10 najważniejszych płyt (a tak naprawdę 15): Krzysztof "Grabaż" Grabowski

"Byłbym zadowolony, gdybym mógł wymienić, dajmy na to, 500 albumów!" - upierał się kolejny gość naszego cyklu. Stanęło na "trochę" mniejszej liczbie, ale i tak jest niezwykle ciekawie!

|
15 września 2017, 7:00am

Śledzę muzyczną ścieżkę Grabaża niemal od samego początku - przegapiłem co prawda jego debiut z punkowym zespołem Ręce Do Góry, ale debiutancką kasetę Pidżamy Porno "Ulice jak stygmaty" usłyszałem zaraz po premierze. Był rok 1989. Dokładnie 28 lat później spotkałem się z nim po raz pierwszy w życiu. I przy soku pomidorowym ("Byle nie był pikantny!") pogadaliśmy o muzyce (i nie tylko) - tak, jakbyśmy znali się od bardzo, bardzo dawna. Zresztą, zobaczcie sami! A już 29 września będziecie mogli kupić najnowszy, ósmy już album kapeli Krzyśka Strachy na Lachy "Przechodzień o wschodzie". Promuje go singiel "Co się z nami stało" ilustrowany głośno komentowanym teledyskiem.

Uważam, że wybór dziesięciu najlepszych płyt - po 40 latach słuchania muzyki! - to jest jakiś… sadyzm. Chcę żebyś to wiedział (śmiech)! Byłbym zadowolony, gdybym mógł wymienić, dajmy na to, 500 albumów! Tak jak kiedyś zrobił to magazyn " Rolling Stone " , który stworzył podobną listę najważniejszych płyt wszech czasów. Ja też chętnie dorzuciłbym tu kilka pozycji - rockowych, punkowych, reggae'owych… Praktycznie z każdego gatunku - no może oprócz czarnej muzyki, w której nigdy nie siedziałem zbyt głęboko. A z drugiej strony mógłbym też zrobić tak, że pierwsze pięć płyt byłoby jednego zespołu - The Beatles!

The Beatles "Revolver" / "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" / "The Beatles" / "Abbey Road", 1965-69

Z tym bandem związana jest ciekawa historia - Beatlesów usłyszałem pierwszy raz bodaj w piątej czy szóstej klasie podstawówki. To było "Abbey Road", czyli raczej jedna z ich "cięższych" płyt - zwłaszcza dla gnoja w tak młodym wieku. Ale nie było siły - musiałem przekonać się o tym na własne uszy. Tak strasznie byłem napalony na Beatlesów, słyszałem o nich same dobrze rzeczy. Więc kiedy już w moje ręce wpadła ich płyta to nie było opcji, żeby jakaś piosenka mi się nie spodobała. Ale tak na dobrą sprawę zacząłem poznawać ich - płyta po płycie - na przełomie lat 70. i 80. Był taki redaktor z Radia Lublin - Jerzy Janiszewski, który chronologicznie prezentował dyskografię Lennona, McCartneya i spółki. Miałem wówczas wielki problem: skąd wziąć kasety magnetofonowe, na których mógłbym nagrać te albumy? Rodzice twierdzili, że skoro mam 6 kaset, to w zupełności mi to wystarczy. Sami mieli ich 5. I nie potrzebowali ani jednej więcej (śmiech). Niestety, moi rodzice, traktowali muzykę czysto użytkowo. Natomiast ja oszalałem na tym punkcie. Słuchałem, poszukiwałem, odkrywałem nowe zespoły. Ale Beatlesów, zwłaszcza od "Rubber Soul", kochał będę już na zawsze. Chociaż… Gdy ktoś puści dziś pierwszą stronę "A Hard Day's Night" czy "Help!" to też nie wyłączam. I jestem w tym uczuciu stały - już od 40 lat. Stąd cztery tytuły, które są ex aequo na pierwszym miejscu. Bo ciężko mi wyróżnić, który z tych krążków powinien numer jeden, a który czwarty w kolejności.

