Igorilla na rusztowaniach do wyobraźni

"Dojrzałem do tego, żeby spojrzeć w lustro i powiedzieć - nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili" - mówi nam Igorilla. Poznajcie wszystkie jego artystyczne oblicza.

|
30 października 2017, 8:15am

Z rockowym zespołem Mama Selita podbijał Woodstock i "Must Be The Music", z Syropem grał organiczny rap dla smakoszy, w Polskim Karate dokazywał na testosteronowo-funkowym haju, teraz wydał solowe "Wbrew" porównując elektroniczną płytę do "ziomka, do którego możesz zadzwonić po trzech piwach". Igor "Igorilla" Seider nie umie wysiedzieć w jednym miejscu. Poznajcie jego wcielenia.

Funk monster

Mama Selitę poznałem przez scenę, która tworzyła się wokół warszawskiego liceum im. Lelewela. Chłopaki byli trochę rajskimi ptakami pośród grunge'u i smutnych hardkorów. Wpadli na pomysł, żeby grać funk i akurat szukali wokalu. Ja miałem za sobą epizod z basem, z drugiej strony już rapowałem i trochę nagrywałem. No i połączyłem dwie pasje, które we mnie kipiały, pojawiając się na próbie Mama Selity. Mój wjazd na casting w swetrze i kaszkiecie wspominany jest do dziś. I tak to wybuchło. Umówmy się, polski słuchacz nie ma zbyt dużej tolerancji dla czarnego grania, całego rhythm and bluesa. Nie mieliśmy ograniczeń związanych z pracami, związkami, mogliśmy całymi dniami szlifować skille w sali prób. W 2005 roku nagraliśmy demówkę "Funksystem" w kultowym, metalowym studio DBX na Woli. Utwory z niej, rodzące się na radosnych jam sessions, do dziś śnią się nam jako koszmary po nocach, ale na koncertach ludzie cały czas o dziwo się ich domagają. Coś niewątpliwie w niej było, ostatnio widziałem ją na jednym z serwisów aukcyjnych za ponad stówkę! Od funkowych korzeni nigdy się nie odcięliśmy, po prostu nasza muzyka ewoluowała w innych kierunkach.

Rap po filadelfijsku

Tak się złożyło, że działając z Mama Selitą poznałem Tomka "Kolso" Kolskiego, rapującego producenta zaangażowanego wówczas w uliczną scenę warszawską i zespół Dwóch Warszawiaków, ale z szerokimi horyzontami soulowymi. Właśnie zaczynał przygodę z muzykologią. Ja, pomijając sytuacje towarzyskie, na tle sceny byłem outsiderem, całe życie robiąc rzeczy, na które jest za wcześnie lub za późno. Stworzyliśmy z Kolsem duet Syrop. Razem jamowaliśmy, choć inaczej niż w Mama Selicie, bo bez instrumentów. Z improwizacji powstały numery, które po mniej więcej roku nabrały formy albumu "Sztajer selekta". Wydaliśmy go w Aloha Entertainment w 2011 roku. Chętnie do niej wracam, bo udało się zamknąć w nim cały tamten okres, oddać konsekwencję i ciągłość tworzenia z czasów, gdy byliśmy sąsiadami - drugi album Syropu właściwie jest, widujemy się jednak od wielkiego dzwonu i długo do niego zbieramy. Co mi wtedy grało w duszy? Choć starałem się wykształcić własny język i stawiałem na nagrania imprezowe, lekkie, to fascynacja Black Thoughtem i jego zespołem The Roots była dla mnie wówczas jednym z najsilniejszych paliw twórczych. Do dziś uważam, że ten facet charyzmą i przekazem zjada scenę, potrafiąc odnaleźć się w organicznym klimacie, gdy chłopaki grają live, ale i na produkcjach. Wzorzec emceeingu, który powinien znaleźć się w Sevres.

