Queens Of The Stone Age "Villains"

Nie ukrywam, że do płyt "ważnych" podchodzę trochę jak do jeża. I najczęściej intuicja mnie nie myli. Tak też jest w przypadku siódmego albumu Josha Homme’a i jego ferajny.

|
wrz 6 2017, 6:30am

I to właśnie wtórność "Villains" chyba najbardziej mnie uwiera. Bo gdzie nie zajrzę do internetu, to "porówywanki". Że w tym kawałku grają jak Bowie, a w tamtym jak The Stooges. No i jeszcze że więcej popu, a nawet w jednym utworze to otarli się o… New Order. Wyliczanka skojarzeń. Ale już nie inspiracji. Bo czymże miałby się natchnąć taki stonerowy potwór, jak Homme? Przecież to właśnie on niemal 30 lat temu założył supergrupę Kyuss. I rozpętał modę na psychodeliczno-bagiennego rocka. Zachwycił świat, wychował uczniów i epigonów, a kiedy jego gwiazda zaczęła gasnąć - niczym supernowa - powołał do życia równie zjadliwy projekt Queens Of The Stone Age.

Ale też nikt mi nie wmówi, że gdzieś tak po trzeciej, no może czwartej płycie QUOTSA byli nadal odkrywczą kapelą. Nic z tych rzeczy! Debiut sztos, "Rated R" oczywiście czysty ogień (u mnie na zawsze numer jeden), "Songs For The Deaf" jeszcze miejscami ciary, ale potem to już wiało nudą jak w "Grze o tron". Zanim pojawiły się smoki i Król Nocy. I mogą psychofani mnie wyklinać, ale tak od "Lullabies for Paralyze" z ich kapelą dzieje się to samo, co z U2 czy Coldplay. Równia pochyła. Znacie jednak taki wytrych recenzencki, który zaczyna się słowami: "daj Boże innym taką płytę/książkę/film/serial jak…". No właśnie…

Wiele zespołów chciałoby nagrać taki krążek, jak "Villains". Zwłaszcza tych na dorobku. Debiutujących. Bo niby jest tu wszystko - (hard) rockowe mięso, kości i krew. Mocno i równo. Samo gęste. A jednak jakby rozwodnione. A pasji w tym za grosz. Więc raczej flaki? Czy inny pasztet? Może więc jednak posłuchajcie tego krążka sami, żeby wyrobić sobie własne zdanie? Bo ja w tej gitarowej "masarni" zupełnie się nie odnajduję. I nie tylko dlatego, że jestem vege…

Paradoksalnie bowiem najbardziej podobają mi się tu utwory, w których Josh i ferajna zsiadają z firmowego, post-stonerowego walca i uderzają w delikatniejsze nuty. Takie jak w "Fortress", które jest po prostu ładną, chwytliwą piosenką. Nie mnie oceniać, czy przystoi takim tuzom jak QUOTSA. Ale to jednak pop. Albo "Hideway". Jak nic ballada. Wpada w ucho, nawet na chwilę tam zostaje, ale - do cholery! - to jednak kompozytorska i wykonawcza (kto im tak zepsuł brzmienie bębnów!), muzyczna druga liga. No i finał - "Villains of Circumstance". To byłby fajny kawałek grupy Muse, bo niby mamy tu to samo zadęcie i zatwardzenie, ale kopia oryginałowi nie równa. Nie ma szans!

Promocyjny singiel znacie, więc nie ma co się rozpisywać. Jak również o pozostałych czterech mocniejszych utworach. No właśnie - strasznie krótki to album! I to chyba jego największa zaleta. Niestety.

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.