Wini: Hip-hop to szczochy psa!

"Gnoje nie czają teraz niczego, bo się nie chcą uczyć. Sporo straciłem na usiłowaniu bycia wyjebanie oryginalnym" - przekonuje jedna z najbarwniejszych postaci polskiej sceny muzycznej.

|
mar 3 2017, 11:57am

Bez Dogrywki: cykl wywiadów przeprowadzanych przez Andrzeja Całę i Marcina Flinta

Winicjusz Bartków, ps. Wini, to właściciel Stoprocent - marki odzieżowej i wydawnictwa muzycznego. To także artysta i jedna z najbarwniejszych postaci w branży, prawdziwy Zagłoba hiphopu, hedonista, radykał, ekscentryk i gaduła. Rozmawiamy o wszystkim - depresji wesołków, gangsterach w internecie, wyprzedzaniu trendów, ponadczasowości Eminema i Redmana. A także o tym, że w Polsce nie ma biedy, a w polskim rapie wojen. Czytacie na własną odpowiedzialność, bo mocnych słów nie brakuje.   

zdjęcia: Mikołaj Maluchnik

Noisey: Witamy w skromnych progach. Szczecin zawsze dobrze się czuję w Warszawie
Wini: Wiadomo. Jasne, że tak. Nie wiem jak Szczecin, ja się czuję dobrze. 

A jest w ogóle jakieś miejsce gdzie czujesz się źle?
Myślę, że źle czułbym się w pierdlu. I w szpitalu.

Nie życzymy, ale mamy wrażenie, że w pierdlu wszystko byś sobie szybko ogarnął. 
To ostatnie miejsce, gdzie chciałbym cokolwiek ogarniać (śmiech). 

A na potrzeby show telewizyjnego?
Pieprzyć takie show! Szkoda życia. 

Ale miejsce odosobnienia, gdzie nie trzeba by odbierać telefonu, czymkolwiek się przejmować, by się pewno przydało?
W takim razie preferowałbym celę w klasztorze. Jak mi się to wszystko znudzi, obiecałem sobie wykupić coś takiego. Załapać odpowiedni rytm, wstawać o siódmej, doglądać rzodkiewek. 

W sumie kazania mógłbyś wygłaszać. 
Myślałem, żeby pójść raczej w stronę kontemplacji i wyciszenia się. I więcej słuchać, a mniej mówić. Miewam takie refleksje po dobrej imprezie. Na przykład miałem je wczoraj. Wynająłem sobie celę w Radissonie i tam kontemplowałem.

Z tymi kazaniami wyskoczyliśmy nie bez przyczyny. Bo ty uchodzisz za wesołka, a do powiedzenia masz sporo rzeczy na serio.
A dziękuję. Wiecie, wszystkie wesołki to pozerzy, w większości przypadków wychodzi na to, że to depresyjne osoby. Ten sympatyczny aktor, o którym wszyscy myśleli, że jest świętym człowiekiem, a się zabił...

Robin Williams. 
O właśnie. Tak jak mówiłem, wesołkowatość jest pozą. Jak zresztą wszystko. 

Śmiech przez łzy?
Może... Lepiej nie dramatyzować, ale chyba tak jest.  

No tak, ty nie masz powodów żeby dramatyzować. Wszystko raczej poukładało ci się tak jak chciałeś. 
Nikt nie zna mojego prawdziwego, prywatnego życia. Nie wiecie jak żyję, co myślę, co robię. To, co jest super świetne z zewnątrz, może być tak naprawdę chujowe. Przykładem są właśnie ci znani ludzie odbierający sobie życie. 

Ale na pieniądze chyba nie narzekasz? Tak swoją drogą, pisząc "Antologię Polskiego Rapu" przeprowadziliśmy małe śledztwo odnośnie osoby, która jako pierwsza rapowała o szmalu. I wyszło, że to nie był żaden Tede, to byłeś ty, gościnnie u Snuza. 
Tede ma pełne prawo do palmy pierwszeństwa, bo on jest raperem. Ja nie jestem, bo jak ktoś wychodzi i gra w piłkę, to nie znaczy, że jest piłkarzem. On ponosił konsekwencje tego, co nawijał i ileś osób go za to nienawidziło. A że ja sto milionów lat temu zarapowałem sobie coś takiego? Wtedy każdy mógł nawijać ktokolwiek i gdziekolwiek, a i tak zwracano na to uwagę, czego najlepszym dowodem wszystkie te chujowe zespoły z tamtych lat nie do słuchania ani wtedy, ani dziś, za to wówczas bardzo popularne. Ale tak, była taka zwrotka, nawet ostatnio sobie o tym przypomniałem, i komuś tam wrzuciłem do kawałka parę wersów na ten temat i że wcześniej niż Tede. Wtedy żadnych konsekwencji jednak nie poniosłem.

