Quantcast

Andrzej Korzyński: Mieliśmy do spełnienia misję

Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

"Łaskawie zwolnili z moich pieniędzy zarobionych na zachodzie 2000 dolarów na bieżące wydatki. Resztę kazali jednak wpłacić do PKO. Musiałem więc jechać do Paryża i załatwić sprawę".

Jeden z najważniejszych polskich kompozytorów, a dla wielu nawet ten najważniejszy. Z jednej strony genialna muzyka filmowa, z drugiej zabawa konwencją w postaci "Mydełka Fa" i Franka Kimono. Tak potrafił tylko Andrzej Korzyński i jak zwykle z ponadczasowym efektem.

Noisey: Pana życie to ciekawy scenariusz.
Andrzej Korzyński Może napiszę książkę. Teraz jak człowiek nie napisze książki to znaczy, że nie umie pisać.

Wywiad rzeka?
Tak, najlepiej wywiad rzeka, a może strumyczek. A może jeszcze jakieś dowcipy przy okazji?

Bardzo dobry materiał biograficzny.
To co ja zwykle opowiadam, a muszę powiedzieć, że zwykle opowiadam to samo, to jest raptem 1/10 tego co się wydarzyło. Miałem rzeczywiście interesujące życie. Różne przygody. Nie było to co prawda safari czy polowanie w Afryce, ale normalne przepychanki w kraju i za granicą. Zawsze czułem się wolnym strzelcem. Byłem raczej nieco z boku, za to bacznie obserwowałem wydarzenia, zwłaszcza w czasach, w których "niewiele było wolno".

Ten pęd młodzieży, który pojawił się w latach 60. niedługo po odwilży... Ten pęd do muzyki, do kontaktu z zachodem... Coś nieprawdopodobnego, fantastycznego. Na tej fali udało się założyć Młodzieżowe Studio "Rytm" z Mateuszem Święcickim i Witoldem Pogranicznym. Sam bym nie dał rady. W trójkę zawsze raźniej.

Byliście pierwszymi w Polsce, którzy popularyzowali muzykę zachodnią.
Jednymi z pierwszych. Pierwsza była Rozgłośnia Harcerska. "Only You" zespołu Platters! Na wszystkich prywatkach wtedy to było! Oprócz tego Elvis Presley, "Twist and Shout"...

O, Beatlesi. W "Twist and Shout" są moje ulubione wokale Lennona.
Oprócz tego cała masa elektryzujących wykonawców, takich jak np. Brenda Lee. Kopalnia nazwisk, kopalnia utworów. Lata 50. i 60. to coś niebywałego. Ludzie byli zafascynowani tą muzyką. Muszę przyznać, że polska młodzież nagrywała swoje numery bardzo stylowo. Przypominało to anglosaskie piosenki. Pamiętam, bo jeździłem do Francji na festiwal w Rennes. Polacy zajmowali tam regularnie pierwsze miejsca, bo byli najlepsi. Fantastycznie grali, stylowo. Śpiewali po polsku, po angielsku.

Polanie, Grupa ABC...
Tak, tak. Cała masa ludzi. Byłem z wieloma muzykami zaprzyjaźniony. Nagrywali w Studiu "Rytm". Muzycy mieli przygotowany repertuar, bo byli z nim "otrzaskani" na trasie, a jak przychodzili do studia to dostawali 6 godzin i nagrywali co chcieli. Nie było komisji. Nagrywali w tym czasie 3-4 numery, z reguły stuprocentówki. Mieli też bardzo dobrego realizatora, Sławka Pietrzykowskiego. Sławek czuł bluesa i wymyślał różne patenty, aby nagrania były najwyższej jakości. Pierwszy wprowadził oddzielne pomieszczenie dla perkusisty. Ten dostawał słuchawki i grał w boksie, a jego perkusja nie zagłuszała pozostałych instrumentów.

Opanować tę furię dźwięków to rzecz nieprawdopodobna.

- Panowie, grajcie ciszej!
- Nie możemy, to już jest najciszej!

