Quantcast

GAD Records: Poszukiwacze polskich skarbów

Zadanie wydawało się karkołomnym, ale udało się. Ktoś postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i pokazać w pełni siłę polskiej muzyki sprzed kilkudziesięciu lat.

Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Władysław Komendarek; wszystkie zdjęcia - archiwum GAD Records

Kto wie czy Michał Wilczyński, szef GAD Records, nie jest obecnie jedną z najważniejszych postaci w polskim muzycznym świecie? To właśnie dzięki niemu możemy słuchać rodzimych zapomnianych i nieodkrytych rarytasów w doskonałej jakości. Udało nam się namówić go na rozmowę, w której to opowiedział o Polakach i Czechach, swoim miejscu na półkach w Chicago oraz o wyszukiwaniu perełek.

Czytaj wywiad poniżej.

Arp Life - Andrzej Korzyński

Noisey: Odnoszę wrażenie, że z wszystkich polskich labeli specjalizujących się w reedycjach to właśnie GAD Records ma najmocniejszą pozycję.
Michał Wilczyński: Chyba tak, ale nie chcę sobie robić jakiejś specjalnej autopromocji. Jesteśmy na pewno w czołówce.

Jest jeszcze np. Kameleon Records, który też specjalizuje się w polskich archiwach.
Tak, jest Kameleon, jest Requiem, który robi m.in. industrialne serie. Było nas więcej, ale niektórzy odpuścili tego typu rzeczy, a kiedyś robili ich bardzo dużo. Ci, którzy zostali, ładnie podzieli się tym tortem między siebie (śmiech). Dobrze, że takie rzeczy się dzieją. To ważne, żeby pokazywać wydawnictwa na nowo. Pokazywać rzeczy, które nie były nigdy publikowane i uzupełniać historię polskiej muzyki.

Spora nisza. Ciężką misją jest chyba prowadzenie takiego wydawnictwa i utrzymywanie się z niego?
Każdy projekt jest inny i w pewnym stopniu nieprzewidywalny. Są tytuły, które wydawały się pewniakami, a zeszły na dalszy plan i powoli sobie schodziły, ale są też takie, które wystartowały jak rakieta i spotkały się od razu z bardzo dobrym odbiorem. Minusy ładnie się równoważą z plusami i dzięki temu możemy iść do przodu. Kolejka rzeczy do zrobienia jest bardzo długa.

Okej, a oprócz idei powiedzmy edukacyjnej czy nawet zarobkowej, widzisz jakiś inny sens w tym wszystkim?
Wszelakie archiwa muzyczne, które zajmują się rzeczami z lat 60. czy 70. bazują na nośnikach analogowych, a te niszczą się z czasem. To, żeby je zdigitalizować i pokazywać w wersji kompaktowej, jest często jedyną okazją, żeby je wyciągnąć z półek i odświeżyć. Możemy to utrwalić i dać przyszłym pokoleniom.

Zresztą czasami w archiwach już niektórych rzeczy nie ma - wtedy przychodzą z pomocą prywatne zbiory, np. Jerzego Miliana. Część serii "Jerzy Milian Tapes", która ukazuje się od 2012 roku, jest robiona z jego prywatnej kolekcji. Czasami odnajdujemy ciekawe rzeczy w piwnicach lub na strychach. Często rzeczy zaskakujące. To jest misja.

Dobra, a dzięki temu chciałbyś trafić do swojego perfekcyjnego odbiorcy, o ile taki istnieje?
Pierwszą naszą grupą są odbiorcy, którzy dobrze tamte lata pamiętają i są kolekcjonerami. Szukają też dokumentacji tych artystów, których pamiętają, a którzy nie doczekali się wówczas publikacji płytowych. Druga grupa, coraz liczniejsza, to młodsi, którzy odkrywają te nagrania jako kompletnie nową muzykę. Mam takie sygnały przy płytach Mikołaja Hertla, przy nagraniach z "Sondy", przy Krzysztofie Sadowskim. To rzeczy, które otwierają oczy nowemu pokoleniu. I to jest bardzo fajne.

