Quantcast

Quebonafide & QueQuality - Hip-Hop 2.0

Panowie nawijają w jednym kawałku o wiecznych katuszach. Bingo! Chyba nie mogli lepiej trafić z określeniem swojego dzieła i wszystkimi katorgami, które przez nich będą za mną chodziły jeszcze przez długi czas.

Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Nie spodziewałem się, że "Hip-Hop 2.0" osiągnie aż taki wyczyn. Z pewną dozą niesmaku mogę tę składankę określić jako jedną z najgorszych rzeczy, jakie było dane mi słyszeć w życiu. Tak, życiu. Całym swoim życiu. W stosie kilku tysięcy przesłuchanych płyt leży gdzieś na samym dnie przykrytym w dodatku przez innych słabych i przeciętnych delikwentów, o których za bardzo nie można powiedzieć dobrego słowa.

Do płyty podchodziłem bez większych emocji, mając jednak na uwadze solowe dokonania Quebonafide i kilku innych zawodników tutaj się pojawiających. Zdecydowaną większość traktowałem mocno ambiwalentnie i neutralnie, więc mogłem podejść jak najbardziej na chłodno. Niestety, po pierwszym odsłuchu każdy kolejny powodował odruchy wymiotne, aż koniec końców ten ostatni pozwolił odetchnąć z ulgą. Poczuć się lepiej, zdecydowanie lepiej, i nie zastanawiać się już, jakby miał wyglądać kolejny level oznaczony jako ten "3.0".

Po pierwsze: nie ma tutaj nic ciekawego, a ilość momentów, które w jakiś tam sposób można traktować całkiem serio, jest zaledwie znikoma i paradoksalnie nie powinno się ich szukać w całych utworach, ale raczej w tych pojedynczych pojawiających się tu i ówdzie. Zdarza się to przede wszystkim gospodarzowi, który rzuca linijki idealnie określające grupę docelową projektu ("Choćbyś się śmiał, że robię muzykę / Że to dla dzieciaków pod publikę"), są wersy Deysa, jest Kaz Bałagane, który raz za razem pokazuje towarzystwu jak się powinno rapować dając coś od siebie, a nie tylko bezmyślnie i debilnie wręcz kopiować.


Wolimy chwalić, ale czasem musimy też zganić - polub fanpage Noisey Polska, żeby nie przegapić żadnej recenzji



Po drugie: tak miałkiego, pustego i pozbawionego sensu rapu nie słyszałem w polskim wykonaniu dawno, nawet w przypadku kabareciarzy i parodystów pokroju Gangu Albanii. Treść zawsze można zastąpić skillami, ale o te trudno, bo samo wzorowanie się np. na Young Thugu, Drake'u czy Rae Sremmurd nie robi z nikogo dobrego rapera czy… nawet piosenkarza, bo niektóre refreny nie sprawdziłyby się nawet w weselnej konwencji.

Po trzecie: o ile słabo, a nawet fatalnie jest z rapem, to już trochę lepiej jest muzycznie, bo mikstura deep house'u i d'n'b do SoDrumatica sprawdza się całkiem nieźle, podobnie jak kilka cloudowych wycieczek z secretrankowym "Ōmori Ōmori" na czele. Nikt nie zszedł ze swojego poziomu, ale również nie zaskoczył, a szkoda, bo aż się prosi o to, żeby Kartky z Emesem Milliganem bardziej się wykazali na beacie Airflake'a.

Najgorsza, bezapelacyjnie najgorsza, płyta jaką słyszałem w ostatnich miesiącach. Sorry, ale nigdy nie zrozumiem ludzi, który lubują się w stukrotnie gorszych kopiach kopii ze Stanów, a tutaj takich jest aż nadto. Rap od kolesi zapatrzonych w samurajów i gości odzianych spódniczki dla pryszczatych nastolatków nie oferujący nic dobrego. Sorry, panie naczelny. Nie biorę nawet pieniędzy za ten tekst, bo każda kwota będzie za mała za taką traumę.


Quebonafide & QueQuality - Hip-Hop 2.0, 2016, QueQuality