Cudowne były tamte czasy, pełne młodości, świeżości. Mieliśmy do spełnienia misję. Kapele same musiały się kontrolować, wiedzieli że jak nagrają coś z jakimś podtekstem politycznym to będą mieli pod górkę. Z reguły nagrywali o miłości. Zasada "wczoraj w studio, dziś na antenie" była naszym hasłem reklamowym.

Widziałem kiedyś takie archiwalne zdjęcia z różnych studiów nagraniowych z tamtych lat. Były całe rozpiski przed drzwiami, tak było np. ze Skaldami. Wszystko było wypisane: czas utwory, kompozytorzy, autorzy tekstu, skład.
Możliwe, wielu rzeczy też nie widziałem. Skaldowie u nas nie nagrywali.

Maryla Rodowicz też u was nie nagrywała. Czemu?
Taki był podział. Oni lubili współpracować z Agnieszką Osiecką i Wojtkiem Młynarskim. Mieli masę ich tekstów. Ja zawsze mówiłem, że to nie był rasowy bigbit (śmiech).

A "Domek Bez Adresu" jest rasowym bigbitem?
Tak pół na pół. Są przyśpiewki, które Czesio wymyślił. On przechodził wtedy taki okres, że chodził w kożuszku haftowanym, który był zrobiony przez siostry zakonne (śmiech).

Tak! Okładka drugiej płyty!
Tak (śmiech). Robił w tym kożuszku absolutną furorę na festiwalu w Cannes. Pojechaliśmy dla niego, a Czesiek był obwieszony koralami i pięknymi bursztynami. Zwracał na siebie uwagę.

Francuzi mocno mu pomagali na początku.
To był festiwal młodych talentów w telewizji. Oczarował wszystkich. Te dziewczyny za nim szalały! Zamknął się w pokoju hotelowym i namiętnie słuchał Jamesa Browna. Powtarzał po nim frazy, ćwiczył. "Dziwny Jest Ten Świat" to "It's a Man's Man's Man's World". On to tak szlifował, że protest był w hotelu i go chyba w końcu wywalili.

Zachwycił w Olimpii publiczność talentem. Aranżer zrobił mu "Sen o Warszawie" na orkiestrę symfoniczną. Piękny numer, do tej pory aktualny.

Szczególnie dla kibiców Legii Warszawa. Jest pan kibicem?
Nie, nie jestem niczyim kibicem. Totalnie neutralny, wolny strzelec. Podziwiałem i podziwiam wszystkich. Nie angażowałem się, żeby toczyć boje o cokolwiek. Jak coś mi nie wychodziło to odpuszczałem. Tak powinni ludzie postępować. Odpuszczać. Życie serwuje ciągle nowe rozwiązania i niespodzianki.

Odnalazłby się pan w muzyce bitowej?
Oczywiście. Zależy w jakim stylu.

Na większą skalę pan takiej muzyki nigdy nie tworzył.
Może tak, a może nie. Chociaż... "Żółte Kalendarze" i "Kochać" Szczepanika, "Motylem Jestem" Jarockiej... Piosenki roku. To nie był bigbit, to była raczej muzyka rozrywkowa. Kiedy pojawiły się instrumenty elektroniczne można było się twórczo rozwinąć.

Arp Life.
Arp Life był wykorzystaniem tych właśnie instrumentów elektronicznych. W Polsce pojawił się wtedy Minimoog.

A to nie przypadkiem Andrzej Zieliński go sprowadził do Polski jako pierwszy?
Nie wiem, ale na pewno radio go sprowadziło. Jako pierwszy wykorzystał go właśnie Arp Life. Arpa Odyseya sprowadzili Maciek Święcicki i Śniegocki. O ile się nie mylę to miał go też Winicjusz Chrust. Współpracowałem bardzo ściśle z tymi muzykami. To była najlepsza sekcja w Polsce: Winek Chrust, Arkadiusz Żak, Marek Stefankiewicz, Paweł Perliński, Wojciech Kowalewski na bębnach. Marek Lewandowski. To byli muzycy sesyjni wynajmowani też do innych nagrań. Często się zmieniali, bo tych znakomitych muzyków było niewielu. Pamiętam też Marka Blizińskiego, wspaniałego gitarzystę. Gdyby żyli w Ameryce to by jeździli złotymi Cadillacami. W Polsce była ogólna bryndza, państwo pieniądze raczej zabierało, a nie dawało.