Wspominałeś o Milianie i jego prywatnych archiwach. Artyści są skłonni współpracować? Z tego co wiem to z "Sondą" mieliście duży problem.
Tam był problem z "wymuszeniem" na właścicielu, aby przekopał swoje potężne, naprawdę potężne, archiwum i znalazł oryginalne taśmy. Proponowano nam zgranie materiału z płyt winylowych, na co my się nie godziliśmy, stąd to trwało trzy lata.

W Polsce nie mamy większych problemów z artystami, dobrze się nam współpracuje z wszystkimi. Chyba dopisuje nam szczęście.

A zagranica? Na razie macie czeski Suprahon, bałkański Jugoton…
Jugotonem zajmujemy się przy okazji, jedynie dystrybuujemy ich tytuły. Natomiast umowa z Suprahonem jest długoterminowa i to jest duży projekt. W zeszłym roku zaczęliśmy skromnie – tylko jedno wydawnictwo, Gustav Brom. W tym roku będzie tego więcej, właśnie kończymy powoli pierwszą z reedycji Jazz Q. Umowa z nimi pozwala nam na pokazanie tego, czego Czesi nie chcą za bardzo wydawać u siebie. Wiesz, to, co nie jest Karelem Gottem albo Heleną Vondrackovą (śmiech). Mają w swoim katalogu dużo dobrego jazzu, jazz rocka, trochę elektroniki i disco.

Cieszymy się z tego, że na początek pojawił się właśnie Brom ze swoim big-bandem, bo do tej pory cena "Polymelomodus" na winylu sięgała nawet 100 euro. Społeczność przyjęła z radością to, że można będzie w końcu kupić go trochę taniej.

Reszta z bloku komunistycznego? Pepita, Melodia…
Jeśli chodzi o Węgrów to większość rzeczy jest wydana. Mało jest do odkrycia poza nagraniami radiowymi. Z Rosjanami czy NRD jest o wiele gorsza sytuacja z powodów formalno-prawnych, dlatego na razie skupiamy się na Polsce oraz południowych sąsiadach. Na dalsze wycieczki będziemy się wybierać później.

Macie sporo odbiorców zagranicznych. Część waszego katalogu trafia do odbiorców w Stanach Zjednoczonych, w Japonii, w Wielkiej Brytanii.
To nie jest nadzwyczaj duży procent kupujących, ale są tytuły, które były bardzo mocne poza krajem np. "When Where Why" Jerzego Miliana. Było to wydawnictwo do tego stopnia popularne w Japonii, że tamtejszy dystrybutor kupując od nas płyty w dużych ilościach, zdejmował folię z każdego egzemplarza, wkładał swoje książeczki, ponownie foliował i dopiero w takiej formie dawał do sklepów. Chcieli, żeby cała opowieść o tym materiale była też dostępna w ich języku. Współpracujemy też np. z Dusty Groove z Chicago, mamy stałych klientów z Niemiec czy z Włoch.

Większą frajdą jest odkopywanie nieznanych archiwów i przedstawianie ich ludziom czy wznawianie klasycznych materiałów, jak np. ostatnio dwóch płyt Krzysztofa Sadowskiego?
Jeżeli dana płyta było długo niedostępna i można ją wydać z ciekawymi bonusami, w poszerzonej wersji - to jest to bardzo fajna sprawa. Natomiast niepublikowane materiały to większa frajda, bo… ciąży na nas duża odpowiedzialność. Jest dużo czynników, którymi musimy się zająć, łącznie z kolejnością utworów, odpowiednią grafiką itd. Jest bardzo dużo niewiadomych z czymś takim, tworzymy coś niemalże od podstaw, np. wydany ostatnio Mech.

