O tak o, panie Hemingway, czyli młody człowiek i mity

Błyskotliwy, pomysłowy i świeży. Takimi słowami określa się Taco Hemingwaya. I właśnie taki na nowym albumie nie jest. Ej ej, nie dajcie się nabrać na "woltę na szczycie".

|
09 sierpnia 2017, 8:03am

Błyskotliwość

Taco dał się poznać jako ten, który myśli szybko i wielotorowo, kojarzy abstrakcyjnie, porównuje w sposób nieoczywisty. Różnica jest taka, że mocno jeszcze amatorski "Trójkąt warszawski" kradł uwagę ze trzy razy już w pierwszym utworze. "Szprycer" zwraca ją pierwszy raz po trzech utworach, gdy wjeżdżają wersy "Dzisiaj wieczorem znów modny balet, a ten didżej to musi być spory talent / bo tyle ma dziewczyn i żąda dam, jak żąda w makale walet". Dalej mamy tu dosłownie parę myków, sprytną parafrazę Krawczyka, zabawnie igrające ze znaczeniami "Rano patrzysz na mnie w łóżku / traktat pokojowy jest tuż-tuż", rzadkie kalambury w rodzaju "mute / miód na uszy". Dojrzale i mądrze wypada zamykające "Saldo '07". Ale tak poza tym, to warto sobie jednak przypomnieć, że "inteligencja" to nie jest nazwa drinka w Luzztrach, erudycja to nie jest świadomość tego, z której nogi na którą piłkę przerzuca Toni Kroos, a rymowanie "utyli" do "Flirtini" albo znajomość słów takich jak "calimocho" nie czyni wcale błyskotliwszym, chyba, że podrywasz na Instagram, a na śniadanie czytasz "Osiem dziewięć". To nigdy nie imponowało, teraz śmieszy coraz bardziej. To nie to, że raper musi być od razu oczytany, przenikliwy i zaskakiwać - co tu dużo kryć, zwykle taki właśnie nie jest, a próbując być wychodzi na pretensjonalnego buca. Ale rzucając na lewo i prawo słowami warto pamiętać, że mają znaczenie.

Pomysł

"Trójkąt warszawski" był fabularny, "Marmur" próbował być patchworkowy, "Szprycer" obwieszcza, że jest "o wszystkim i o niczym". No i niestety. Kto oczekiwał po Taco pomysłowości, dostanie kolejne wypisy z warszawskich klubów i komunikacji miejskiej, szablonowe utyskiwania na hipokryzję i udawanych ziomków, branżową pustotę i takie tam, tylko świat, który był WF-em, stał się teraz karimatą. Taco powinien znaleźć sobie ciekawszy temat niż Taco, zwłaszcza tak powierzchownie liźnięty, bo kiedy inni artyści robią sobie harakiri, wykrwawiając się dla zafascynowanego słuchacza, on tylko popiskuje przy regulacji brwi. Taco musi poćwiczyć kreatywność, nawet - a może zwłaszcza - jeśli nie ma stroju. U mnie w szkole nieprzygotowania można było zgłosić trzy, tymczasem odbiorca, szukając drugiego dna może przeoczyć znalezienie się na czwartej mieliźnie. "Frytki na mokrej ulicy. Białe wino z Tesco. Uciekanie przed Strażą Miejską. I oczywiście miałem parę dziewczyn na ulicy Koziej. Taco Hemingway sparodiował całą twórczość Taco Hemingwaya w jednym utworze" - napisał Piotr "Splin" Zdziarstek, komik i dziennikarz hiphopowy po wysłuchaniu "Nostalgii". No i właśnie, na Koziej, na której Fifi zresztą mieszkał, jest Muzeum Karykatury. A artysta zachowuje się jakby chciał zostać eksponatem.