Panu kazali wpłacić do PKO.
Tak, to co zarobiłem na zachodzie.

Zostawili 2000 dolarów.
Ciekawa sprawa. Moim przyjacielem był Andrzej Żuławski. Ukończył IDHEC, dostał pierwszą pracę. "Przemontował" film "Le Grabuge", zrealizowany przez 20th Century Fox. Gdy zrobił ten montaż, trzeba było napisać nową muzykę. Dzięki Andrzejowi ja się tam zjawiłem. Nagraliśmy to w studiu Gaumont.

Co to było za studio?
Studio, które nagrywało również muzykę filmową. Każda wytwórnia filmowa dysponuje na ogół studiem do nagrywania muzyki: czy to Defa w Babelsbergu w NRD, czy u nas studia w Łodzi, w Warszawie. Najlepiej wyposażone studia u nas były w Polskim Radiu.

Chociażby Studio Eksperymentalne Polskiego Radia. Jedno z pierwszych w Europie.
My rzadko z niego korzystaliśmy. Było w rękach kilku kompozytorów muzyki poważnej, którzy eksperymentowali. Ja eksperymenty robiłem na własną rękę.

Nie korciło pana, żeby coś tam spróbować zrobić?
Nie, a po co? Jak się pojawiły syntezatory i samplery to można było zrobić to samo. Syntezator to jest mini studio eksperymentalne. Ja zresztą nagrywając muzykę do "Diabła" eksperymentowałem aż za nadto. Andy Votel z Finders Keepers jak zobaczył film po wielu latach nie mógł uwierzyć, że w latach 70. można było coś takiego nagrać. Zapytali czy mam jeszcze muzykę z "Diabła", ale niestety została zniszczona.

GAD Records w jednej z informacji o tym wspominał. To było połączenie jazzu z rockiem.
To była absolutnie alternatywna forma. Wykorzystywane były gitary elektryczne, dźwięk był zwalniany, puszczany od tyłu. Fantastycznie brzmi tak puszczona gitara - są inne relacje, wybrzmienia i ataki. Piekielna muzyka. Absolutnie genialny film. W 2016 roku byłem zaproszony do Lincoln Center, miałem mieć też koncert w Los Angeles. Mniej więcej w tym samym czasie zmarł Andrzej Żuławski. Pokazywali tam zremasterowanego "Diabła", "Na Srebrnym Globie", "Trzecią Część Nocy", "Kosmos" i "Possesion".

Też Finders Keepers to wznowiło.
Tak. Wydali też CD i LP z "Possession". Miałem kopię, dostałem od francuskiej producentki. Przeleżała tyle lat... Kiedy ten film pojawił się w USA to nastąpiło ogromne zainteresowanie Żuławskim, do tego stopnia, że film "Na Srebrnym Globie" został uznany przez Amerykański Film Test za najwybitniejsze dzieło science fiction wszech czasów produkcji nie anglojęzycznej. Dla przykładu "Metropolis" Fritza Langa było w tym rankingu dopiero na 10 miejscu. Tarkowski też był niżej. A w Polsce niewiele się o tym mówiło.

A może mamy jakiś kompleks?
Ale jaki kompleks, skoro dzieło polskiego reżysera został uznane i postawione na pierwszym miejscu?

Może bierze się to też stąd, że Polacy wolą kulturę anglosaską? Filmy z Hollywood, muzykę pop.
Zamiast promować swoje, przebijać się… Cudze chwalicie swego nie znacie... W latach 60. jeździłem do Francji, znowu te festiwale... Grupa NoToCo - pierwsze miejsce. Niebiesko-Czarni, Czesław Niemen... Jak nasi wychodzili to był show. Grali jak amerykańskie kapele. Świetni byli. Był szał.

