Quantcast

Poradnia G - Niestety nie da się olać systemu

Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Afro Kolektyw... Jakie to są cwaniaki... Na początku looserski żywy rap, potem dopieszczone popowe piosenki, a teraz wkurwione punkopolo.

Najpierw zacznijmy od tego, czym jest Poradnia G, bo "pełny" Afro Kolektyw to akurat nie jest. Zespół założyli Afrojax, ukrywający się pod pseudonimem Eliasz Zygielbojm oraz Rafał Ptaszyński. Dołączyli do nich Marcin Biernat z Muzyki Końca Lata, Mikołaj Malanowski z Elvis Deluxe oraz Michał Szturomski. Gdzieś tam po drodze Ptaszyńskiego jeszcze zastąpił Piotr Machałowski z Nerwowych Wakacji i... zaczęła się łupanka na całego.

Było nas całkiem wielu,
Lecz zostało tylko paru.
Wśród dobrobytu, wciąż czujemy wędlin smak z Constaru.
Zagubieni tam, nieszczęśliwi tu.

Kurwienie na wszystko i wszystkich, niedowartościowanie samego siebie i ciężkie pytania pokroju "dlaczego akurat to ja mam źle?" ciągną się tutaj przez trochę ponad pół godziny. Piosenki mają przypominać o najlepszych latach polskiego punk rocka, gdzieniegdzie trochę inspirując się Johnnym Cashem, The Stooges czy Sex Pistols. Brzmi nieźle? Tak, i całkiem nieźle brzmi także sama płyta, którą warszawscy muzycy nagrali w domowym studiu na setkę.

Samych inspiracji nie warto jednak szukać tylko wśród tych, którzy wiele lat temu czule pozdrawiali policję z jarocińskiej sceny. Znajdujemy tutaj country, rockabilly, reggae, ska, bigbit (robione na tym patencie "Przestać istnieć" to w ogóle jeden z najlepszych kawałków na płycie) i zagraniczne akcenty z "Mój psychiatra jest złodziejem" będące małym ukrytym hołdem dla The Clash, a także cashowe "Droga artysty" i "Przyjaciel strach".

Dzisiaj przyjąłem Islam,
A jutro przyjmę wiarę w cthulu.
Ta rzeczywistość przyszła,
I sprawia, że się zwijasz z bólu.

Muzycy nie są przypadkowi, więc przypadkowe nie mogą być też same piosenki. Wydawać by się mogło, że "Niestety nie da się olać systemu" nie można traktować do końca poważnie, jednak już po pierwszym seansie z albumem, doskonale czuć, że numery są dopracowane, przemyślane i nie będące pastiszem. Krótkie i na maksa treściwe, będące tym, czego już dawno nie było słychać.

Całość nabiera rumieńców, dzięki wokaliście. Nie ma się co oszukiwać - tutaj gwiazdą numer jeden jest sam Eliasz Zygielbojm. Kolejna ksywa, kolejny poziom deprawacji? Nie, absolutnie nie, ale po raz pierwszy w historii można jeden alias Afrojaxa porównać do jednego z poprzedników, konkretnie do Gabriela z Trio Defe. Cwany Warszawiak, trochę z innej epoki. Jak zwykle wulgarny, ale z momentami, w których potrafi na chwilę przystopować. Inteligentny, bezkompromisowy, rozczarowany. Bez prostackiego jadu, który wylewał się strumieniami z dzieł Legendarnego, a nawet wręcz przeciwnie - momentami z wielką klasą. Tak, jak to kiedyś bywało u Gabriela.

Być menelem żadna sztuka,
Nie daj płynąc łzom.
Ciężka praca żaden wstyd.

Najbardziej wkurwiowa polska płyta ostatnich miesięcy. Miała zostać zrobiona tylko dla żartu? A kto tak powiedział? Bardzo prawdziwa i jeszcze bardziej poważna, nawet jeśli tylko i wyłącznie w swoim świecie lewicowej ideologii. Brutalny Eliasz to dalej bezkonkurencyjny Afrojax, a z takim składem za plecami nie mogło powstać nic słabego. A to, że tylko dla kilkuset osób? Cóż, nie nasza strata.

Eviva l'arte, eviva punkopolo!