The Clash "The Clash" / "London Calling" / "Combat Rock", 1977-1982

Wydaje mi się, że Beatlesi dają dobry pogląd na resztę moich wyborów. Nie ma tu może albumów, które zawierają przeboje stulecia, natomiast fajnie słuchało mi się ich się jako całość. Wszystkie biły w mordę. Bo ja od muzyki lubię dostawać w mordę! Ale do rzeczy…

The Clash to drugi zespół, po The Beatles, który darzę długoletnią sympatią. Bo jak wiadomo, albo i nie, byłem kiedyś punkiem. I coś z tego "punkowania" chciałem tu wyróżnić. Wybrałem więc zespół drapieżny, obrazoburczy, a z drugiej o sporym zapleczu intelektualnym. Natomiast gdybym miał wskazać jeden album z ich dyskografii, to… walka trwałaby między debiutanckim "The Clash" a "Combat Rock". Czyli pierwszym - ostrym, szybkim i soczystym albumem. Kwintesencją tego, czym był punk rock w latach 70. na początku tej muzycznej rebelii - zajebistym rock and rollem. Z kolei "Combat Rock" to krążek wydany raptem 4-5 lat później, ostatni nagrany w oryginalnym składzie. Z Mickiem Jonesem na wokalu i gitarze. Te dwie płyty pokazują, w jaki sposób zespół potrafił się rozwinąć, zmienić w tak krótkim czasie. Ależ to była petarda! To były takie czasy, kiedy wytwórnie nie brały nikogo na litość - trzeba było wydać nawet po dwie płyty w roku. I The Clash doskonale sobie z tym radzili.

Manu Chao "Clandestino", 1998

Kocham muzykę przy słuchaniu której… ciarki chodzą mi po plecach. A to coraz rzadsze. Szkoda. Ale do sedna…

A więc Manu Chao z płytą "Clandestino", czyli pierwszą jego "solówką". A tu, co utwór, to przebój. Pamiętam, że słuchaliśmy tej płyty przez rok. Na okrągło. Na kasecie, w aucie, w trasach. Jednak żeby być szczerym, to nigdy nie byłem wielkim fanem Mano Negry - jego poprzedniego zespołu. Dopiero "Clandestino" skradło mi serce. Kiedy więc Manu przyjechał w 2002 roku z zespołem do Polski i zagrał w warszawskiej hali "Mery" to oczywiście musiałem być na tym koncercie. To był cios, po którym praktycznie do dziś się nie podniosłem. Ten występ dał mi niejako drogowskaz, w jaki sposób traktować publiczność. I jak się z nią kontaktować, komunikować…

Wystąpili oni wówczas w bodaj dwunastoosobowym składzie - z tancerzami, DJ-em, akordeonistą i sekcją dętą. To były praktycznie dwie godziny muzycznej audycji radiowej - bez przerw na reklamy i wiadomości. Po prostu cios w szczękę! Ska, reggae, punk rock - taki miszmasz. Natomiast energia, jaka biła ze sceny podczas ich występu, była porażająca! To właśnie druga rzecz, która kocham w muzyce - energia. Jak to osiągnąć? Oto jest pytanie! To czasami jest niewyczuwalne, bo wcale nie musisz grać w tempach, które zaczynają się od 240 bpm. Ważne jest to, co z tego grania wynika podczas występu. A słuchając i patrząc na Manu Chao i jego band widać było, że są jednym organizmem. Cały czas w ruchu. A jednak razem. Kiedy zakładałem Strachy na Lachy to właśnie Manu Chao był dla mnie punktem odniesienia. Wzorcem. Chciałem przejąć od niego kilka spraw i - przynajmniej na początku - to się udawało (śmiech).

Joy Division "Closer", 1980

Miałem w swoim życiu okres fascynacji tzw. zimną falą - jak określano ten muzyczny nurt w naszym kraju. Słuchałem Bauhaus, Siouxie and the Banshees i The Cure z pierwszych płyt. W tym klimacie był również pierwszy album Joy Division "Unknown Pleasures". Ale już po "Closer" mogli zwinąć manatki i udać się na… wiekuiste wakacje. To album doskonały, skończony, po którym - jak wiadomo - wokalista, Ian Curtis, przeniósł się na tamten świat, a pozostali muzycy zaczęli sprawdzać się w innych dźwiękach. Był taki czas, że potrafiłem zaśpiewać… partie basowe z tego krążka. Bo to chyba oczywiste, że głos Curtisa był niepodrabialny, jego teksty niezwykłe, ale jeśli chodzi o muzykę, to właśnie bas Petera Hooka był tym wiodącym, najważniejszym instrumentem w Joy Division.