Tamten okres też był dla pana szałem. NRD, RFN, Związek Radziecki...
Może niezupełnie, choć bardzo dużo się działo. Brali mnie w kraju i za granicą, bo spełniałem oczekiwania reżyserów i produkcji. Zacząłem pisał muzykę dla Defy w Babelsbergu w NRD. Wtedy był to splendor. Polscy twórcy marzyli, żeby tam nagrywać. Defa dobrze płaciła, jakość wysoka, orkiestra znakomita. Napisałem muzykę do piętnastu filmów w NRD. Do trzech w Rosji, przy czym dwa z nich to koprodukcja. Znalazła się też praca w Bułgarii i oczywiście w RFN, Francji i Włoszech.

Niewiele brakowało, abym został we Francji. Zabrali mi paszport po powrocie z Włoch, miałem zapłacić karę - grzywnę 120 tys. Musiałem u dyrektora Departamentu Finansów wyjaśniać na czym polegało moje "przestępstwo". Wydałem przecież własne zarobione pieniądze na utrzymanie we Francji. Przestępstwem było posiadanie konta w banku Rothschild w Paryżu.

Łaskawie zwolnili z moich pieniędzy zarobionych na zachodzie 2000 dolarów na bieżące wydatki. Resztę kazali jednak wpłacić do PKO. Musiałem więc jechać do Paryża i załatwić sprawę.

Zagłębiając się w twórczość: co było bardziej kluczowe w życiu muzycznym? Te podróże i praca na zachodzie czy pojawienie się Arp Life?
Arp Life był konsekwencją tamtej pracy. Zawodowo frajdę dawało mi pisanie muzyki do filmów. Nie napisałem symfonii, ale potrafiłem napisałem na dyplom operę, którą nagrano. A fascynacja bigbitem powstała, ponieważ miałem wtedy 20 lat.

Na studiach w PWST uczono nas komponowania we współczesnych technikach np. dodekafonii, punktualizmie, ogólnie muzyce atonalnej. Jeśli się pan nauczy na czym polega seria dodekafoniczna, jak ją napisać, jak nią operować, to wszystko jest potem proste. Będąc troszkę matematykiem robi się taką zabawę, że przestawia się nutki. Muzyków samouków jest bardzo dużo, ale muzyka to jest także nauka. Ludzie myślą, że ktoś bierze instrument i gra. Albo kapela - kilku się zebrało i sobie grają. Czy grają, bo się uczyli według zasad i schematów, czy z duszy i serca to zawsze musi być jednakowoż talent i pasja. Wielu młodych muzyków się nie kształci. Uważają że studia niweczą im własne ego. Myślą, że jak znają dwie funkcje, trzy nuty i zapętlone loopy, to wiedzą wszystko. Słuchając wielu utworów, szczególnie muzyki techno, odnoszę wrażenie, że prawdziwymi kompozytorami twórcami tej muzyki są informatycy i konstruktorzy instrumentów elektronicznych.

Dużo ma pan tych anegdot! Książka będzie wielkim i opasłym tomiskiem!
Myślę, że na początek 10 tomów wystarczy. Tymczasem opowiadam panu nieskończone historie. Zależy kto je weźmie do obróbki. Zresztą, jeszcze książki nie napisałem i nie wiem czy napiszę. Teraz każdy ma książkę, może ciekawiej jest jej nie mieć.

A propos innych form i wracając do tych piosenkowych - wie pan, że zdarzało mi się płakać przy pana kompozycjach?
Moja żona zawsze miała łzy w oczach jak słuchała piosenki "Pożegnanie z Bajką".

Ja też! To jedna z nich. A wie pan co jest drugą?
Oj, nie wiem, nie wiem.

To inaczej - pamięta pan lato 1991 roku? Chwilę po przemianach ustrojowych.
Napisałem wtedy wiele piosenek, których niestety nikt nie wydał. Być może teraz uda mi się je gdzieś wcisnąć, bo one się w ogóle nie zestarzały. Może trochę aranżacje, bo wszystko robiłem sam w domowym studiu. Robiłem podkłady od A do Z, czasami tylko Winka Chrusta brałem, żeby coś tam dołożył. Nagrywałem wspaniałych aktorów: Piotra Fronczewskiego i Marka Kondrata.

