Kortez - Muzyka, nie ja

Z Kortezem, jednym z najgłośniejszych tegorocznych debiutantów rozmawiamy o cwaniakowaniu, starych wierszach, nowym popie i emocjach.

|
paź 26 2015, 10:33am

Wszystkie zdjęcia Agata Trafalska

Jesteśmy już po recenzjach i śmiało można twierdzić, że Twój debiut został przyjęty bardzo dobrze. Jak znosisz te wszystkie wylewające się zewsząd komplementy?
To dla mnie mega zaskoczenie, bo jeszcze nigdy ze wszystkich stron nie płynęło tyle propsów. Miłe zaskoczenie.

I wciąż twardo stoisz na ziemi?
Gdybym zaczął teraz cwaniakować, to byłby błąd (śmiech). Mam to szczęście, że mogę robić co chce. Są ludzie, którzy mi to umożliwili, więc zamiast czuć się nie wiadomo kim, wciąż czuję wdzięczność wobec nich.

Czujesz że zasłużyłeś na te wszystkie pochwały?
Nie myślę o tym w kategoriach: "Kortez, zasłużyłeś na to". Wszyscy wykonaliśmy dużo pracy, to tak samo sukces Agaty Trafalskiej, Olka Świerkota jak i mój. Cieszę się, że recenzenci i reszta słuchaczy byli w stanie coś z tej płyty wynieść, że coś im ona dała.

Polskie teksty są z tobą tak zrośnięte, że aż trudno uwierzyć, że powierzyłeś pisanie ich innym osobom.
Kiedy piszę piosenkę, wpływ ma na mnie chwila. Usiłuję sklecić wtedy jakiś roboczy tekst. Najprościej jest mi obracać się w języku "anglo-pidżyn". Uczyłem się angielskiego i znam słówka, gorzej z ich łączeniem, bo z gramatyki jestem słaby (śmiech). Do tego dochodzi to, że słowa które boisz się wypowiedzieć, w języku angielskim brzmią inaczej, że możesz się za nimi schować. Dlatego moje anglojęzyczne demo, punkt wyjścia do płyty, zawiera najczystsze emocje. Potem, wspólnie z Agatą, staraliśmy się je osadzić w języku polskim.

To wymagało wpuszczenia Agaty to bardzo własnego, osobistego świata.
Spędziliśmy ze sobą sporo czasu i właściwie od razu znaleźliśmy wspólny język. Zanim jeszcze się zobaczyliśmy spędzaliśmy godziny na telefonie. Doskonale się rozumiemy, więc nie było żadnego problemu. Agata wykorzystała wiele fragmentów moich wierszy, które kiedyś tam napisałem. Bawiliśmy się, kombinowaliśmy. Roboty było w cholerę. Było to gorsze niż siedzenie nad muzą (śmiech).

Tekst tekstem, tobie sam głos wystarczy, żeby opowiedzieć historię. I ma sporo miejsca, żeby wybrzmieć. Fajne, że jest to płyta Korteza, a nie grona instrumentalistów...
...którzy narzucają ci kierunek. Gadka w stylu "Chcesz zarabić, czy nie? Jak chcesz, to nie fikaj" (śmiech). Nie, to nie było na takiej zasadzie. Ludzie, z którymi pracowałem mieli dużo klasy. Starali się mnie wyczuć i zrozumieć. Coś mi nie pasowało? To znaczy, że mi nie pasuje. Podobnie było nawet z Agatą. Nie wszystkie napisane teksty od razu mi siedziały. Zastanawialiśmy się, odkładaliśmy, poprawialiśmy, a do niektórych nawet nigdy nie wróciliśmy (śmiech).

I co, takie "Zostań" powstawało na raty?
Z "Zostań" nie było akurat problemów. Siedzieliśmy na tarasie, pisaliśmy, układaliśmy w spójną całość. Powstała tylko jedna wersja i od razu ją nagraliśmy. Ale nie ze wszystkimi utworami tak właśnie było.

I tu pracowaliście? Na tarasie domu na Saskiej Kępie, w okolicach Wisły?
Tak. Płyta powstawała głównie tutaj, w tym domu. W studiu, które jest w piwnicy pracowałem z Olkiem nad piosenkami, które głównie napisałem w swoich bieszczadzkich rejonach. Na tarasie męczyliśmy teksty z Agatą. "Dla mamy" to jej tekst, luźno oparty na moich przemyśleniach w "anglo-pidżyn". Na płytę pisał jeszcze Mes, Roman Szczepanek i Anka Michalska.