Mało kto chce cię pociągać do odpowiedzialności, hejtować.
Mało? Wystarczy spojrzeć na komentarze pod czymkolwiek ode mnie. Od cholery osób źle mi życzy, niektórzy nawet śmierci. Mi to w ogóle nie przeszkadza, niech życzą mi czego chcą. Bo na co dzień, osobiście, rzeczywiście nie spotykam się z żadnymi nieprzyjemnościami. To ciekawe, bo ludziom się wydaje, że hejtują w internecie frajerzy, zupełnie przegrani ludzie. Przeważnie tak jest, znam jednak przypadki naprawdę niebezpiecznych osób bawiących się w takie rzeczy. W Szczecinie jeden ex-gangster stał się forumowiczem dzielącym się na forum różnymi swoimi mądrościami. Zastanawia mnie to, że ktoś z taką przeszłością ma ochotę pierdolić ludziom swoje kocopoły. Okazuje się, że tak jak wszystkie zwierzątka potrzebują podziwu, tak to również. Więc jak już skończył się typowi gorący, burzliwy okres w życiu to na tej gazecie ktoś napisze mu coś miłego. 

To było do przewidzenia, że krytyka po tobie spływa. Masz cholernie dużo dystansu do siebie. A to wciąż towar deficytowy.
Ja nie wiem czy w ogóle można mieć dystans do siebie... Nie jesteś w stanie. Nagrasz piosenkę, słuchasz jej sto razy, uważasz, że jest zajebista. A potem czytasz co ludzie sądzą - a ja takie opinie sprawdzam - i zauważasz, że wszyscy uważają to za chujowe. I zaczynasz się zastanawiać - jak to, przecież to jest świetne! A może ja mam taki głos, że rzygać się od tego chce, tylko moje uszy nie są w stanie tego wyłapać? Trudno mówić o dystansie. Za to staram się nie twierdzić, że we wszystkim mam rację i być otwartym na to, żeby swoje zdanie zmienić. To jedyna moja przewaga - coś powiem, ktoś zaprzeczy, zacznie argumentować, to ja to przemyślę i mogę przyznać "spoko, masz rację". 

A potrafisz swojemu artyście wyrzucić kawałek płyty? Albo powiedzieć mu "ej, tu zmień bit"? 
Kiedyś jak pytano raperów czy wydają w fajnej wytwórni, to ci odpowiadali, że "owszem, że w zajebistej, bo mam pełną niezależność artystyczną. Przynoszę moją świętą płytę, moje słowa z mojego jebanego serca i oni to wydają". To oznacza tylko tyle, że masz chujową wytwórnię, jebany pedale. 50 Cent przynosi swoją płytę do Interscope'u, czy gdzie on tam jest, i każą mu wypierdalać z tym gównem. "Nie, nie sprzedamy tego. Że kiedyś opychałeś miliony? Co z tego, teraz są inne czasy, słuchają tego gościa, co lata w sukience. Właśnie, masz jakąś ładną sukienkę? To się przebierz, kurwa mać. Jak ty w ogóle wyglądasz?!". Nie chodzi o to, żeby robić z osła niedźwiedzia, na przykład kazać śpiewać, jak ktoś tego nie umie. Ale ja zawsze ingeruję w materiał artystów i uważam, że z pożytkiem dla nich samych. Czasem ingerencja jest większa, czasem mniejsza, czasem niemal jej nie ma. Przecież już wybór singla jest ingerencją. Bardzo wiele razy kiedyś to odpuściliśmy, strasznie tego żałowałem. Wiecie, ktoś tam nagrał z kimś tam i cały podniecony mówi, żeby tu bookować, tam jechać po ekipę... I potem wychodzi na to, że w ogóle bez znaczenia jest fakt, że  gościnnie wystąpił ktoś znany, skoro piosenka nie była najlepsza, nie było tak, że wszyscy jej słuchali. Także tak, wtrącam się, ale nie chciałbym być też źle zrozumiany, że ja wszystko wszystkim krytykuję. Przy niektórych płytach pracujemy razem, jestem wykonawczym producentem płyt Soboty, mam w nie bardzo duży wkład artystyczny i to od samego początku, od wyboru Matheo na producenta.

A była inna propozycja?
Tak, chcieliśmy robić to z innym gościem, z Oreuem z Electric Rudeboyz. Prerelease przepadł w odmętach wszystkiego. Oreu jest zresztą niesamowicie zdołowany i zdegustowany faktem, że nikt nie zrozumiał jego geniuszu. A jest super osobą, zawdzięczam mu zupełnie nowe spojrzenie na muzykę. To on mi wytłumaczył co to jest stopa, co to jest werbel, co to jest granie "na cztery", co to jest "pytanie i odpowiedź" w funku. W jego muzyce, mimo, że to drum'n'bass, temat niby bardziej skomplikowany, było mnóstwo przebojów z prostymi, dobrymi melodiami i fajnymi słowami. Tyle, że facet przepadł.

Ale Sobota nie przepadł. Wyciągnąłeś go z otchłani. 
To nasz największy sukces. Początkowo chciałem Sobotę tylko komuś polecić, wcale nie planowałem go wydawać. Jak gdzieś szedłem, miałem przy sobie zawsze materiał Soboty i punkowe nagrania zespołu mojego ciotecznego brata. Pamiętam jak poszliśmy do dystrybutora, który oznajmił nam, że "już nie wyjdzie w Polsce żaden nowy, wielki raper".

Koniec! Postanowione (śmiech)! 
Tak! "No bo jest już Peja, jest już Tede, jest Molesta i nasz rynek niczego przecież nie potrzebuje. Nic nie wyjdzie". Zapytałem wtedy "Ale jak to, kurwa? To jutro kończy się świat?". "Nie, ale niczego więcej nie wylansujemy, to nie ma żadnego sensu". Chuj, okazało się, że się miało. 