Mech

Przy takim natłoku starszych nagrań są szanse na wydawanie współczesnych artystów? Macie w swoim katalogu np. Kingę Głyk czy P.I.K Trio.
Tak jak w przypadku Jugotonu - jesteśmy tylko ich dystrybutorem. Na samym początku naszej przygody z GAD Records wydaliśmy album Jana Jarczyka z Johnem Stetchem, jednak w obecnej formule wydawnictwa nie widzę miejsca na świeże rzeczy. Jeżeli kiedykolwiek miałbym się tym zajmować to na pewno nie pod szyldem GAD. Lista archiwaliów do wydania jest tak długa, że na nowe produkcje nie mamy po prostu czasu.

Tym bardziej, że wasz katalog "staroci" rośnie z roku na rok…
Tak, właśnie wydaliśmy 40 album, a kolejne są bliskie finalizacji.

A nie myślałeś, zęby też zacząć eksplorować mało znane tereny dla Polaków? Mam na myśli Amerykę Południową i Afrykę. Kilka zachodnich labeli się w to bawi, np. niemiecki Analog Africa.
Nie. Afryka jest już bardzo mocno oblężona przez labele. Podobnie rzecz się ma m.in. z Indiami. Ale to nie jest największy problem - mnie takie rzeczy po prostu nie ruszają w większości wypadków od strony muzycznej. Wiem, ze to jest świeże w stosunku do kultury europejskiej, ale mając do wyboru nagrania z innych kontynentów i nagrania ze Śląska lub Trójmiasta z tego samego okresu, zdecydowanie wolę te drugie. Ktoś musi się tym zająć. Niemcy na nasze polskie rzeczy nie rzucą się raczej (śmiech).

Niemcy może nie, ale kto wie jak z Amerykanami, skoro jako pierwsi wydali "Fly Ensemble" Wiesława Wilczkiewicza (śmiech).
Tak, ale wtedy to była idea samego artysty. Mieszkał w Nowym Jorku i był "sprawcą" wydania CD na tamtejszym rynku. Miało to dobry oddźwięk. Płyta była dostępna w USA, ceniona i chwalona, ale nie była dostępna u nas.

Rysunek Andrzeja Mleczki na okładce tej płyty to też twoja zasługa?
Nie, jest to prezent rysownika dla pana Wiesława. Podsumowywał on całą osobowość gitarzysty, który ze swoim instrumentem przemierzał Nowy Jork bądź inną metropolię. To w ogóle fantastyczny człowiek, prawdziwy wulkan energii i wciąż czynny muzyk - gra m.in. z Krystyną Prońko. Cieszę się , że udało się nawiązać z nim współpracę przy okazji wydawania Alex Bandu. W ten sposób pojawiła się szansa na "Fly Ensemble".

Gustav Brom Orchestra

Z którego swojego wydawnictwa jesteś najbardziej zadowolony?
Nie możesz wyróżnić jednego dziecka. Dzisiaj odpowiem ci tak, a jutro inaczej. Te najnowsze rzeczy jak Mech, koncert Klanu z Finlandii czy "07 Zgłoś Się" są świetne i jestem z nich naprawdę dumny. Oczywiście znalazłbym też w naszym katalogu kilka pozycji, przy których bym coś już poprawił. Ale wracając do pytania - jednej wyróżnić się nie da. Każda to masa doświadczeń i wspomnień.

A słuchacze - którą najlepiej odebrali?
Zdecydowanie największy oddźwięk miały obydwie części kompilacji "Sonda", które mocno nas wywindowały do góry. Obie zrobiły największy szum. Dzięki niej też sięgnęliśmy np. po "Altusa" Krzysztofa Dudy czy po płyty Andrzeja Korzyńskiego. Wszystkie "taśmy" Miliana też sporo namieszały. Bardzo dużo zrobił "Punkt Styku" Show Bandu. Ludzie, słuchacze i krytycy, zastanawiali się jak to możliwe, że taki album przeleżał tyle lat w szufladzie.