"Dla mamy" to jeden z silniej angażujących numerów.
A widzisz, a to była bardzo szybka akcja. Kiedyś pod koniec spotkania towarzyskiego puściliśmy ten numer Józkowi, szefowi Jazzboya. Zareagował z entuzjazmem: "Zajebiste! Ten numer musi wejść na płytę! Piszcie tekst, bo zostało mało czasu". Jak mówiłem pisanie to nie jest moja najmocniejsza strona, ale Agata powiedziała, że ma pomysł i spróbuje napisać na jutro. Nie mam żadnego problemu z ingerencją Agaty, z innym spojrzeniem, z tym, że ona wpadnie od ręki na to, co mi może zająć miesiąc. Nie będziemy robić płyty pięć lat czekając, aż spłynie na mnie światło (śmiech). No więc nie czekaliśmy, Agata rano powiedziała, że napisała i "Dla mamy" weszło na "Bumerang" jako ostatnie.

Narzekasz na to, jak wyrażasz się słowami. Nie uczono Cię tego. Wykształcenie muzyczne natomiast masz. To przy nagrywaniu musiało zaprocentować.
Oczywiście, że tak. Demówki zazwyczaj składały się z suchej gitary i słów, których nie byłeś w stanie zrozumieć. Ja też łykam co czwarte, bo nie kumam o co chodzi, nie okłamujmy się. Potem trzeba było pomyśleć co zrobić z tymi piosenkami, jaki nadać im kierunek. Wspólnie z Olkiem wymyślaliśmy poszczególne partie, kombinowaliśmy i próbujemy wspomniany kierunek odnaleźć. Zwykle to udawało się od razu, ale jednak spędziliśmy grubo ponad rok nad ta płytą (śmiech).

Fajne są uzupełnienia, smaczki, które powodują, że "Bumerang" jest na wiele razy, detale na dalszych planach, w każdej z piosenek z innej beczki. To głos z serducha, który wydaje się być totalnie przemyślany.
Olek ma pierdolca na punkcie brzmienia i tego, żeby wszystko było idealnie. Jak chcesz pokazać coś ludziom, to zależy ci na tym, żeby to było jak najlepsze. I myślę, że wspólnie nie mogliśmy zrobić niczego lepszego.

Mocno wtrącałeś się Olkowi do roboty? Wiele dyskutowaliście?
Oj tak. Nie powiedział mi "to ja się tu zamykam i produkuję, a ty nie masz wstępu, wypad". Siedzieliśmy razem, czasem sprawdził się mój pomysł, czasem jego. Wiele odrzucaliśmy. Dużo pracy, z tym, że przyjemnej.

Skuteczność tego materiału jest imponująca. Single można właściwie losować. Tak założyliście?
Każdy z nas miał jakąś wizję tej płyty. Piosenek było sporo i było z czego wybierać. Każdy z nas przedstawił swoją wersję i rozmawialiśmy. Wiele typów na szczęście się pokryło. A to co mówisz, że single można losować, to bardzo miłe proszę pana.

Bo wie pan, ja zrozumiałem z jaką płytą mam do czynienia, kiedy zacząłem nieświadomie powtarzać pod nosem wersy, nucić melodie. Teraz możesz grać na nosie typom z talents show, że się na tobie nie poznali.
Chyba dobrze, że tak się stało. Wiesz to było na zasadzie "no dobrze, siostra namawiała, zobaczymy". Nie miałem żadnego ciśnienia na to, żeby coś tam ugrać i chyba dla tego mnie odrzucili (śmiech).

Nie zrobiono z tego fabuły o smutnym, introwertycznym chłopaku z Iwonicza.
No tak. Nie byłem najlepszym tematem. Chyba wszystkie takie programy nie mają zbyt wiele wspólnego z muzyką i prawdziwą emocją, którą możesz czerpać ze słuchania jej.

No ale przynajmniej doprowadziło to wszystko do momentu, kiedy to wypatrzyła cię odpowiednia osoba. Co najpierw od Józka usłyszałeś?
Po przesłuchaniu podszedł i zapytał się czyj cover zagrałem. Odpowiedziałem, że to moja piosenka. Zapytał drugi raz "No dobra, ale czyje to było?". To ja mu jeszcze raz, że moje! Wtedy chciał wiedzieć czy mam tego więcej. Powiedziałem mu, że bardzo dużo. No i tak żeśmy się jakoś spiknęli, później dowiedziałem się, że to gość z wytwórni płytowej. Wiesz tam kręci się dużo ludzi, którzy coś mówią, czegoś chcą i nie widomo kto jest kim i czym się zajmuje.

Wielu artystów miota się między labelami. Ty wpisałeś się idealnie.
Odkąd przyszedłem do Jazzboya, poczułem się swojo. Bardzo mi tu dobrze, lubię tu przychodzić. To najważniejsze. Nie wyobrażam sobie, że mam z wytwórnią i producentem taką relację, że siedzę w kącie, robię swoją muzę i wszyscy klepią mnie po plecach. Potem pokazuje demo i słyszę: "Dobra, OK, spadaj” i nie ma żadnych kumplowskich stosunków. Doceniam co tu mamy między nami.

I takie podejście wcale nie jest popularne. Artyści potrafią traktować swoje nagrania jak świętość.
Nie uważam się za mistrza, geniusza i najlepszego człowieka. Z innymi mogę zrobić wiele więcej niż sam. Tyle.