R.E.M. "Automatic For The People", 1992

W latach 80. mówiono, że jest to najlepsza kapela z nurtu tzw. college rocka. Ale ja jakoś długo nie mogłem się przekonać do tego grania. Aż do momentu, kiedy usłyszałem "Losing My Religion". Zabił mnie ten numer przy pierwszym przesłuchaniu. To był czas, kiedy pracowałem w radiu, gdy nie było jeszcze tzw. selektorów ustalających co jest grane. "Losing My Religion" pochodzi z płyty "Out Of Time" z 1991 roku. To dzięki niej poznałem i polubiłem zespół Michaela Stipe'a. Natomiast bardziej, jako całość, podeszła mi następna płyta "Automatic For The People". Najdojrzalsza, wręcz "wyczesana" i zawierająca najwięcej hitów płyta R.E.M. No i jest tam taki utwór, za który dałbym się pokroić. I mógłbym go słuchać codziennie rano. Zaczynać nim każdy dzień. "Drive".

The Velvet Underground "The Velvet Underground and Nico", 1967

Słynna płyta z bananem. Doskonała rzecz. The Velvet Underground grali muzykę, która idealnie wklejała się w atmosferę Nowego Jorku z czasów psychodelii. A oprócz tego, co okazało się po latach, wskazywała to, co miało się dziać w muzyce dopiero za kilka lat. Świetny zestaw osobowy - Lou Reed, John Cale i Nico. Dream team. Stworzyli taką mieszankę wybuchową, że co utwór, to hit. Co ciekawe - ta płyta, kiedy się ukazała, nie wywoła zbytniej euforii wśród fanów i krytyków, nie biła się o szczyty list przebojów i sprzedaży. Dziś, z perspektywy czasu, śmiało możemy powiedzieć, że koncepcyjnie jest to dzieło doskonałe. Słucham jej niemal od 40 lat i nigdy mi się nie nudzi.

Rage Against The Machine "Rage Against The Machine", 1992

Wahałem się pomiędzy "Nevermind" Nirvany, a debiutem RATM. Mam podobne wspomnienia związane z jednym i drugim zespołem - te pierwsze momenty, kiedy wkładało się każdą z tych płyt do odtwarzacza. Co prawda nie widziałem wówczas własnej twarzy, ale czułem na niej mrowienie - od środka, każdym nerwem. To jest właśnie kwintesencja tego, co lubię w muzyce - ciary! A skoro mówimy o debiucie RATM - oto pierwsza płyta młodych ludzi, na maksa wkurwionych, ale potrafiących już coś zagrać i umiejących się wysłowić. Doskonali, choć nieopierzeni muzycy i świetny producent (Garth "GGGarth" Richardson - przyp. red.) spotkali się w tym samym momencie i w tym samym miejscu - w studiu nagraniowym. I to eksplodowało. Okazało się, że metal w połączeniu z ostrym, hiphopowym śpiewaniem może dać autentyczną mieszankę wybuchową. "Rage Against The Machine" to płyta skończona. Absolut. Tu nie ma ani jednej słabej kompozycji - każda wali w ryj! A na marginesie - kolejny dowód na to, że najfajniejsze rzeczy nagrywają artyści, kiedy jeszcze są młodzi i nie do końca doświadczeni, nauczeni życia - po prostu bezkompromisowi!