Wszystko ukazuje się na kompakcie, część równolegle wychodzi na winylu. Planujesz w najbliższym czasie wydawać te dwa nośniku równolegle? Myślałeś też może nad kolekcjonerskimi boksami albo nietypowymi wydaniami?
To zależy od tytułu. Jeśli są to reedycje to bardzo często nie opłaca się robić wersji winylowych, bo np. płyty Savany czy Ryszarda Sygitowicza są dostępne po kilka złotych. Tam gdzie będzie możliwość będziemy się starać, ale np. są tytuły mało adekwatne na winyl: choćby milianowe "Rivalen" robi duży problem, bo materiał bez sztucznego cięcia nie zmieści na wosku. Tak jak z SBB, gdzie jedna suita potrafi trwać prawie 80 minut. Nie da się tego "ładnie" pociąć.

Nad boksami też myśleliśmy. Mamy pewne plany, ale za wcześnie jest, by wchodzić w jakiekolwiek konkrety. Jest kilku artystów, których chcielibyśmy uhonorować mocniej i w ich przypadku większe wydawnictwa wchodzą w grę.

Swego czasu wydawaliście również książki. Macie kilka pozycji w katalogu. Od dawna nie pojawiło się nic nowego. Można się czegoś spodziewać w najbliższym czasie?
Część naszego katalogu książkowego przejmie prawdopodobnie inne wydawnictwo. My sami wracać do nich nie chcemy, to jest zamknięty rozdział. Jedyna opcja, żeby w naszej ofercie pojawiły się znowu książki to jakieś okazjonalne sytuacje, albumy z fotografiami muzycznymi, wydawnictwa towarzyszące jakimś specjalnym płytom...

Wspominasz o elektronice. Można spodziewać się polskich synthpopowych rzeczy w katalogu GAD Records?
W Polsce nie było zbyt wiele dobrych synthpopowych rzeczy. Mieliśmy Kombi, Kapitana Nemo czy niedoceniony Dom Mody. Wiele tego jednak nie było, gdzieś uciekło w zalewie fascynacji punkiem czy nową falą. Szkoda, bo to się nie powtórzy.

A gdyby jednak coś takiego było, to nie uważasz, że to by trochę zachwiało waszym katalogiem? Nie wiem czy można by było to traktować jako perełkę czy jako zupełnie inny odłam.
Nasz katalog może skręcać w różne strony i od pewnego czasu skręca. Jeśli jakiś z tych skrętów miałby być zbyt mocny, pomyślelibyśmy nad jakimś sublabelem. Na razie jest tego za mało, żeby się rozdrabniać. Każda dobra muzyka jest mile widziana. W tym roku prawdopodobnie zawitamy do eksploatowanej głównie przez Kameleona krainy bigbitu.

2015 rok był bardzo mocny w waszym wykonaniu. Świetne tytuły, coraz większa renoma, coraz większa rozpoznawalność. Obserwując wasze poczynania można śmiało powiedzieć, że 2016 może należeć do was.
On nie będzie naszym rokiem, tylko rokiem tych muzyków, których wydamy (śmiech). Będzie kilka płyt, które mocno namieszają. Już "Rivalen" Miliana spotkał się z genialnym odbiorem i świetnymi recenzjami, zaskakującymi dla samego artysty jak i dla nas. Z Mechem jest podobnie. Na pewno wrócimy do nagrań SBB, piękne i zaskakujące rzeczy w tej materii czekają fanów. Chcemy wydawać też dalej muzykę filmową oraz polską elektronikę, m.in. "Dotyk Chmur" Władysława Komendarka, nad którym pracę w zasadzie kończymy. Jest dużo rzeczy nieodkrytych - wiosną powinno się ukazać m.in. wspaniałe polskie fusion z połowy lat 70.