Bastard Disco - Warsaw Wasted Youth

Czyżby pierwsza rodzima, muzyczna sensacja roku? - zapisałem w notesie, słuchając tego krążka może po raz trzeci? Albo czwarty?

|
lut 8 2017, 9:20am

Zespół z Warszawy a grają, jakby całe życie spędzili w Waszyngtonie. Wczoraj widziałem drugi raz na żywo i dla mnie to jest zespół kompletny - pięknie grzeją po linii bandów z Dischord Records, ale o chamskiej zżynce nie ma mowy - napisał w lipcu ub.r. jeden z fanów Bastard Disco, kilka miesięcy po premierze ich sensacyjnego demo na popularnym Bandcampie. Jestem więc ciekawy, jak autor powyższych słów zareagował na ich wydany właśnie, oficjalny debiut "Warsaw Wasted Youth"? Bo ja jestem w sporym szoku. 

Czyżby pierwsza rodzima, muzyczna sensacja roku? - zapisałem w notesie, słuchając tego krążka może po raz trzeci? Albo czwarty? Minął tydzień i nie zmieniłem zdania. I chyba rzeczywiście mamy do czynienia z debiutem jak z bajki. A przynajmniej wszystko na to wskazuje. Zwłaszcza komentarze wymieniane fejsbukową pocztą pantoflową między słuchaczami zachwyconymi tym finezyjnym hardcore'owym rzępoleniem. Ale przecież nie tylko wydawcy i dziennikarze wydają z siebie "ochy" i "achy". Na szczęście. Fajnie, że Bastard Disco w ekspresowym tempie kradną serca przede wszystkim fanom melodyjnego łojenia opartego na najlepszych, amerykańskich post-core'owych wzorcach. 

Co to dużo mówić - debiut Warszawiaków to spore wydarzenie, nie tylko w ramach niezależnej, punk-core'owej szufladki. I zobaczycie! O tych czterech tajemniczych (na razie) dżentelmenach będzie bardzo głośno - za moment, lada dzień. Małą chwilę po tym, jak zarówno te bardziej, jak i mniej komercyjne media wyplują wreszcie pierwsze recenzje ich pełnowymiarowego - choć to tylko 33 minuty muzyki - debiutu. 

Ale do rzeczy, bo szkoda owijać w bawełnę komplementy w chwili, kiedy w muzyce BD dzieją się takie piękne rzeczy! A wspomniany "waszyngtoński" post-core spotyka się z noise'em, punkiem i słowiańską fantazją. Bo ta muzyka, którą nam serwuje kwartet w składzie: Yury Kasyanenko (wokal), Kamil Fejfer (gitary), Paweł Cholewa (bas) i Marek Kamiński (perkusja) nosi oczywiście wyraźny, "dischordowy" sznyt, ale to tylko inspiracja, zaledwie mocny, jak fundament, punkt wyjścia do autorskich poszukiwań.

Posłuchajcie na przykład "Mourning", czyli jedynego utworu z demo, który znalazł się na nowym albumie - nie wiem dokładnie dlaczego, ale te nakładające się wokale przywodzą mi na myśl kapele w rodzaju Jesus and Mary Chain i The Pixies. Oczywiście bardziej w klimacie niż w formie. Bo ten nisko strojny bas i fajnie połamana perkusja ani na chwilę nie dają zapomnieć, że tu wszystko zostało dokładnie wymyślone i przemyślane. Jak w "Canvas", który na początku zniewala i oszukuje bardziej "balladowym" nastrojem, żeby wybuchnąć w drugiej części ze zdwojoną siłą. Ja słyszę tu echo moich ukochanych Sunny Day Real Estate (ileż ja czekałem na to, żeby ktoś w naszym kraju spróbował tak zagrać?!), ale fani Lungfish czy Soulside też będą zachwyceni. Bo Bastardzi potrafią stworzyć i ścianę hałasu, nie tylko gitarowego ("Global Warning"), i wytoczyć z zajezdni transowy "walec" ("Medicine"). Dlatego szalikowcy Fugazi czy nawet - jeszcze dalej sięgając w przeszłość - Minor Threat, również powinni ustawiać się w kolejkach po "Warsaw Wasted Youth".

Podobać się wreszcie może pasja, z jaką śpiewa, czy najczęściej krzyczy (ale zawsze melodyjnie!) Yury, który w porównaniu z demo zrobił nieprawdopodobne postępy emisyjne i dykcyjne. Choć muszę przyznać, że w przynajmniej kilku utworach jego wokal "odkleja" się od ścieżki dźwiękowej - jakby był (?) nagrany w innym studiu. 

Ale dość marudzenia, bo przecież to nie pop, a punk. A raczej hardcore, który nie może być grzeczny, zbyt wygładzony. Powinien za to wkurzać lub zachwycać. Albo jedno i drugie. Razem i po równo. Jak w przypadku Bastard Disco. Czyżby muzycznej sensacji roku? Dla mnie na pewno!