Quantcast

Elzhi - Lead Poison

Małe aferki związane z wydaniem nowego albumu Elzhi wcale nie przeszkadzają w odbiorze "Lead Poison". Do ideału dużo brakuje, ale swoim specyficznym feelingiem potrafi wynagrodzić wiele.

Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Chyba nie jestem odosobniony w twierdzeniu, że były członek Slum Village był jedynym raperem w składzie, który… potrafił rapować, a przynajmniej cały czas trzymał równy poziom. Dowodem na to były także jego solowe wydawnictwa i może nie było ich za wiele, ale zaliczały się do tych, które dostarczały sporo wrażeń.

Nie inaczej jest z "Lead Poison", które jest prawdopodobnie pierwszym dziełem Elzhi, na którym rządzi on i ciągnie album od początku do końca. Przypomnijcie sobie jego poprzednie dokonania, przede wszystkim "Elmatic" z absolutnym muzycznym popisem Will Sessions, którzy wraz z raperem zinterpretowali "Illmatic" Nasa (i wcale to nie był zamach na to wielkie dzieło!) na własny sposób. Tutaj muzyka schodzi na dalszy plan.

W pierwszej chwili wydaje się to trochę dziwne, zważywszy na to, że jest ona co najmniej dobra, i jak mało która obecnie tak bardzo oddaje ducha Detroit. To, czym postanowili ubarwić liryki gospodarza Bombay, Nick Speed czy 14KT jest prawie tak samo dobre, jak produkcje obecnego numeru jeden z tego miasta - Black Milka. Brudne ("Hello!!!!!" ze swoim specyficznym pięknem chyba wysuwa się tutaj na prowadzenie) i mogłoby się wydawać, że skażone nieodkrytymi jeszcze samplami, uatrakcyjniają historie rapera jeszcze mocniej.

Brzmienie Motor City wydaje się niepodrabialne i nie inaczej jest z kilkoma pierwiastkami podziemnej zachodniej sceny, które zostały zgrabnie przemycone m.in. przez Karriema Rigginsa i Oh No. Lootpackowe i wczesnomadlibowe produkcje dodają uroku i bardzo udanie mieszają się z tym, z czym zawitali do odtwarzaczy pozostali.

Wszystko to jest raptem tłem dla Elzhi, który wraz z niewielką pomocą kilku gościnnych występów robi tutaj największą furorę. Wydane w 2008 roku "The Preface" było co najwyżej solidną porcją hip-hopu, a wspomniany już "Elmatic" sprawił, że raper wszedł na nowy poziom, który utrzymuje do teraz. "Two 16’s" czy pierwsze utwory z "February" na czele potwierdzają moją tezę. Absolutnie nie można się do niczego przyczepić, chyba że…

W moim przypadku zarzutem może być tylko to, że na dłuższą metę jest to album, który nie nadaje się do tego, żeby delektować się nim raz za razem i ciągle go słuchać. Replay value wcale nie jest najwyższe i koniec końców może się okazać, że ciągłe słuchanie "Lead Poison" skutecznie może popsuć radość z ciągle poprawiającej się pogody za oknem. Nie ta pora roku, panie Elzhi, ale weźcie poprawkę na to, że zawsze muszę sobie ponarzekać na cokolwiek, więc może nie zwracajcie na to uwagi?

A zresztą! Zaraz wracam posłuchać, żeby zweryfikować słuszność swoich ostatnich zdań.