Proces powrotu Soboty na scenę był rozpisany, zaplanowany?
Tak, choć niczego nowego nie wymyśliliśmy. Mixtape przed wydaniem płyty wydawano wtedy na całym świecie, choć może rzadziej w Polsce. 

A wpadliście na coś  z czego jesteś dumny?
Wyprzedziliśmy parę trendów odzieżowych o dobry rok albo i dwa lata, co zresztą w wielu przypadkach okazało się błędem, bo w trendy to należy trafiać, przynajmniej jeżeli chcesz zarabiać. Uważam, że "Stoprocent 2" było bardzo pomysłową rzeczą, to wrzucenie słowiańskiej muzy do hip-hopu, i nie ukrywam, że zazdroszczę Donatanowi sukcesu. Byliśmy protoplastami takiego stylu, i to na świecie, a nie umieliśmy wyciągnąć tego dalej. Teraz jest od groma takich zespołów, w Rosji, nie w Rosji, wezmą sobie do klipu matrioszkę, jakąś grubą babę, i jest śmiesznie. Jest wysyp tego całego "weirdo". A my zajmowaliśmy się tym to osiem, dziesięć lat temu. Oczywiście, Pan Mann znalazłby zapewne mnóstwo takich rzeczy, które były wcześniej...

Jeżeli pijesz do mariażu rapowo-ludowego, to trzeba przypomnieć Bubbę Sparxxxa, całego w błocie i na traktorze...
Faktycznie, to było przed. W podświadomości był pewno inspiracją do naszego wideo. Ale nie bezpośrednią - ja koło wsi, gdzie "Stoprocent 2" kręciliśmy, zakopałem się samochodem. Przyjechali wieśniacy, wyciągali mnie traktorem, a ja sobie pomyślałem, że byłby z tego fajny teledysk. Nasz mógłby być akurat dużo lepszy, ekipa, która go wykonała, skasowała mnie na mnóstwo pieniędzy a swoją robotę wykonała na odpierdol. Byli nieprzygotowani i połowę rzeczy musieliśmy organizować my. A miałem mnóstwo świetnych pomysłów, chciałem na przykład, żeby wieśniacy grali w taką grę, że odcinają kurom głowy i patrzą która dłużej biega zakładając się o pieniądze. Jestem przekonany, że ci wieśniacy by to zrobili, ale filmowcy nie zdążyli tego nakręcić. Tego typu rzeczy.    

Czy ty pomysły na klipy wymyślasz na trzeźwo?
Różnie! Kiedyś bardzo dużo jarałem, teraz nie palę. No dobra, zdarzy mi się po chamskiej imprezie, ale nie tak, że codziennie wieczorem. Szczerze mówiąc nie wiem co wtedy robiłem na trzeźwo, co nie, bo to się bardzo zlewało. Wenę naćpanych ludzi uważam za mit. Lubię czytać artykuły poświęcone pisarzom książek. Samych książek czytam mało, prawie w ogóle, ale wywiady z gośćmi od bestsellerów to już co innego. Powtarza się u nich jedna prosta rzecz - wstaję o dziewiątej czy tam którejś, idę z psem, myję dupę, jem śniadanie, po czym siadam i do godziny 18 piszę książkę. Codziennie. Jak słabo poszło, to wyrzucam do śmieci, jak fajnie - zostawiam. W ten sposób taki Stephen King wydaje tych książek od cholery i ciut ciut. Ma pewien warsztat, raz coś zrobi gorzej, raz lepiej, ale poniżej pewnego poziomu zapewne nigdy nie schodzi. Tyle. Jego książki są generalnie chujowe, za to zarabia kupę szmalu. 

Wyrzucenie tego, co nie wyszło to też cenna umiejętność. Taka zdolność samooceny. Specyfikacją polskiej sceny rapowej są emcees nagrywający z nużącą regularnością albumy nie trzymające równego poziomu. 
Coś w tym jest. Mam dosłownie parę swoich piosenek, które po latach uważam za kompletne gówno, większość mam za wykurwiaste. Od niedawna zmieniłem taktykę. Kiedyś pisaliśmy zawsze w studiu, mieliśmy w Stoprocent żelazną zasadę, że jest piosenka, przychodzi producent i się pracuje. Raper pisze tekst, producent robi bit, pod koniec dnia kończymy z numerem. Teraz myślę, że jak ma się dobry pomysł i chce go fajnie ugryźć, powiedzieć wszystko, co się chciało powiedzieć, to żadnym wstydem nie jest pisanie tego miesiąc, rok. Ja mam parę pomysłów rozplanowanych na ileś lat. Nie jestem w stanie przysiąść i zrealizować ich jak bym chciał. Piosenki wymyślone lata temu mają patent, coś w sobie, a ja nie umiem do nich odpowiednio podejść. Boję się, że wyjdzie banalnie, a tego bym sobie nie życzył. 

Może trzeba zatem wdrożyć dyscyplinę o której przed chwilą mówiłeś?
Może. Nie mam na to jednak ciśnienia, bo to nie jest moja praca. W moim przypadku wolę spontaniczne działanie - usłyszeć muzykę, która mnie porwie do tego, żeby coś do niej pokrzyczeć czy zanucić. Często wychodzi na to, że coś z czym przychodzę do studia kończy się czymś zupełnie innym. 