Rage across the resentiment

Nasz debiut, wydane w 2012 roku "3,2,1…!", nagrywaliśmy "na setkę" w pełni profesjonalnym studio, w S7 w Piasecznie. To było wyzwanie. Nasz wymagający realizator Błażej Domański na co dzień pracował z jazzmanami i dał nam szkołę życia. Miksował i masterował to Marcin Bors, po funkowemu pomógł zostawić powietrze między instrumentami. To zbiegło się w czasie z tym, że zrozumieliśmy, że nie jesteśmy muzykami sesyjnymi i nie ma się co oszukiwać, udawać „białych murzynów". Spojrzeliśmy więc wstecz, w muzykę naszych pierwszych urwanych filmów i szczeniackich miłości. Nastąpił "sprzętowy wyścig zbrojeń": kompletowaliśmy wzmacniacze, gitary i masę efektów, by oddać ten stan ducha. Z sentymentem spojrzeliśmy znów na dźwięki ważne dla nas w tym momencie życia, gdy kostniały emocjonalne chrząstki. Przeszliśmy ewolucję porównywalną na naszej scenie chyba tylko z Jamalem, który z blokowego rudeboya wykrzykującego coś o policemanie, wystawił kolejną płytą słuchaczy na to, co dzieje się w środku. Płyta "Miłość" jest dla mnie jednym z najważniejszych manifestów pokoleniowych. Tu czuję pokrewieństwo, choć porównania dziennikarzy szły innym tropem: Red Hoci, Limp Bizkit, Rage Against The Machine. Łatka nie jest wygodna dla artysty, myślę, że zapoczątkowała woltę na drugiej płycie, ale mimo wszystko miło być porównywanym do zespołów, na których się wychowałeś i nawet podświadomie są papierkiem lakmusowym tego, co jest zajebistym soundem i zajebistym graniem po prostu. Ludzie potrzebują nazywać rzeczy, które słyszą, a kwartet gdzie jest bas, perkusja, gitara i rapujący wokal nasuwa jednoznaczne skojarzenia. Nie sądzę, żebym jako emce był kiedykolwiek tak politycznie i społecznie zaangażowany jak Zack De La Rocha. To porównanie lepiej działa przy Grześku, który zaczął eksperymentować z brzmieniem gitary, wydobywając z niej totalnie niegitarowe soundy, jak Tom Morello. Na pewno nie byłem też tak wkręcony w klimaty z pogranicza Parliament Funkadelic, LSD i innych substancji jak Red Hoci. Z Fredem Durstem łączyły mnie wyłącznie czapki z daszkiem (śmiech).

Polskie Karate

"Polskie karate" (2013) nie spadło z nieba, to konsekwencja długiej znajomości z Jankiem Wygą, międzymiastowego nagrywania kawałków i muzycznego fermentu, jaki się wówczas wytworzył. Obiecaliśmy kiedyś ubrać go w album. Po tym jak dostaliśmy od Metro bity, z tym jego osobliwym synkopowaniem i frazowaniem będącym dla raperów jak rodeo, a od Marka Dulewicza zaplecze w postaci studia z szalonym i młodocianym wówczas turntablistą DJ-em Flipem w zestawie, mieliśmy wszystkie elementy układanki. Po żołniersku podzieliliśmy obowiązki - ja wybierałem bity, Janek tematy. Szło jak w centralnie planowanej gospodarce i po tym, jak pisaliśmy równolegle w swoich miastach rapując sobie zwrotki przez telefon, Polskie Karate nagraliśmy w dwa weekendy. To nie miało być wycyzelowane i dopieszczone, raczej jak Beastie Boysi i pierwszy Wu-Tang. Energia była jak na nagraniu Motörhead, a potem Maro dołożył bardzo mocną kompresję. Płyta ocieka testosteronem. Ja wcześniej pisząc uwzględniałem klimat, aurę, podchodziłem do tematu holistycznie, a tu trzeba było dobijać bagnetem wroga w każdym wersie. Mieliśmy z Jankiem małą, bardzo zdrową rywalizację, byliśmy dla siebie na maksa krytyczni nie tracąc czasu na mizianie. Wypluliśmy z siebie frustrację polską sceną rapową, bawiąc się formą. Odreagowywałem prace nad mocną płytą Mamy, która powstawała w tym samym czasie. A kiedy Wyga o drugiej w nocy skończył zwrotkę do "W 3 dupy" i pochwalił się nią, a Dwa Sławy położyły swoje zwrotki na bit, wiedziałem, że mamy ten banger.