Buena Vista Social Club "Buena Vista Social Club" (muzyka z filmu), 1996/1999

Zaprzeczenie tego, co powiedziałem przed chwilą, czyli światowa kariera… niemal po osiemdziesiątce! BVSC czyli zjawisko, o którym chyba nikt wcześniej nie miał w Polsce pojęcia - może oprócz szperaczy, fanów kubańskiej muzyki. Pamiętam, że pierwszy napisał o nich Robert Leszczyński w "Gazecie Wyborczej". A później na ekrany kin wszedł film Wina Wendersa o tym samym tytule. - Co za historia! - pomyślałem po seansie, z którego wyszedłem zachwycony i wzruszony zarazem. Miałem to szczęście, że kiedy Buena Vista zagrała w 2002 roku w Poznaniu, na Malcie, to udało mi się dostać blisko sceny. I gdybym mógł porównać, to było podobnie silne uczucie, jak podczas koncertu Manu Chao. Każdy z muzyków, który był wówczas na scenie nie dość, że grał dźwięki, to po prostu sam był muzyką. Ci panowie, mimo poważnego wieku, grali wówczas z taką werwą, takim czadem, że… człowiek nie wyobraża sobie, że może być inaczej! To było takie naturalne i oczywiste. A potem byłem w "Arenie" na koncercie Ibrahima Ferrera - wokalisty BVSC. To było to samo czucie muzyki, ten sam feeling. A ja tylko stałem, słuchałem i łzy płynęły mi po policzkach. Od razu przychodzi mi też na myśl Sugar Man. Ale to już inna, osobna i równie fascynująca historia…

The Smiths "The Queen Is Dead", 1986

Zacząłem słuchać The Smiths od samego początku, kiedy tylko się pojawili. Najpierw jednak trochę ich lekceważyłem. - Ej, co to za zniewieściała muzyka - dziwiłem się. Ale powoli dojrzewałem do tego grania. Oczywiście najbardziej podobał mi się wokal Morrisseya - pływanie po melodiach, płynne poruszanie w przestrzeniach między jednym taktem a drugim. Zawsze chciałem tak śpiewać (gromki śmiech)! Szalenie mnie to kręciło. Dopiero później zorientowałem się, że w tych kompozycjach cały klucz do sukcesu tkwi w gitarze. To co grał Johnny Marr można spokojnie porównać z tym, co robili Beatlesi. Ma on dla mnie na zawsze mocne miejsce w pierwszej piątce moich ulubionych gitarzystów. Bo nie jestem wielkim zwolennikiem tzw. rockowych wymiataczy - Hendriksa, Claptona, Page'a. Owszem, szanuję ich, ale bardziej podoba mi się styl grania Marra. Ten błysk, przejaw geniuszu - kiedy miewasz raz na trzy lub cztery utwory takie zagrywki, że… czapki z głów!

Pearl Jam "Ten", 1991

Tutaj może was zaskoczę, ale mam kilku wokalistów, których mogę słuchać… nawet ich nie słuchając! Po prostu ich twarz na koncercie jest tak wyrazista, tak pełna emocji, że wystarcza mi, kiedy na nich patrzę. Takim człowiekiem jest na pewno Perry Farrell z Jane's Addiction. Taki jest też Eddie Vedder. Ile razy go widzę, tyle razy czuję się niczym natchniony, dosłownie spoetyzowany. Bije od niego taka siła, że… to jest 10 mostów dalej niż charyzma! A "Ten" Pearl Jam wziąłem do tego zestawienia choćby dlatego, że byłem chyba pierwszym człowiekiem w Polsce, który napisał recenzję tej płyty. Z kolei pierwsza notka o tym zespole była autorstwa Jerzego Rzewuskiego. Współpracowałem z - wówczas jeszcze - "Tylko Rockiem". Miałem krótki okres w życiu, kiedy byłem dziennikarzem piszącym o muzyce. Szybko jednak okazało się, ze z tej mąki chleba jest niewiele (śmiech). Potem 18 lat pracowałem w radiu, w tym osiem, kiedy sam ustalałem to, co gram…

Ławka rezerwowych, czyli płyty, które nie zmieściły się do zestawienia: U2 ("War", "Achtung Baby"), Interpol ("Antics"), Editors ("The Back Room"), Raveonettes ("Whip It On"), King Crimson ("In the Court of the Crimson King"), Van Morrison ("Astral Weeks"), Nirvana ("Nevermind"), Patti Smith ("Horses").


Wcześniejsze odcinki cyklu znajdziecie tutaj