mat. prom.

Cypress Hill: Puść to z dymem

Czyli o tym jak Sen Dog i B-Real wpędzili mnie w nałóg

|
10 listopada 2017, 7:00am

mat. prom.

Skąd on kurwa wie gdzie ja jestem? - zachodzę w głowę po tym gdy właśnie po raz pierwszy w życiu zadzwoniłem do dilera. Z budki, z karty. Po kilku minutach pod aptekę podjeżdża biały polonez, do którego pakuję się sprawnie na siedzenie pasażera. Znam typa z widzenia i znam jego furę, wszyscy na osiedlu znają. Wielki cham na wysuniętym do końca fotelu mówi - "cześć, Filipek, to mówisz, że mamy wspólnych znajomych?". Wzrok wpatrzony ma w garść samarek, z których wręcza mi po chwili jedną, wybraną, a ja mu wygniecione 30 zł.

- Dzięki, cześć, to będę dzwonił, co?
- Pewnie, numer znasz.

Jest rok 1997 a ja trzymam w ręku niedoważony gram polskiego, moczonego skuna. Pierwszy który sobie sam ogarnąłem. Bez proszenia się kogoś, bez odbijania komuś lufy i bez czekania po kilka dni. Raz, dwa. Na telefon. "Zaraz będę tam gdzie jesteś".

A ja już mam plan na zaraz - chatę wolną, szklaną lufkę kupioną w kiosku za 50 groszy i rozfoliowaną w tramwaju kasetę, znalezioną w Planecie na Placu Zbawiciela. Na działce z heavy metalem czekała na mnie, nie odróżniając się z pozoru od innych gotyckich grafik zapełniających te kilka ciemnych półek w kącie sklepu. Ubrana w mroczny chałat postać zmierza po schodach wprost do ziejącego czernią wejścia do jakiejś pradawnej świątyni. Nabijam tubę i z trudem rozpalam mocno wypchany cybuch.

"Once again the powers of the herb open up the mind. See deep inside, tell me what you find. Come on, come on, come on" - zachęca mnie głos dochodzący z głośnika. Kiedy wydycham gęstą chmurę dymu, dzwonki wirują wokół potężnych uderzeń basowego bębna. Kaszlemy wspólnie, ja i głosy z taśmy. Bit wprawia membrany w drżenie, głowa zaczyna bezwiednie kiwać się do rytmu, a ja zyskuje pewność, że to już nie metal jest najbliższą mi muzyką.

"Who be the ones steppin' in the room? Everybody welcome to the Temple of Boom Back, let me see ya fat indo sack and get weeded. Somebody, everybody need it. Mari-juana, mari-juana, do ya wanna?" O, człowieku, pewnie - odpowiadam typowi łapiąc kolejnego macha.

Jeszcze nie wiem tego, że za 20 lat nadal będę słuchał rapu i powtarzał te słowa za jednym z warszawskich MC’s na koncertach. Jeszcze nie wiem tego, że ten sam rap - prócz tego, że wpierdoli mnie w trawkę, na lata przywiąże do osiedlowej ławki i pożegna z kilkoma szkołami - ułoży mi życie, znajdzie zawód i pozwoli robić to, co kocham nie tylko po godzinach. Jeszcze niewiele wiem, ale jednego jestem pewien - to jest, kurwa, to!

Bo, ok, słuchałem już wcześniej pierwszych albumów Liroya, Wzgórza i Kalibra, słuchałem składaka S.P. Records i soundtracku do "Judgement Night", słuchałem przegranych od kumpli singlowych numerów rzeczonych Cypress Hilli, Onyxu i Busta Rhyemesa, ale nigdy wcześniej rap nie zabrał mnie w tak daleką podróż, jak wtedy gdy wpatrując się w okładkę rzeczonego "Temples of Boom" - bo o nim mowa - wyjarałem mojego pierwszego, samemu kupionego grama. A dokładnie trzy lufki, do których nabijania między "Spark the Owl", a "Everybody Must Get Stoned" co rusz namawiał mnie B-Real bądź Sen Dog. Świetnie wtedy rozumiałem czym są "Illusions", a czym "Red Light Visions", kim są "Stoned Raiders" i kiedy należy zrobić to do czego w refrenie numeru "Throw Your Set In The Air" zachęcał raper o jednym z najbardziej charakterystycznych głosów na całej scenie hiphopowej; nie tylko lat 90. ale po dziś dzień.

Te właśnie iluzje i wizje chciałem widzieć jak najczęściej, tym jeźdźcem chciałem być na co dzień, ten materiał chciałem puszczać z dymem ilekroć pozwoli mi na to mój skromny, małolacki budżet, a nawet wtedy kiedy mi nie pozwala. I ilekroć to się działo chciałem słuchać bitów, nie ciężkiego gitarowego jazgotu, który pochłaniał mnie wcześniej, a teraz wydawał się zupełnie niezdatny do życia w takt jego kolejnych hałaśliwych fraz. Tylko bit był w stanie poukładać ten nowy, spowolniony, przejarany świat.

Tylko wersy do niego składane były w stanie opisać ten stan w którego czułych objęciach chciałem się mościć od pierwszych maszków z opalanej z rana na klatce, wysłużonej lufki, aż po chwile w której przymykałem dawno już przymrużone, zmęczone, przekrwione oczy. Tylko trzeciego Cypress Hilla słuchałem więc co dzień przez długie dwa miesiące, zanim zebrałem pieniądze na drugą kasetę - pierwszego Ol’ Dirty Bastarda "Return to the 36 Chambers: A Dirty Story". A pudełko od "Temples of Boom" długo jeszcze mi służyło, że skrytkę na kolejne worki kupowane pod apteką z białego poloneza. Pasowało idealnie, bo czarna wkładka chroniła zawartość przed wzrokiem rodziców, a i tak przez cały czas było puste - na początku bowiem pochodząca z niego kaseta nieustannie krążyła między wieżą a walkmanem.

A później i tak mi ją ktoś podwędził na szkolnej wycieczce. Ktoś, kto pewnie zaczynał właśnie swoją przygodę z trawką i rapem.

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.