Właśnie o tym mówię: miałem wtedy 4 lata, "Mydełko Fa". Mama mnie kąpała (śmiech). Ta piosenka była wtedy wszędzie: na bazarach, dyskotekach.
Tak, tak. Mój syn napisał muzykę.

Tandem. Syn muzykę, pan tekst.
On miał wtedy 17 lat. Chodził do szkoły muzycznej i na tej mojej aparaturze nagrywał swoje kawałki. Brał go jako kompozytora reżyser - Tadeusz Kijański - zrobił dla niego kilka ilustracji teatralnych. Zrobił też taki bardzo melodyjny kawałek. Powiedziałem: "Mikołaj, pozwól że napiszę do tego tekst". Wpadła mi w oko reklama z kobitką pod prysznicem. Napisałem tekst. Nie myślałem, że coś z tego w ogóle będzie. Kondrat piosenkę nagrał i był zachwycony, a wszyscy w studio konali ze śmiechu. To tak fajnie zabrzmiało w tamtych czasach.

Potem ktoś wymyślił, że to disco polo, że to, że tamto, ale to nie ma żadnego znaczenia. Piosenka miała być zabawna. Marek był zachwycony. Zrobiliśmy całą płytę. Chcieliśmy gdzieś to wydać, ale nikt tego nie chciał. Ja miałem kolegę, co prawda z innej branży, ale blisko, bo robił kasety. Powiedziałem mu, że chciałbym wydać płytę z "Mydełkiem Fa" i warto by było coś z tym zrobić. Wyprodukowaliśmy płytę w Holandii. Potem ktoś wywiózł ją do USA i w Chicago w "Radiu Dla Ciebie" była przez pół roku na pierwszym miejscu na ich liście przebojów.

Na antenach radiowych na początku lat 90. nie było wtedy polskiego bitu z lat 60. Dlaczego? Bo nie było tej muzyki na płytach kompaktowych. Stacje radiowe nie miały już odtwarzaczy analogowych, tylko kompaktowe. Poszliśmy do radia, załatwiliśmy licencję, wiedziałem gdzie leżą nasze nagrania ze Studia "Rytm". Część leżała w Trójce, część w Polskim Radiu Dla Zagranicy.

Nasze oryginały były powiązane sznurkiem i wrzucone do piwnicy. Większość zgniła od wilgoci, ale to co udało się uchować, było materiałem na trzynaście płyt kompaktowych. Czerwono-Czarni, Polanie, Niemen, Grechuta, Trubadurzy, ABC, Polanie, Tajfuny, Niebiesko Czarni. Cała masa artystów, którzy nagrywali u nas.

Nie było w Polsce wtedy tłoczni płyt CD. Mój kumpel był operatywny i powiedział, że pojedziemy do Holandii, tam zrobią remastering i wytłoczymy płyty. Zrobiliśmy ten zestaw, a potem rozesłaliśmy go do prywatnych rozgłośni. Zetka, Kolor, Pogoda i inne. Nagle to ożyło! "Gazeta Wyborcza" napisała, że oto jest wielki powrót do muzyki lat 60., do muzyki młodzieżowej.

Niestety, wbiliśmy sobie też nóż w plecy. Piractwo było totalne! Piraci złapali nasze CD i zrobili kasety. Wszyscy zarobili oprócz nas. Jak szedłem na bazar pod Pałac Kultury to z każdego łóżka waliły kasety pirackie przegrane z naszych płyt CD. To była jedna z największych wpadek finansowych.

Dwa razy zrobił pan pastisz. Raz z disco, innym razem z "disco polo".
To nie było disco polo. Dopiero potem zaczęto mówić, że to jakieś disco polo czy muzyka chodnikowa, chyba dlatego że najczęściej była sprzedawana właśnie na chodniku. Wtedy również Beatlesi byli muzyką chodnikową, wszystkie przeboje polskie i zagraniczne sprzedawano w szczękach lub na łóżkach na chodniku. Była firma szczególnie zasłużona w tych niecnych poczynaniach. Nazywała się "Brawo" i sprzedawała swoje kasety nie tylko w Polsce.