No właśnie, a tu trzeba robić dużo, bo mimo Brodki, Dąbrowskiej, Koteluk, polski pop nadal trzeba odczarowywać, nadal ma fatalną reputację. Ty chyba nie masz problemu z tym sformułowaniem?
Nigdy nie miałem zbyt wielu problemów z terminami. Mógłbym mieć jeden, gdyby ktoś powiedział, że moja muzyka jest, dajmy na to jazzowa. Dla mnie pop znaczy coś innego, niż dla ludzi teraz. Kiedyś Beatlesi byli popowi. Chodziło o coś nośnego, co każdy chce nucić, chce brać. To właśnie jest pop, bez względy na to, w co go ubierzesz. Niestety sporo artystów decyduje się na ubieranie go w plastik. Dlatego pop uchodzi za gówno, a to po prostu coś topowego.

Znajdujesz dla siebie punkty odniesienia? Dziennikarze podpowiadają porównując Cię z Jose Gonzalesem czy Skubasem.
Jestem sobą, robię to, co sam chcę usłyszeć. Między kim a kim mnie to sytuuje, to zupełnie bez znaczenia.

I nie obchodzi Cię na przykład to, że otwierający kawałek może się kojarzyć ze "Space Odity"?
Ludzie zawsze kojarzą coś z czymś. I akceptuję to, bo i mi zdarza się w ten sposób działać, kiedy staram się myśleć analitycznie. Przyznam się, że zainspirował mnie jeden koleś, ale tylko do tego, żeby zacząć robić piosenki i nauczyć się grać na gitarze, z którą zresztą ciężko mi idzie (śmiech). Kiedyś spodobało mi się jej brzmienie, ale to nie jest mój ukochany instrument. A poza tym inspirują mnie uczucia: bezsilność, smutek, żal, niezgoda na coś, co i tak stanie ci na drodze i będziesz musiał przez to przejść nie wiedząc co będzie dalej. Moja muzyka to to jak czuje i jak odbieram rzeczywistość.

To trudne, tak coś wyjąć z siebie, wrzucić na płytę i puścić do tysięcy ludzi.
No i zestaw to sobie teraz z Kortezem sprzed półtora roku, który wcale nie był przekonany do śpiewania po polsku i wolał się chować za angielskimi pseudosłowami.

Zestawiam i dochodzę do wniosku, że to co powiedziane zostało polskimi słowami i tak było w melodiach, w głosie.
Ja nie uważam, żeby "Bumerang" był czymś nowym, czymś świeżym. Świat jest prosty, życie jest proste, pomimo tego, że uchodzi za skomplikowane. Powtarzam to co było, z tym, że na swój sposób.

Nie wymyślisz na nowo miłości.
No właśnie! Mogę tylko pokazać jak ją odbieram.

Mówiliśmy, że pop nie jest tym, czym był. I trochę za tym tęsknisz, ale z drugiej strony dwa teksty na płycie napisał ci raper. Wielu osobom to by się wciąż nie mogło pomieścić w głowie.
Byłem kiedyś u Józka na cienkim piwku, jak przyszedł Szubrycht i przyprowadził Mesa. Mes zapytał czym się zajmujemy, więc Józek puścił mu różne demówki z Jazzboya, w tym i moje rzeczy. Bardzo mu się spodobało. Zaoferował swoją pomoc przy pisaniu tekstów na wypadek gdybyśmy mieli problemy. Pomyślałem sobie "Ale raper? To może być ciekawe. Jak on napisze tekst pod melodię?". Udało mu się zajebiście, i w przypadku "Pocztówki", i "Imbiru".

Lubię zwłaszcza ten drugi.
Tak! Gość utrafił w moje emocje, ale pokazując je w zupełnie nietypowy i przewrotny sposób. Kiedy zobaczyłem ten tekst, to od razu chciałem go śpiewać.

Co dalej z Kortezem? Koncerty? Wywiady? Druga płyta? Presja rosnących oczekiwań?
Koncertów jest dość dużo. Cieszy mnie, że mogę robić to co kocham. Nie marudzę, że trzeba gdzieś pojechać i zagrać. Mam sporo numerów i pomysł na drugą płytę. Jakoś trzeba będzie to pogodzić.

A nie przestaną być aktualne przez to, że twoja sytuacja może się teraz mocno zmienić?
Nie boję się tego. Fakt jest sporo owacji, ciągle słyszę, że jestem świetny i niewiele dociera do mnie negatywnych opinii. To mogłoby zaowocować tym, że poczuję się jak król, a mi towarzyszy inna idea. Jak wychodzisz na scenę i chcesz coś pokazać, to niech to będzie twoja muzyka, nie ty. Jeżdżąc, śpiewając chce dać to, co w tym jest. Jeżeli nie wejdę w emocje, to tego nie ma.