Oczyszczony na klepisku

Druga płyta Mama Selity powstawała w szybkim jak na nas tempie. Motywy nie rodziły się tak jamowo, jak wcześniej, były przynoszone i od razu adaptowane. W riffach i w rytmice wciąż jest Rage Against The Machine. Na drugim biegunie masz już jednak Queens of the Stone Age i Black Dub. Plus syntezatorowe partie, przy których pomagał wydatnie producent Olo Mothashipp. Ja pisałem tę traktującą o niepokojach i lękach trzydziestolatków z dużych miast płytę longiem, pod wpływem prawdziwych emocji. Otworzyłem się też na melodię. Każdy numer jest jak zatrzymujący chwilę slajd z Polaroida. To jak powstawali "Materialiści" (2014) to wypadkowa naszych indywidualnych gustów, ale też świadectwo tego, że zespołowa więź zaczynała się rozluźniać. Przed nagraniem - na które wyjechaliśmy z Warszawy do Borowa pod Radomiem - trochę tematów trzeba było zamieść pod dywan. Przed dwa tygodnie zamknęliśmy się w stodole z klepiskiem pod nogami, wyzwalając dzikie jazgoty i dźwięki. To było radykalnie oczyszczające przeżycie z pogranicza noise'owej liturgii. Poziom hałasu był tak straszny, że baliśmy się, że pod drzwiami stodoły pojawi się komitet powitalny w pochodniami i widłami. Na "Materialistach" ukazał się numer "Na Pół", będący jak dotąd szczytowym punktem naszej kariery, ale też niereprezentatywny dla intensywnej, bolesnej i chropowatej płyty.

Nocny biograf

Najnowsza płyta "Wbrew" kosztowała mnie sporo zdrowia. Pisałem ją dwa lata. To solówka, tu nie schowasz się za plecami kolegów. Podpisujesz się swoim nazwiskiem, to jesteś ty. Tytuł nawiązuje do wychodzenia poza strefę dotychczasowego, muzycznego komfortu, poza mody. To początek nowej przygody, partie śpiewane, na które nigdy wcześniej bym się nie odważył, próba poradzenia sobie z własną nadwrażliwością. Płyta jest nocnym pamiętnikiem; ziomkiem, do którego dzwonisz po trzech piwach powiedzieć, co cię gniecie pod czaszką, a on nie zadaje pytań. Wyobraź sobie mnie jako pojemnik, który się wypełnia. "Wbrew" to jest wszystko, co się już nie zmieściło. Patrzę też na otoczenie nie roszcząc sobie prawa do bycia reportażystą jak Sokół. Chociaż ja też lubię reportaże i w pamięci utkwiło mi zdanie Szczygła, który powiedział, że "w każdej opowiadanej historii detal jest rusztowaniem, po którym wspina się wyobraźnia". Tak staram się swoje utwory snuć. Pisząc, byłem pod wpływem dwóch powieści graficznych: "Blankets" Craiga Thompsona i "Niebieskich pigułek" Frederika Peetersa. Obie traktują o jednostce spotykającej się z niezrozumieniem i posługują się jakby pisaną pode mnie metaforą. Po warszawskim koncercie Junior Boys wsiąknąłemw ich dyskografię. Mają inny rodzaj ekspresji, ale zaintrygowali mnie. Spoiwem łączącym pomysł na album była elektronika - dla mnie ziemia nieznana, po której stąpałem początkowo jak saper. Nie elektronika klubowa, a z duszą, z analogowymi synthami, pozwalająca sobie na przestery. Nie chciałem po prostu dostać bitów od producentów i sobie pisać. Wyglądało to tak, że w studio odbywały się sesje jamowe z producentami. Przyjeżdżałem do nich i w ich środowisku naturalnym usiłowałem uchwycić coś unikalnego, być przy narodzinach jak największej ilości dźwięków. Przykładowo Olo Mothashipp grał na moogu, ja zapętlałem jakąś frazę, nagrywaliśmy ją, a ta, po przepuszczeniu przez efekt, stawała się fundamentem numeru. Staraliśmy się zamykać w piosenkowej formule, nawet z rzeczami brudnymi, nieprzystępnymi. Wiem, że to nie jest materiał łatwy i przystępny dla wszystkich. Ale dojrzałem do tego, żeby spojrzeć w lustro i powiedzieć - nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili.

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.