Pamiętam! Oni mieli czyste kasety też. Wątpliwej jakości.
Tak, nielegalnie skopiowali całą muzykę zachodnią, nie płacąc nikomu. Chyba dorobili się milionów. Kasety z muzyką wozili tirami do Rosji. Nie było żadnego respektowania praw autorskich. Początek lat 90. to było jedno wielkie El Dorado.

Okej, a ten drugi pastisz, Franek Kimono? Jako Andrzej Spol.
1984 rok. Chodziliśmy do dyskoteki z kumplami, niektórzy z nich pracowali jako DJ-e. Mogliśmy się zabawić, popatrzeć jak to wygląda np. dyskoteka Remont. Piosenki Franka Kimono nagrywał znakomity tandem realizatorski.

Mariusz Zabrodzki i Sławomir Wesołowski, którzy później założyli zespół Papa Dance.
Świetni byli. Rzeczywiście dopiero później założyli Papa Dance. Dzięki Frankowi Kimono zobaczyli, jak to się wszystko fantastycznie kręci. Stworzyli własną grupę. Jak zaczęli ze mną współpracować to Wesołowski tylko nagrywał muzykę, a Zabrodzki był jego asystentem, a przy okazji okazał się też muzykalnym facetem. Robił chórki, śpiewał trzema głosami.

Sławomir Wesołowski wymyślił bardzo dobry pogłos, bo Lexicona jeszcze u nas nie było. Drogi sprzęt, 8 tys. dolarów. Każde dobre studio na świecie już go miało. Piękne brzmienie, więc Sławek Wesołowski wpadł na pomysł zapętlenia taśmy magnetofonowej i spreparował coś na zasadzie linii opóźniającej. To opóźnienie tworzyło bardzo dobry pogłos.

A postać Andrzeja Spola miała być odcięciem się od osoby Andrzej Korzyńskiego?
Nie, ponieważ zacząłem pisać wtedy teksty…

...które są ponadczasowe!
(Śmiech) Bałem się, że koledzy trochę mi dopieprzą.

To była tajemnicza postać? Nikt nie wiedział kim ona jest?
Tak. Wymyśliłem sobie taki pseudonim. Miał być "Spool", czyli "szpulka", głupio trochę. Dobrze mieć tak idiotyczny pseudonim, bo jest lepiej zapamiętywany, ale w końcu został "Spol", bo zgubiła się litera. Pod nim napisałem wszystkie teksty. Nie wierzyłem, żeby ktoś mógł odczytać moje intencje. Nie wierzyłem, że ktoś mógłby napisać taki tekst, jaki ja chciałem, dlatego sam je napisałem. Jak już zacząłem to potem pisałem dla innych. "Kasa - Sex" dla Maryli Rodowicz, teksty dla Kondrata, dla Drozdowskiej, dla Rozmusa. Początek lat 90., transformacji. Nie byłem hołubiony specjalnie przez różnych redaktorów.

Franka Kimono wydał Arston.
A "Akademię Pana Kleksa" Polton...

A po jakim czasie się okazało, że Spol to Korzyński? Jak zareagowało środowisko?
Po latach. Ja się nigdy nie przyznawałem do tego.

Ale Fronczewski chyba o tym wiedział (śmiech)?
Wesołowski też (śmiech).

Muzyka filmowa. Tworząc muzykę do filmu widział pan wcześniej obraz czy tworzył ją na podstawie własnych imaginacji?
Bardzo różnie. Czasami to było tak, że wystarczyło porozmawiać z reżyserem i było wiadomo o co chodzi. Z Żuławskim tak miałem. Przygrywałem mu na fortepianie jakieś tematy, a on tylko mi mówił czy ten będzie dobry, czy też nie. Opowiadał mi o fabule, o filmie.

