Sitek - Wielkie sny

Wielkie były nadzieje słuchaczy, ale i wymagania względem pierwszego legalnego albumu Sitka. I zostały zaspokojone, bo reprezentant Wrocławia dał z siebie to, co najlepsze, nagrywając materiał pasujący jak ulał do mainstreamu.

|
gru 13 2016, 11:54am

Dziwna to kariera, która dostaje tak duży kredyt zaufania po zaledwie kilkunastu gościnkach i paru solowych kawałkach. Sitek nie przeszedł drogi od dobrze zapowiadającego się rapera z podziemia do artysty okupującego YouTube'a. Ba, nie przeszedł nawet ścieżki, która wiedzie od pierwszej dobrze przyjętej EP-ki do chwalonego i docenianego zewsząd LP. Czy ktoś tego chce, czy nie - reprezentant wrocławskiej sceny wziął nasz rap szturmem, samemu ustalając zasady gry. Ze swoją obecną pozycją mógłby jeszcze dłużej czekać z nagraniem solówki, a i tak grałby koncerty w całym kraju jako gwarant odpowiedniego wypełnienia klubów. W końcu jednak dopiął krążek "Wielkie sny", który już jako rozpisany na kartce plan dźwigał ogromne oczekiwania.

Dopiął i wyszedł zwycięsko ze starcia z rynkiem dzięki zrozumieniu, że funkcjonuje nieco inaczej niż debiutujący koledzy po fachu. Bo 26-latka, który zwiedził większość lokali w Polsce jako jeden z głównych punktów programu, trudno przecież postrzegać w kategoriach pełnoprawnego debiutanta. Dał się poznać jako raper o określonej specyfice i ta właśnie specyfika sprawiła, że ma swój prime time. Pozostało tylko niczego nie psuć, nie tworzyć nowej postaci i maksymalnie wykorzystać najmocniejsze strony warsztatu, zdając sobie sprawę z ograniczeń. Sitek nie modził więc przy własnym wizerunku i nagrał album, który mógłby być reprezentantem modelowego mainstreamu - takiego, który nie da efektu wow, ale nie przyniesie też ciarek wstydu.

Tytuł drugiego utworu ("Hephaistos") może oczywiście sugerować odejście od konwencji, ale nic z tych rzeczy, wstrzymajcie drgawki. Gospodarz nie wraca do mitów, nie bawi się słowem, nie ładuje się też na grząski uliczno-filozoficzny grunt pod szablon "trudne słowo skojarzone z mądrością bruku". "Wielkie sny" nie niosą żadnego przesłania, a ich twórca jest kolesiem, któremu - jak można sądzić - książka służy za podstawkę pod chipsy i piwo, a nie rozrywkę. To się rzeczywiście sprawdza, bo choć nie ma tu specjalnie linijek do cytowania, to materiał wypada całkiem okazale. Charakterystyczna chrypa, naturalność, umiejętność poruszania się po bicie, dryg do refrenów i prostota przekazu (celebrujmy, mam naprawdę dobre życie, laski na mnie lecą) tworzą okazję do nagrywania niezobowiązujących przyjemniaków i nośnych bangerów, a jednych i drugich jest tu zatrzęsienie. Pełna paleta: "Chodź ze mną" to wariacja na temat g-funku, "One" dobrze gra spitchowanym wokalem i clapami, a "Wypalam" i "Podążaj za mną" pokazują, że rozbujać da się nawet z niepokojąco minimalnym tłem. Minimalnym tłem wypadałoby niestety nazwać również gości, którzy robią tu za dekorację, a niekiedy nawet giną ze swoim głosem jak Tede.

Czy znajdą się tacy, którzy powiedzą, że oto nadeszła wielka płyta? Śmiem wątpić, chociaż zdaję sobie sprawę z zachwytu, jakim obdarza się autora, więc pewnie powinienem niedługo zwątpić w słuch tej czy innej osoby. Bez grama uszczypliwości - dobra robota.