Zastanawialiśmy się nad kluczem doboru artystów do Stopro. Lubisz bezczeli, co? Na waszym kanale sporo takiego rapu.       
Będę teraz zmieniać taktykę i swoje myślenie. Im jestem starszy, tym bardziej biznesowo chcę do sprawy podchodzić. Będziemy patrzeć na to, co jak idzie. I nie będziemy brali nie wiadomo ilu artystów, absolutnie nie dążymy do bycia największą wytwórnią, numerem jeden. Wolę wydawać mniej płyt i bardziej się do nich przykładać. Jest teraz zły trend, zupełnie nie wiem co z nim zrobić...

Jaki trend? O co chodzi?
O mnóstwo beznadziejnych klipów. Jak jest płyta, to trzeba ich do niej zrobić dziesięć. Ja wolałbym jeden. Mogę porównać to do strzelania. Chciałbym gościa, który wchodzi na dach, wymierza z teleskopu i strzela w łeb, podczas gdy inni wolą podejść bliżej, wziąć dwururkę i wypierdolić w tłum. W tym drugim przypadku jest zdecydowanie więcej nieżywych. Artyści robią mnóstwo cienkich teledysków, ale nie pozostaje nam chyba nic innego niż dostosowanie się do tego trendu. Znudziły mi się te wszystkie historie - ten gdzieś poszedł, kupił od tamtego dragi, zesrał się, złapali go... Te wszystkie gówniane, umoralniające opowiastki z puentami w stylu "Pamiętaj, żeby myć zęby wieczorem". Z drugiej strony fajne są jednoujęciówki, rzeczy kręcone telefonem. Masz numer przeciwko policji? Idź ze smartfonem pod komisariat, zarapuj, że są chujami i okej. Naprawdę lubię takie rzeczy. Tak samo jak machanie rękoma. Nie ma w tym nic złego, ale jak się fajnie nimi macha. Hip-hop polega na tym, żeby machać rękoma. Tanie rzeczy można robić. Byle pomysłowo! Podoba mi się też to, że muzyka niesie bardziej niż sam klip. Wystarczy zajebiście trafić z kawałkiem.   

Bardziej koncentrujesz się na podpatrywaniu trendów lokalnych czy światowych? Nie mówimy, żeby kopiować, ale dobre inspiracje nigdy nie są czymś, czego należałoby się wstydzić.
Zerżnę wszystko co było 20-25 lat temu! Gnoje nie czają teraz niczego, bo się nie chcą uczyć. Sporo straciłem na usiłowaniu bycia wyjebanie oryginalnym. Miałem świetny pomysł, kiedy robiliśmy pierwszy kawałek Reny. Mówię do niej "Chodź, założysz chustę jak bandyta. I będziemy cię pokazywali cały czas wyłącznie w niej, coś czasem zmieniając, dorysowując buzię, coś malując. I tak przez rok". Ona była na zasadzie "Hmm, nie wiem". No to ja, zamiast stwierdzić, że nic mnie nie obchodzi, że nie wie, bo ja wiem i robimy, to się zreflektowałem, że Sido to miał, że MF Doom to miał, potem próbowali tak zrobić w Niemczech z Kitty Kat. Przyznałem Renie rację i zdecydowałem, że jednak nie. A ludzie by się cały czas zastanawiali nad tym czy ta laska jest ładna, czy nie. To byłoby ich pierwsze pytanie. I co się stało? 

Kaen się stał. 
Kaen! Założył sobie, kurwa, zwykłą maskę Jasona, niczego nie wymyślił i zadziałało! A ja im jestem starszy, tym bliżej mi do bycia fanem tego, co działa. A nie, że "O, tak wymyśliłem, że paru gejów-specjalistów przyznało, że to super fajne", bo nic z tego nie wynika. Obecnie mam szacunek do cudzego sukcesu. Oglądając pierwszy nas też narzekałem, że tu tyle z Eminema. Jebać Eminema, jebać wszystko. Kaen jeździ, gra koncerty, dupy rucha, pieniądze zarabia. I co? Jest zajebiście? Jest! 

A jak ktoś podskoczy, to jeszcze umie mu dopierdolić.
No właśnie, nauczył się bić! Robi pompki na ręce, skacze, zadyszki nie dostanie jak będzie kogoś tłukł. 

Mówiłeś o tej oryginalności... Ciekawym trendem jest u was wplatanie elementów polskiej muzyki rozrywkowej - Lady Pank, Roże Europy, Szczepanik... 
Chcemy korzystać z dorobku naszego kraju i tyle. Wypracować własny styl. Na wyspach zrobili to doskonale. Ja mam pewną teorię odnośnie tego jak powstał grime. Muszę kiedyś pogadać z tymi ludźmi, ale uważam, że jest zajebista. Oglądałem kiedyś wywiad z So Solid, pionierami gatunku. I oni mówili, że chcieli zrobić amerykański hip-hop, tylko im nie wyszło. Wtedy popularny był szybko rapujący Busta Rhymes. I o co chodzi - szybkie numery Busty to tempa 130, czyli jakieś 65 jeżeli podzielić przez dwa. Następne numery to 180, czyli 160, w zależności jak kto sobie układa pattern. W Stanach zupełnie pominięto tempo między 140 a 150, prawie nie występowało. I tu taka rzecz - większość ludzi robiło bity na Fruity Loops. Jak program się otwiera, to bazowym tempem jest 140. Podejrzewam, że chłopaki z So Solid nie wiedzieli w ogóle co to jest tempo. 

