Quantcast

De La Soul - and the Anonymous Nobody...

Pierwszy regularny album De La Soul po dwunastu latach to dla sceny hiphopowej duże wydarzenie. Co najważniejsze, również ze względu na poziom wydawnictwa.

Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Ileż to było zamieszania, na szczęście pozytywnego, z tym nowym albumem De La Soul. Najpierw kampania na Kickstarterze, potem jakieś wzmagające apetyty próbki ze studia i ta króciutka, nie do końca udana, epka poprzedzająca płytę. Było tego trochę, ale i tak ciągle można było myśleć, że misja może zakończyć się artystyczną klapą…

A jednak. Udało się i to z nawiązką, a pierwsze sukcesy zespół już świętował podczas kampanii w najbardziej znanym serwisie crowdfundingowym, która była jednocześnie jedną z najbardziej owocnych w historii portalu. Wystarczyło raptem kilka godzin, żeby przekroczyć wymagany próg 110 tys. dolarów, który miał pomóc w wydaniu nowego dzieła Posa, Trugoya i Maseo. Wiecie na jakiej liczbie się skończyło? Prawie sześciokrotnie większej! 600 tys. baksów pozwoliło przywołać nostalgiczne wspomnienia i kto wie czy to właśnie one nie są główną siłą "and the Anonymous Nobody…".

Wydana całkiem niedawno epka "For Your Pain & Suffering" była, delikatnie mówiąc, średnia i jeden z numerów, które się tam znalazły - "Trainwreck" - jest również obecny i tutaj. Nie trudno się domyślić, że w tym przypadku jest to jeden ze słabszych momentów na płycie, podobnie jak większość gościnnych występów. Przykłady? Z całym szacunkiem dla Davida Byrne’a i i jego dokonań z Talking Heads, ale co do cholery ma znaczyć ten refren w "Snoopies"?! Roc Marciano też nie za bardzo pasuje do pozytywnej otoczki zespołu, a już kompletnym nieporozumieniem jest udział 2 Chainza, który zepsuł cały numer.

Z wizytą wpadł też ten, o którym nie można było za wiele dobrego powiedzieć w ostatnim czasie, ale… Usher tutaj spisał się na medal, a stworzone przy jego pomocy "Greyhounds" spokojnie aspiruje do najlepszych dokonań zespołu (!!!) w erze po "Stakes is High", podobnie jak wakacyjne "Pain" z wpadającym w ucho Snoop Doggiem oraz "Memory of… (US)" z cudownym występem trochę już ignorowanej Estelle.

Prym wiodą jednak gospodarze, bo są to po prostu starzy i dobrzy De La Soul. Już bez silenia się na wymyślanie wątpliwej jakości historii jak to było w przypadku kompletnie nieudanego "Plug 1 & Plug 2 Present... First Serve", ale za to ze swoim naturalnym vibem i pomysłem na samych siebie. Weźmy takie singlowe "Drawn", "Royalty Capes" (bit i jego aranżacja plus pomysły Trugoya zasługują na oddzielny akapit) albo "Here in After" nagrane z Damonem Albarnem, które bardzo optymistycznie każe patrzeć na zapowiedzianą współpracę przy nowym albumie Gorillaz.

Muzycznie "and the Anonymous Nobody…" przywodzi na myśl wirtualny pomost pomiędzy dwoma albumami z początku poprzedniej dekady z delikatną domieszką "The Grind Date". Połączenie typowo undergroundowych brzmień, takich jak "Property of Spitkicker.com" (brzmi jak żywcem wyjęte z "AOI: Bionix") czy "Nosed Up", z hitowym "Pain" wyszło znakomicie. Wszystko to udało się osiągnąć też dzięki specjalnym sesjom nagraniowym, z których później tworzono odpowiednie sample. Całość brzmi bardzo spójnie, ale jednocześnie pokazuje, że we współczesnym świecie tego typu brzmienia są kierowane przede wszystkim do najwierniejszych fanów, którzy wiedzą czego można się spodziewać.

Obawy były, jak to najczęściej bywa u weteranów, ale w przypadku nowojorskiej trójki okazały się one bezpodstawne. Piękne uzupełnienie dokonań po 2000 roku, a momentami swoim poziomem zbliżające się do "The Grind Date", a to już coś znaczy. W żadnej tegorocznej czołówce tego LP pewno nie będzie, ale najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że jednak wciąż można dostać od ukochanego zespołu album, którego nie trzeba się wstydzić. A te wszystkie gościnne mankamenty da się przecież jakoś przeboleć.


De La Soul - and the Anonymous Nobody..., 2016, A.O.I. Records