Julia Holter - Have You In My Wilderness

Album wpada w ucho w tylu momentach, że ciężko je zliczyć. W połączeniu z bardzo interesującymi aranżacjami daje to błogi efekt zniewolenia.

|
22 października 2015, 9:15am

Są płyty, które roztapiają serce - warto ich wypatrywać szczególnie dzisiaj, kiedy wszechobecna ironia blokuje dostęp do jakiejkolwiek szczerej emocjonalności. "Have You In My Wilderness" Julii Holter mimo lekkiego puszczania oka w tekstach, w warstwie muzycznej jest właśnie tym, czego często brakuje współczesnej kulturze (bo choroba przesadnego dystansu dotyka nie tylko muzyki) - eksplozją pięknych, bezpretensjonalnych uczuć, ubranych w instrumentacje, które śmiało stają w szranki z "Pet Sounds" i innymi arcydziełami artystycznego popu.

Od samego początku wiadomo, że obcujemy z czymś wyjątkowym - "Feel You" rozbije każdy emocjonalny pancerz wspaniałymi smyczkami i harmoniami wokalnymi lekkimi jak pióra. Razem z singlowym "Sea Calls Me Home" stanowią najbardziej dynamiczną parę na albumie i doskonałą wizytówkę całości. Julia ma niesamowite wyczucie do aranżacji - przy żonglowaniu takimi instrumentami jak saksofon czy skrzypce łatwo się potknąć i upaść w pretensjonalne pokłady kiczowatego sera, ale tutaj nie ma o tym mowy. Utwory na "Have You In My Wilderness" są pomysłowe i nie polegają tylko na gadżeciarskiej instrumentacji i eskalacji klimatu - owszem, "Silhouette" kończy się kumulacją, którą łatwo posądzić o bycie tanim chwytem, ale kiedy zaczyna się "How Long?", piękny hołd Holter dla damskich szansonistek, wiemy, że ta kumulacja ma tworzyć ostry kontrast. Również na polu kompozycji należy oddać artystce hołd lenny - album wpada w ucho w tylu momentach, że ciężko je zliczyć. W połączeniu z bardzo interesującymi aranżacjami daje to błogi efekt zniewolenia, który wciąż każe nam słuchać płyty od początku.

"Have You In My Wilderness" brzmi świetnie i selektywnie - mimo wielu pogłosów odsyłających do dream popu i obfitego instrumentarium, nie gubimy się w dźwiękach, a głos Julii nie dominuje, stanowiąc organiczną część całości. Spójny charakter albumu nie przeczy różnorodności - szczególnie uderza zestawienie obok siebie frywolnego "Everytime Boots" z refleksyjnym "Betsy On the Roof". Sprytna konstrukcja albumu przyszła artystce łatwiej przez równość materiału - na "Have You In My Wilderness" nie ma zapychaczy, niepotrzebnych interludiów, czy połączeń na siłę. To spójne, przemyślane dzieło dojrzałej artystki, które dodatkowo nie przytłacza swoją wielkością czy epicką skalą - mimo dość wydumanej instrumentacji z głośników wylewa się lekkość. To, w jaki sposób następują po sobie utwory budzi szacunek - choćby końcówka, w której lekko jazzujący "Vasquez" (swoją drogą brzmiący jak najlepsze utwory Air) toruje drogę dla intymnego utworu tytułowego, perfekcyjnej kropki nad i.

"Have You In My Wilderness" to zachwycający album i doskonała odtrutka na konceptualną, ironiczną i zdystansowaną muzykę niezależną naszych czasów. Kto by pomyślał, że jesień najlepiej witać piosenkami na smyczki i anielski głos!