Wyobrażam sobie gadkę w rodzaju: " - To co, robimy muzę? - Robimy, - To ty będziesz rapować, a ja będę robił bity. - OK. - Ściągnijmy więc Fruity Loops. - A  co o tam chodzi? - No trzeba poustawiać te garnki różne. - No to dajmy tu, tu i tu". 

Zanim zaczęli bawić się tempem, minęło pewno z pół roku. A rap nie wychodził jak w Stanach.  "- Ty, to nie brzmi jak u nich, ale brzmi fajnie. - To zróbmy tę piosenkę". I zrobili. Tak to widzę.

W Polsce też wiele ciekawych rzeczy wyszło wynikiem nieudanych prób przeszczepienia. To stare Slums Attack, które miała brzmieć jak kalifornijska muza na syntezatorach. Albo druga płyta Wzgórza, która miała być kielecką odpowiedzią na psychorap z pierwszego Kalibra...
Ja po zobaczeniu pierwszego koncertu Kalibra od razu pomyślałem z kolei, że to polska podróba Wu-Tang Clan. Całe wycie Magika jest przecież inspiracją Ol' Dirty Bastardem. A Wzgórze kojarzy mi się z Funkdoobiest i Cypress Hill to było gówno Liroya, oni z nim sporo jeździli, byli tym tak katowani, aż w końcu też to polubili.  

Klimat w Szczecinie wydaje się sprzyjać trzymaniu się razem. Tak jakby Łona, Bonson, Sobota, Oreu i Analogsi mogli spotkać się na jednej imprezie i świetnie razem bawić. Nie każdy mógłby to sobie wyobrazić.
A mogłoby tak być. Szczecin nie jest specjalnie dużym miastem, nic się w nim niesamowitego nie dzieje. Nie ma takiej konkurencji jak dajmy na to w Warszawie. Kiedyś zaproponowałem koledze z Londynu, że będzie taniej jak do klipu wyślę mu ekipę z Polski. Odparł mi, że chyba nie lałem. Że tam mu wszystko zrobią za darmo, że wchodzi na stronę i wpisuje, że chce pięciu aktorów i nic im nie musi dać, może tylko szluga i 20 funtów, żeby przyjechali PKS-em. Wszyscy zapieprzają za wpis do portfolio, bo marzą, żeby coś zrobić, a innych na ich miejsce jest od chuja. W Szczecinie nikomu tak nie zależy. Nie ma tarć, wojen. Umówmy się, w  naszym hip-hopie tak naprawdę nie ma przecież tarć. 

Jest sporo. Ale może wojenek, nie wojen.
No tak, ale nikt kosy nie dostał, do nikogo nie strzelali. Ktoś dostał w ryja, ktoś został opluty, tyle. Nic się nie wydarzyło. A nawet w Niemczech się nie pierdolą, jak ktoś coś tego, to przyjdzie trzech skurwysynów i wsadzą mu pod żebra kosę. Tak to się tam umie skończyć. U nas, dzięki Bogu, nie, nawet biorąc te zakulisowe historie, to i tak pierdoły. Dobrze, bo agresja jest bardzo fajna w telewizji, a bardzo chujowa, kiedy przyjmujesz ją na klatę.  

Nie czujesz zawiści na rynku wydawniczym?
Oczywiście, że jest. I będzie jej więcej, bo wytwórnie będą sobie teraz nawzajem podkupować artystów. Nie ma żadnych zasad, moi ludzie też dostają propozycje, rynek będzie wyglądał na zasadzie "kto da więcej".

A po remiksie "Sześciu Zer" Taco Hemingwaya Tytus nie zadzwonił?
A dlaczego miałby? Bit jest na samplu, nie ich, tak mi się wydaje, w każdym razie my go na samplu od nowa zrobiliśmy. Piosenka ewidentnie jest remiksem, ale żeby od razu telefon?...

Hmm, pamiętamy co się działo kiedy jeden ze stołecznych raperów pożyczył sobie bit jednego z warszawskich zespołów...
Ja bym w życiu o takim zachowaniu nie pomyślał. Robi się remiksy, my chcieliśmy robić ich dużo, choć w sumie robimy ich mało... Ja tam od 15 czy 20 lat trąbię ludziom, żeby brali się za remiksowanie polskich rzeczy, a nie ulubionego amerykańskiego numeru sprzed ośmiu lat, który nikogo już nie obchodzi. Remiks to fajne ślizganie się na czyichś plecach, bo czemu nie, skoro można zwrócić uwagę na siebie?   

I wyzwanie, bo jak wypadniesz gorzej od oryginału, to ci się dostanie.
Dostanie? Ktoś mi przyjdzie i za to jebnie? No już na pewno nie fan Taco Hemingwaya. Najgorsze co może się stać, to to, że nie obsłużą mnie w hipsterskiej restauracji. "Nie, ty nie dostaniesz naszego craftowego browaru! Masz Tyskie i spierdalaj".