U Andrzeja Wajdy było podobnie?
Wajda nie, on się specjalnie nie wtrącał. Często był zaskoczony stylistyką i moimi propozycjami.

Na "Człowieku z Marmuru" był Arp Life.
Utwór "Baby Bump" nagrałem znacznie wcześniej. Wajda zaprosił mnie do filmu i pokazał mi pierwszą scenę. Powiedziałem mu, że mam taki numer, który idealnie do niej pasuje. On posłuchał i od razu powiedział, że bierze. Kazał mi zrobić tego typu muzykę, syntetyczny funk. Było dużo też oryginalnych kawałków z lat 50.

Dobry przekrój tego wszystkiego to pewna składanka z lat 90., bodajże z 1993 roku. Pańskie kompozycje do filmów Andrzeja Wajdy.
Olympia z Anglii wydała muzykę z czterech filmów: "Człowieka z Marmuru", "Człowieka z Żelaza", "Polowania Na Muchy" i "Brzeziny".

Inna brytyjska oficyna, Finders Keepers, też mocno zainteresowana jest pana twórczością. Kilka płyt się u nich pojawiło.
7 płyt. "Sekret Enigmy": dwie płyty analogowe i kompakt. "Possession" najlepiej się rozeszła. "Trzecia Część Nocy", "Człowiek z Marmuru", "SOS" wydane z pewną grupą, Awkward Corners, która korzysta ze stylistyki muzyki hinduskiej. Następnie wydali jeszcze "Zombie" jako firma Duo Planet oraz "Tylko Punk Rock". Piosenkę, którą Zabrodzki śpiewał jako Merry.

Merry?
Taki miał u nas pseudonim, żeńskie imię (śmiech).

Pozwoli pan GAD Records dalej mocno kopać w archiwach? Środowisko znakomicie przyjęło muzykę ilustracyjną do "Akademii Pana Kleksa".
GAD wspomina, że chce wydać teraz muzykę z "Wielkiego Szu".

O, to ciekawe. Bogate ma pan archiwa?
Mam bardzo dużo piosenek i ciągle szukam możliwości, żeby je udostępnić. GAD trochę naśladuje Finders Keepers, bo poluje na muzykę filmową i wychodzi mu to bardzo dobrze.

Może podobnie jak Jerzy Milian miałby pan swoją własną serię? Włodzimierz Nahorny też ma kilka płyt u nich.
Dobrze, że jest taki człowiek jak Michał Wilczyński. Pasjonat, dzięki któremu to jest na rynku. Majorsy zajmują się głównie popularyzacją muzyki zachodniej.

Ostatnia płyta nie jest przypadkiem wielkim powrotem z pana archiwaliami na rynek?
Instrumentalna "Akademia Pana Kleksa". Oczywiście, ale nie ode mnie zależy co się pojawi. Wszystko jest w rękach ludzi, którzy coś zrobią z moją muzyką i coś dla mnie. Najważniejsze jest to, żeby moja muzyka żyła.

Nie bałby się pan opinii puszczając stare piosenki z czasów "Mydełka Fa"?
Niczego się nie boję, bo nie popełniłem żadnej wpadki. Miałem szczęście, że to co zrobiłem było sukcesem. Szczepanik, Jarocka, Rodowicz, Sośnicka, Ostrowska, Fronczewski, Kondrat i inni. Większość napisanych przeze mnie piosenek jest lubiana. Najważniejsi są odbiorcy. Teraz ciągle zapraszają mnie na jakieś festiwale. Byłem niedawno na festiwalu we Wrocławiu z dziecięcymi piosenkami. Pewna dziewczynka tak śpiewała "Meluzynę", że Małgorzata Ostrowska byłaby zazdrosna (śmiech).

Swoje honorarium oddałem tej dziewczynce. Fenomenalny głos. Talent musi być dopieszczony, a to jest w rękach ludzi. Media i dziennikarze mogą dużo pomóc, ale też mogą zaszkodzić. Elvis Presley powiedział kiedyś, że gdyby nie radio to by go nie było.

Czuje się pan spełniony jako człowiek?
Tak. I może jeszcze coś nagram.