperami i DJ-ami w Nowym Jorku. Bywając w Polsce nawiązałem kontakty z polskimi hiphopowcami i... planuję z nimi projekt "Urbanator International". Zdradzę, że album jest w trakcie nagrywania.

Każda część "Urbanatora" była szeroko komentowana w mediach i zdobyła olbrzymie grono wiernych fanów. Niespodzianką jest więc fakt, że Urbaniak po wielu latach ciszy od ostatniego projektu potwierdził prace nad nowym przedsięwzięciem. Jakie są szanse na dobry materiał? Wydaje się, że całkiem spore, tym bardziej że jest duża szansa na to, że kilku graczy z tego felietonu znajdzie się ostatecznie na trackliście. Którzy? O tym nie wypada jeszcze pisać, więc póki co niech to pozostanie tajemnicą.

Już nie przedłużając i przechodząc do sedna... Warto odświeżyć sobie kilka pozycji, które swego czasu mocno namieszały na polskim rynku muzycznym. Kilka płyt, kilku wykonawców, kolejność chronologiczna. Tak będzie najlepiej i chyba najbardziej sprawiedliwie.

O dwóch legendarnych albumach Starego Miasta powiedziano w zasadzie wszystko. Jedną z największych porażek całego polskiego hip-hopu jest to, że ten nigdy nie doczekał się kolejnego albumu Dizkreta i spółki. A szkoda, bo zarówno "Stare Miasto" jak i "Minuty" to niezaprzeczalne klasyki polskiego rapu. Dwie płyty, które skutecznie pokazywały, że w ówczesnej Warszawie zdominowanej przez uliczne brzmienia można robić ciekawy i pozytywny hip-hop czerpiący z dokonań The Pharcyde i A Tribe Called Quest.

Która z tych płyt jest lepsza? Ciężko powiedzieć, obydwie są świetne, ale wydaje się, że wydany w 2001 roku drugi album warszawskiej grupy jest bardziej dopracowany. Cudowne brzmienie zawierające mnóstwo sampli i sporo żywego grania było czymś rzadko spotykanym. Od tamtej pory niewiele się zmieniło, aczkolwiek...

Gdyby nie było Starego Miasta to nie byłoby też jednego z najlepszych polskich duetów w historii, czyli Dizkreta z Praktikiem. Nagrali tylko jedną płytę, ale za to jaką! Ich "IQ" z 2002 roku jest jednym z kamieni milowych hip-hopu znad Wisły. Żywe instrumenty zeszły trochę na bok, ale klimat i vibe dzięki jazzowym samplom zostały zachowane. To była "nieoczywista" kontynuacja poprzednich dokonań Dizky'ego, który po "IQ" praktycznie zniknął ze sceny. Pojedyncze zwrotki, niezrealizowany do końca projekt z The Headnods i to by było na tyle. Szkoda, wielka szkoda. Tyczy się to również samego Praktika, który w 2004 roku dostarczył jeszcze genialną "Dobrą częstotliwość".

Poza Urbanatorem acid jazz w Polsce w zasadzie nie istniał. Jasne, że był Afro Kolektyw ze swoimi dwoma pierwszymi albumami, ale sam zespół raczej odcina się od takiego określenia. Był też... O.S.T.R. ze swoimi "Jazz w wolnych chwilach" i "Jazzurekcją".

Przez pewien krąg ludzi te dwie płyty zostały namaszczone jako okołojazzowe projekty, które z hip-hopem łączy raptem sam rap i osoba DJ-a. Dziwne? Trochę na pewno, ale warto się temu przyjrzeć ciut bliżej. Wydane w 2003 i 2004 roku przez Asfalt Records były kopalnią jazzu w hip-hopowej konwencji, jakiej jeszcze w Polsce nie było. Sampel na samplu, mnóstwo odniesień w tekstach do roli i znaczenia gatunku w muzycznym świecie. Znakomity DJ Haem pomagający tu i ówdzie. Niezaprzeczalne klasyki, a sama "Jazzurekcja" doczekała się jeszcze w 2009 roku specjalnego wznowienia z rarytasami z ówczesnych sesji.

Ostatnim projektem, nad którym warto się pochylić jest zespół dobrze znanego rapera z Rzeszowa - Eskaubei. Razem z kwartetem Tomka Nowaka wydał dwie płyty - "Będzie Dobrze" i "Tego Chciałem", które odbiły się pozytywnym echem w całym muzycznym środowisku. Co ciekawe - najbardziej zostały docenione przez jazzowych słuchaczy i przy okazji zostały uhonorowane kilkoma nagrodami, które na co dzień z hip-hopem mają niewiele wspólnego. Można? Jak najbardziej! Wystarczy tylko tworzyć dobrą i wartościową muzykę.

Pojedynczych przypadków było jeszcze całkiem sporo, ale polski jazz rap tak naprawdę nigdy nie miał swojej tożsamości ani racji bytu. Z czego to wynika? Albo z tego, że polski słuchacz był zapatrzony w początkowych fazach w zupełnie inne nowojorskie klimaty, albo ze zwykłej ignorancji i lenistwa. Grzechem jest nie wykorzystywać takich skarbów, które ma się dosłownie pod ręką. Katalog Polskich Nagrań daje sample jak na tacy, a jeśli nie to, to niech stanowi chociaż źródło doskonałej inspiracji.