(śmiech) Nie, nie. Nie to mieliśmy na myśli mówiąc "dostanie się", raczej porcję nieprzyjemnych komentarzy. Ale mów dalej.     
Lubię takie rzeczy, rapowe "zlecenia". Z chęcią pisałbym dla kogoś teksty. A ta wersja "6 zer" była dla mnie dużo trudniejsza niż autorski numer. Nawiązuje do każdej linijki Taco, przemieniam każdą jego myśl. Uważam, że to jedna z najlepszych rzeczy jakie nagrałem. Choćby dlatego, że to międzypokoleniowa polemika. Uważny słuchacz sporo dla siebie wynajdzie. A najlepiej bawić się będzie ten, kto zna mnie osobiście. W firmie najbardziej brechtali z tekstu, że "dzwonię do mamy po przelew, bardzo proszę". Taco dzwoni do mamy, żeby wysłała mu swoje pieniążki. A moja mama pracuje u mnie w firmie i odpowiada w niej za przelewy. Jak potrzebuję forsy, to taki telefon rzeczywiście wykonuję i wysyła. Czyli w tych samych słowach zawarta jest zupełnie inna myśl. 

O ile "6 zer" u Taco Hemingwaya brzmiało jak totalnie science fiction, to w twoim wypadku można się zastanawiać... Raczej pod koniec miesiąca zawsze będziesz miał co do garnka włożyć.
Taco też będzie miał, umówmy się. Polska nie jest krajem biednym, tylko wyżej niż średnim. Nie ma u nas biedy, jest tylko patologia, a to dwie różne rzeczy. Moja babcia, która przeżyła Syberię, powiedziała mi, że bieda jest tylko w tym momencie, jeżeli faktycznie nie masz co jeść. Nie masz pracy, idź do baru, a jeszcze lepiej do urzędu, jest jej w nim od chuja. Tylko nikt jej nie chce. Byliśmy tam, kogoś szukaliśmy, są jakieś dotacje. Wiedzieliśmy, że może być problem z kimś na to stanowisko. Baba na miejscu przyznała, że rzeczywiście, może być. To my jej, że przecież bezrobocie... A ta w śmiech. Bo nie ma czegoś takiego, są tylko ludzie, którzy nie chcą pracować. A jak za mało chcą ci tu płacić, to możesz sobie wsiąść w pociąg i wypierdalać gdziekolwiek, gdzie płacą lepiej.

A jak patrzysz na przyszłość wytwórni fonograficznych? Takie czasy, że każdy chce mieć swoją i coraz więcej głosów, że po co się z wydawcą działkować, jak to wszystko możesz sobie ogarnąć samemu.    
Wytwórnie pewno będą istniały, natomiast jest tak, jak twierdzicie. Kiedyś na taką sytuację mówiłem "efekt Jaya-Z", mając bardziej na myśli ludzi super znanych, którzy nagle otwierają sobie wydawnictwo bo pieniądze już mają, laski się ruchają, wszystko jest dobrze, ale dociera do nich, że nikogo nie wylansowali. I otwierają interes, często zapominając o jednej rzeczy - że chuj ich strzeli jeżeli podopieczni będą bardziej popularni od nich. Znajdę mnóstwo przykładów w Europie, w Polsce... Otwierali, potem zamykali, gdy do nich dotarło, że żyje im się dobrze i nie muszą się kłócić z frajerami. 

A to, co mówicie? Jasne. Jesteś ogarnięty, lubisz robić muzykę? To sobie tak to rób, bardzo dobrze. Jeżeli chcesz zapierdalać od rana do wieczora i zatrudniać ludzi, mieć grafika i słać maile, albo posiadasz dziewczynę bądź ziomka gotowych robić część z tych rzeczy - wytwórnia nie jest ci potrzebna. Z tym, że większość artystów to ludzie nieogarnięci, bo artyzm bardzo rzadko chodzi w parze z wewnętrznym poukładaniem. Dochodzą trasy, koncerty. A ty możesz chcieć po prostu robić muzykę i niczym innym się nie przejmować. Wytwórnia ma już duży kanał YouTube, którego tobie akurat brak, więc szybciej może dotrzeć do ludzi z kawałkami. To świetnie zagrało w wypadku KęKę. Tkwił sobie w internecie, miał 15 tysięcy obejrzeń, a gdy trafił na kanał Prosto i ludzie usłyszeli, że to jest fajne, to liczba słuchaczy lawinowo zaczęła rosnąć. Także wytwórnie przetrwają, mnie bardziej ciekawi co z nośnikami. Mimo wszystko płyty się sprzedają, gównianie, ale jakoś. Ja na przykład mam trochę płyt, choć jestem wolny od fazy zbieractwa. Może się pojawi, gdy przeniosę się do większego domu i będę mieć więcej miejsca? Wtedy sobie coś pozbieram.  

Na przykład co?
Jestem wielkim fanem Redmana. Kupiłem sobie wszystkie jego płyty nie wiem ile razy, pewno z osiem czy coś. Używam jego płyt, słucham, jak się porysują, to otwieram okno i wypierdalam, po czym nabywam na nowo. Robię to dlatego, że to właśnie jest moja cegiełka dla niego. I dlatego, że mam aucie odtwarzacz z cedekami. A jak nie będę go mieć, to po co mi te płyty potrzebne? Do obejrzenia okładki?  