Świeżość

Inspiracje "Szprycera" są bardzo czytelne, by nie powiedzieć podsunięte pod nos. A to że ma szczęście do słuchacza, który często nie wtykał rąk w polski rap, bo to nieeleganckie, szkodliwe dla mankietów bądź manicure, to nikt nie będzie zbyt głośno przypominał chwil, gdy VNM stawał na głowie, by zostać drugim Drake'iem, a Tede przedrzeźniał Future'a. Oczywiście płyty konceptualne i fabularne też się wcześniej zdarzały, podobnie jak twórcy mówiący w imieniu pokolenia, ale to zostawmy, bo Taco nie jest już fabularny, a jeśli posądzać go o koncept, to coś się tu rozlazło jeszcze mocniej niż ostatnio. Wróćmy do nadążania za tym, co się dzieje. Teraz Graniecki jest przy Migosach, Białas przy Skepcie, Bedoes zdążył trochę odjechać od Posta Malone, Żabson nie śpiewa więcej smutnych piosenek na autotune. Jeżeli Hemingway chciał gonić trendy, jest spóźniony jak pospieszny na Centralnym. Od "nostalgii, ULTRA" Oceana do "Nostalgii" Taco minęło sześć lat, w tym czasie, zdążyło powstać i upaść kilka mikrogatunków. Z wyżej wymienionymi polskimi wykonawcami Hemingwaya łączy zaś wyłącznie bezpośredniość zapożyczeń. Bo taki Abel bądź Spinache (z dopiero co wydaną płytą) nauczyli się czerpać z nowego tak, żeby to było własne. Na KęKę/Hase, Gedzie, a nawet Ucieczce z Kolonii trendy wykorzystane są kontekstowo, uzasadnione przez treść, w symbiozie z nią. A Taco jest tak świeży, jak jego ostatnie porównanie (np. to do defensywy Michała Pazdana, w sierpniu 2017 brzmiące nieco słabo). Do tego wziął się za zabawki, którymi nie umie się bawić. Jeżeli myślicie, że piję tu do tego, że brakuje ma za mikrofonem swobody, a w gadce elastyczności, to dobrze myślicie, bo flow to nie konkurs na to, ile razy wepchniesz w wersy "ej". Przypomina się ten mem z Gesslerową, że jest jak Adele, tylko nie śpiewa. A ze śpiewaniem Taco jest tak jak ze śpiewaniem ogórka u Gałczyńskiego. Nie, nie może. Tylko niestety próbuje, na przykład obniżonym głosem w "Tlenie", wzbudzając atak wesołości. Z autotune'a korzysta tak, jak niedawno z gotowych paczek brzmień korzystał jego producent Rumak - zachłannie, bezczelnie i bez pomysłu. Swoją drogą Rumak teraz rzeczywiście brzmi świeżej. Przypominają się początki kalifornijskiego rapu w Polsce, czy początki grime'u w Angli - oni chcieli robić Amerykę w Polsce, ale nie umieli. Ta oryginalność Rumaka wydaje się wynikać z nieporadności, z tego, że jest specyficznie, bo jest pokracznie. Oszczędność kompozycji nie ma w sobie nic szlachetnego, brzmią jak niedokończone i prowizoryczne. Bębny potrafią zwalić się na głowę za nic mając nastrój utworu. Hi-haty pałętają się bez celu, trochę jak Taco po swojej płycie. Słuchając "Głupiego bytu" czułem się jakby Wac Toja coverował Eda Sheerana. Ulgę przynosi Duit z kilkoma pomysłami upchniętymi w jednym, chwytliwie bombastycznym numerze i orientalny, mięsisty Zeppy Zep, ewidentnie umiejący posługiwać się basem. Z kolei karygodne "I.S.W.T." Borucciego to afrykańska gonitwa, ciekawa w teorii, w praktyce prowadząca do polskiej remizy. Nic tu do siebie nie przystaje. Na miłość boską, jeśli fani się buntują, to nie tylko dlatego, że to jest inne (choć bez przesady, o czym zaraz), tylko dlatego, że jest słabe. Mieliby głuchnąć od świateł?

Wolta na szczycie

Za to właśnie mamy Taco podziwiać. Po pierwsze - jaki szczyt? Naszego biednego zestawienia sprzedażowego OLiS, wywracanego do góry nogami, kiedy przy kasie w Empiku zdarzy się dobra przecena? Tego Taco nigdy nie osiągnął. Szczyt listy tej wąsatej, tak chętnie wyśmiewanej w złotej, młodej, mokotowsko-żoliborskiej Warszawie Trójki zdobył raz, deklamując nazwy stacji metra, utwór promujący debiutancki longplay nie dotarł do pierwszej dwudziestki. Może chodzi zatem o szczyt YouTube? Na sporządzonej przez Newonce liście 100 najpopularniejszych rap teledysków Taco pojawia się dwa razy, na 57. i 98. miejscu. Podsumowanie YouTube Rewind 2016 jasno pokazuje, że w roku, w którym wydawał pierwszy album na szczycie to był klip Sylwii Grzeszczak. Może więc płytę rzuconą na grunt przygotowany przez epki docenili krytycy? "Delikatnie mówiąc, krytycy na punkcie tej płyty nie oszaleli. Życzliwa obojętność - to chyba najczęstsza postawa. Serwis Beehype, który zebrał opinie kilkudziesięciu wybranych polskich dziennikarzy muzycznych, nawet nie nominował do szerokiej listy najlepszych wydawnictw 2016 roku (trafiło na nią kilkadziesiąt innych albumów - od mainstreamu po eksperymenty). Najważniejsze portale zajmujące się rapem postanowiły o tej płycie w ogóle nie pisać" - podsumowuje Dwutygodnik piórem Piotra Kowalczyka, zdruzgotanego tym, że jak to, Fryderyk (hahahaha), nominacja do "Paszportu Polityki" (niezdobytego) i taka aktywność wydawnicza, a się krytycy śmiali nie poznać. Czyli jednak jakieś szczyty (poza listą przebojów akademickiego olsztyńskiego radia) udało się osiągnąć - redaktorskiego poruszenia. Szczyt to jednostkowy, ale widoki z niego zapewne ciekawe. Została nam jeszcze wolta, podnoszona do rangi koziołka czy obrotu o 180 stopni. Naprawdę nie miał Taco wcześniej szatkowanych rytmów, dźgających linii basu, ilustracyjnych teł? Nie patrzył na nowy rap, na nowy pop? Nie nagrał kopii "Marmuru" i chwała mu za to, ale wolty to miał David Bowie, Ulver, Outkast, Hey czy Myslovitz. To jest parę chaotycznych machnięć wiosłem podczas spływania głównym nurtem.

Konkluzja

"Szprycer" jest bez pomysłu. Z przeterminowanymi inspiracjami, które powodują, że twórca stapia się z tymi, od których rzekomo chce się odcinać, na tle których wyróżniać. Domniemama świeżość, nie dość, że druga, to jeszcze bez sił mierzonych na zamiary. Jest Taco, czyli fast food w sosie własnym, choć tak w ogóle, to nie w sosie i bez przypraw. Hemingway gdzieś zniknął. Obrona płyty jest na razie na miarę dziennikarstwa traktującego o rapie - "A ch*j, mnie się podoba". W sumie innej nie trzeba. Nie ma o czym gadać.

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.