Może zatem winyle? 
Winyl jest fajny, ale wiecie, to trzeba mieć gramofon w chacie, potem to całe babranie się ze zmienianiem płyty. Ale o ile dla kompaktu nie widzę już miejsca, to winyl będzie sobie żył tak jak żyje. Myślałem, żeby swoją płytę wydać na winylu. Pięćset sztuk do tysiąca, szacuję, że tyle osób zainteresowanych jest moją muzyką i akurat tyle by zeszło.

No tak, zwłaszcza, że spotykasz się z zainteresowaniem poza hip-hopem. 
Wydaje mi się, że nikt z rapu tego nie słucha i nie wiem, kurwa, czemu, bo postrzegam to jako rapowe do bólu.

To ten ekscentryzm pociąga ludzi spoza, bo nasz rap jest bezpieczny, przewidywalny, nikt nie folguje swojej wyobraźni, za to gryzie się w język. Inaczej niż u ciebie. 
Polski rap rzeczywiście jest mało kontrowersyjny, niewiele jest takich rzeczy. To, że w swojej muzyce jestem jaki jestem wynika z tego, że ja to sobie robię dla zabawy. Gdybym żył z muzyki, to też bym kalkulował. Jak jesteś dorosłym mężczyzną, to w pewnym momencie kończy się pierdolenie i trzeba żyć... 

Fajnie napić się dobrego drinka, nie chujowego, fajnie jest zjeść dobry obiad, nie chujowy. I myślisz "kurde, to jest moja praca, może nie będę wciskać tyle slangu ze swojego podwórka tak, że nikt niczego nie zrozumie, tylko powiem to paroma polskimi słowami? Może tego i tego nie powiem, bo się wkurwią te pedały, które nie lubią pedalstwa, niech dalej słuchają tych pierdół co zawsze?  A z tym nie nagram, bo to nic mi nie da, a z tamtym owszem, bo da sporo? Nie mam żadnego problemu z takim myśleniem. To jak ze sklepem - jak go robisz, to chyba po to, żeby ludzie w nim kupowali?

Ty możesz sobie pozwolić na wiele - żeby mieć sporo rzeczy w dupie, zrobić klipy za sporo pieniędzy, nie oczekując po nich zawrotnej ilości wyświetleń, nie po to, żeby nie wiadomo ile sprzedać.
Co do klipów, to pewno macie na myśli moje pierwsze... Wyobraźcie sobie, że one były tanie. Oczywiście trzeba było sypnąć groszem, żeby ktoś zbił lektykę, ale tak to ludzie robili je za darmo albo za nieduże pieniądze. Ale teraz już nie robię klipów i prawdopodobnie nie będę ich robił. Nie chce mi się, i mam poczucie, że w tym względzie powinienem koncentrować się na swoich artystach. Jestem wkurwiony na to, że w ogóle zrobiliśmy klip do "6 zer". Nagrałem tę piosenkę osiem miesięcy przed nim, ale ludzie mnie namawiali. Pykło z 200 tysięcy wyświetleń i to nie jest żaden sensowny licznik. Na podobny wynik mógłbym liczyć bez obrazka. 

Ledwo co mówiłeś o tym, że jak chcesz ludziom coś sprzedać, to może powinieneś być ostrożny ze slangiem swojego podwórka. To tylko przykład, ale całkiem przewrotny, zwłaszcza, że wydaliście płytę ze śląskim rapem - Wu. 
Mi muzyka Wu, jego slang podobają się bardzo. Gdyby miał nawijać inaczej, to by było chujowe. Jestem ze starszych czasów, gdzie nic nie było proste. Człowiek musiał sobie zadać trud. Jak usłyszałem tych niesamowitych artystów z Ameryki pierwszy raz w swoim życiu - a dokładnie pamiętam gdzie - to zwariowałem. Oszalałem, jakbym całe życie na to czekał. Chciałem wiedzieć wszystko. Znałem słabo angielski, to się go trochę lepiej nauczyłem. Dla mnie gwara, kwestie indywidualne, to najlepsze, co może być. Hip-hop to są szczochy psa. Wiecie, pies podchodzi do murka i szcza na niego. Wszystkie inne psy mają wiedzieć, że ten murek pachnie jego szczochami. Powinny więc jebać zupełnie inaczej. To jest hip-hop. Wszystkie inne kundle mają wiedzieć, żeby spierdalać. Czekam na rapera z Kaszub. Poza tym ja nie uczyłem się śląskiego, ale w kawałkach Wu wszystko rozumiem. Jeżeli nie za pierwszym razem, to dwa razy sobie przewinę i wyłapuję z kontekstu. 

Jak widzisz przyszłość starzejących się raperów? Często nic innego nie umieją, a trudno ciągnąć tak do emerytury...
Kult młodości jest w hiphopie jak w każdej innej muzyce, ale to nie jest żaden problem. Tylko widzicie, to jak ze wszystkim. Macie raperów takich jak Busta Rhymes. Który z małolatów technicznie może mu powiedzieć cokolwiek? Jaką on miał zwrotkę na pierwszym "Worldwide Choppers" Tech 9ne'a? Nawet się tam jąkał do rytmu! Taki raper zawsze będzie mieć pracę. Pojedzie na koncert i zgarnie te swoje 20 tysięcy baksów za show. Podobnie Redman, Method Man... A George Clinton? Czy ktoś mu powie, że jest za stary, żeby grać? Idzie do nowojorskiego parku, kładzie się, a dzieciaki na deskach robią przez niego kickflipy. Jest Georgem Clintonem, może robić co chce, jest światłą, wesołą osobą. 

Flying Lotus podpisał go do swojej wytwórni Ale taki PMD już nie gra.
Bo PMD jest, kurwa, chujowy! I był chujowy, kiedy jeszcze był znany. Kupiłem jego płytę i nie wiem po co komu ona? Jakie bity robi on, a jakie robił mu Erick Sermon? Słyszysz podkład Sermona i łeb się od razu kiwa. On dotknie trzech klawiszy i wszystko gra. A PMD? Ja umiem robić taką muzykę, jakieś ciężkie, molowe gówno. Także ze starzeniem się hip-hopu będzie tak, że grono tych, co się nie nadają się wykruszy, być może zresztą nie nadawali się nigdy. Ale inni nadążą. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, że w wieku 50 lat Eminem nie da takiej zwrotki, że się wszyscy zesrają... I jeszcze przy okazji powiem słuchaczom tyle prawdy o nich samych, że siądą i się zawstydzą.  

W Polsce największy problem dotyczy chyba raperów-moralizatorów. Im starsi są ich słuchacze, tym mniej chcą słuchać mądrości. 
A jeśli chcą, to od kolesia starszego o pięć lat, nie o 15 czy 20. Tu dobrym przykładem jest Zbuku. Ja uważam, że Zbuku jest w porzo. Tylko on jest dla małolatów. Pamiętam, że gadaliśmy o nim, śmialiśmy się, piliśmy, po czym ktoś w towarzystwie rzucił, że jego zwrotka brzmi pewno jak "umyj zęby przed śniadaniem, zrób tamto siamto, tego". Po czym włączyliśmy płytę i trafiliśmy na dokładnie takie słowa. Żarty żartami, pomyślałem jednak, że kiedyś mi ktoś też musiał to wszystko przekazać. Rodzice albo ktoś. I że ludziom jest ktoś  taki potrzebny, troszeczkę starszy mentor. Żeby wiedzieli, że jak ich rzuci dziewczyna, to na świecie jest jeszcze ich parę miliardów, więc może jakąś znajdą.    

No tak, tak, ale to przykre, że ludzie chcą otrzymywać od raperów instrukcje do obsługi życia.
To jest beznadziejne, zwłaszcza, że raperzy to w większości przypadków idioci. To, że wydają polecenia jest samo w sobie prześmieszne. Można paru rzeczy nie rozumieć, ja też na początku nie rozumiałem Redmana jak go zobaczyłem. "Co to za straszny czarnuch, co napada na banki?!". Dopiero potem dotarło do mnie, że to jest komediowy gangsta rap. Ale też w żadnym momencie nie chciałem za sprawą Redmana napaść na bank i zjebać sobie życia... Oczywiście komuś by to się mogło zdarzyć, włącza się ta cała wielka dyskusja o odpowiedzialności za słowo. Ja uważam, że raper nie powinien mieć, kurwa, żadnej. Z jego mordy powinny wypadać najgorsze debilstwa, to jest zajebisty rap. Lubię wszelkie prowokacje stosowane nawet wtedy, kiedy ich autor wcale tak nie myśli. Kiedy zastanawiasz się czy możesz coś powiedzieć, to rezygnujesz ze swoich artystycznych aspiracji. 

Oj, a co z biznesem o którym sporo mówiliśmy?
No tak, to druga strona. Ja tam nikogo nie mam pretensji, jeżeli ktoś chce robić wyrachowaną muzykę, to bardzo proszę. Ja lubię to jak najmniej wykalkulowaną.  Nienawidzę gadki "Nie mów czegoś, bo młodzi". To niech nie słuchają takich płyt. Niech starzy ich przypilnują. Jak rodzice mogą się nie interesować muzyką swoich dzieci?! Przecież tam dokładnie mówią to, co twój małolat myśli. A jeśli muzyka się nie nadaje, muszą powiedzieć "słuchaj, zostaw, bo to zjebie ci twój pieprzony, mały mózg". 

Tylko, że taka muzyka dociera do takich dzieciaków, którzy nie mają takich rodziców.  
Trudno. Ale gdyby każdy miał tak myśleć, to gdzie będzie miejsce na hadkorowy rap?  Dla mnie to jeszcze - choć już pewno niedługo - jest prawda. Stracił dziewictwo, pozostał jednak surowy. To, co zawsze mi się najbardziej podobało, to powiedzenie im w pysk czegoś, czego nie lubią. I powiedzenie im tego tak genialnie, zajebiście fajnie, że cię za to nie zabiją. Eminem robi to doskonale. Moim zdaniem jako pierwszy pokazał hiphopowi co znaczy być prawdziwym. Nie, że ma zajebistego kutasa i kupę szmalu, a wszystkie laski się z nim ruchają i keep it real. Raczej: zlali mnie w szkole, wróciłem do domu, matka mnie, kurwa, najebała, a chuj tym wszystkim lamusom w pysk, I just don't give a fuck. 

Widzisz się za 10 lat w miejscu, w którym tej chwili stoisz?
Chcę robić filmy. W tym się widzę. Firmę mogę mieć, mogę nie mieć, wiadomo, lepsza byłaby ta pierwsza opcja, ale z prowadzącymi dużo lepszymi niż ja i żebym przychodził raz na pół roku mówiąc czy mi się kolekcja podoba.