Taco Hemingway - Wosk EP

U Taco nie ma żadnej pozy i cackania się, niezależnie od tego czy mówi akurat o zamachu terrorystycznym, relacjach damsko-męskich czy o nocnym przesiadywaniu nad Wisłą.

|
16 sierpnia 2016, 10:30am

Nowy Taco, co by tu napisać… Może by tak zrobić ranking TOP5 wersów Taco? Może TOP17 powodów, dla których Taco jest taki a nie inny? A może popełnić elaborat, w którym wykaże się, że Taco to ten gość, który jako pierwszy nazwał winyl per wosk i pieniądze per koła? Cóż, inni nas ubiegli, więc my po prostu wzięliśmy nowego Taco i posłuchaliśmy. I napisaliśmy, co o tym sądzimy.

Prawda jest taka, że to nie portale muzyczne (i dowolne inne) są dla Taco, tylko Taco dla nich. Filip Szcześniak zupełnie oddolnie wyrobił sobie taką markę, że niespecjalnie musi go interesować to, czy jeden z drugim coś o nim naskrobie. Siła tej marki jest też przy okazji bardzo prostym sposobem dla wszelkiej maści serwisów, żeby na jej bazie podreperować sobie klikalność i inne tego rodzaju problemy pierwszego świata. Tekst, który teraz czytasz, również szczególnej (czytaj: żadnej) różnicy Taco nie uczyni, tym niemniej należy sobie w końcu dość jasno powiedzieć, że twórczość tego faceta to materiał na coś więcej niż cokolwiek bzdurne rankingi i śmiechy-chichy.

Nie byłem fanem dwóch pierwszych EP-ek. Nie to, żebym w internetach obwieszczał wszem i wobec, jak to bardzo nie kumam jego fenomenu, ale fakt faktem - nie do końca kumałem. Zwłaszcza "Trójkąt Warszawski" był w moim odczuciu zupełnie nijaki. Było to inne, ale nie było świeże, a nudne. "Umowa o Dzieło" podeszła mi już dużo lepiej; przetrawiłem i prawie że polubiłem stylówę Taco i z ciekawością czekałem na kolejne ruchy. Niedawny singiel "Deszcz na betonie", zwiastujący pierwszy pełnoprawny album w Asfalt Records, był sygnałem pod tytułem: oho, tutaj już wszystko gra. Opublikowana znienacka pod koniec lipca EP-ka "Wosk" również mocno daje radę, a ja czuję się przez Taco ostatecznie kupiony.


Polub fanpage Noisey Polska i bądź z nami na bieżąco



Dywagacje czy Taco jest raperem, czy nie jest, proponuję odłożyć na bok, bo nie za dużo z nich wynika. Owszem, nie rapuje jak wszyscy inni, nie katuje przepony, nie cuduje z flow, ale też nie ma większego sensu w tych kategoriach go rozpatrywać, bo on aspiruje do bycia nową Nosowską, a nie 2Paciem. Tak czy inaczej, Taco melorecytuje, i to do rytmu, ergo: rapuje. Z nonszalancką manierą, przywodzącą niekiedy na myśl… Oskara z PRO8L3Mu (sprawdźcie, jak przeciąga końcówki w "Wietrze" i porównajcie to z "Molly" czy "Art. 258"), ale i z coraz staranniej wyrobionym głosem rapuje teksty, których gorycz daje człowiekowi do myślenia.

Jeszcze do niedawna Taco był jedynym raperem, który robi musakę. Dziś do tego jest bodaj jedynym, który używa zaimków z końcówką czasownikową (ciekawscy się dokopią do tego). Ma dwadzieścia sześć lat, czuje się staro i jest głosem pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia. Bo co ma mieć do powiedzenia pokolenie, którego ikoniczny przedstawiciel, czyli piszący inteligentne i wymagające rzeczy gość jest sprowadzany do roli marionetki, która powinna trzepać siano za oznaczanie wspierających go marek na instach i fejsach…? Zasadniczo niewiele i Taco to widzi. Ze swojego sukcesu, za który pół Polski dałoby się pociąć, nie robi wielkiego halo. "Piszę piórem bzdury, cudem jest to w kilku Empikach" - ot, jak to widzi.

Obrazu nas samych na "Wosku" - materiale skądinąd przecież osobistym i fasadowo poruszającym tematy obce zwykłym śmiertelnikom (ilu z was jeździ w trasy koncertowe?) - jest więcej niż mogłoby się wydawać. Taco jest rozchwiany, jest zmanierowany i wygodnicki, gessleruje i… bez ogródek się do tego przyznaje. To piekielnie mądry i rozbrajająco szczery facet, który jednak nie kreuje się na pozbawiony skaz ideał i chodzącą świętość. Jak zdarza mu się być próżnym, to się z tym nie kryje. Jego pokolenie też jest próżne. Też jest pełne pracoholików, którzy się stresują labą. Ich przyszłość też jest niepewna, więc nie mają żadnych planów - na wszelki wypadek. Kawa na ławę, czarno na białym. U Taco nie ma żadnej pozy i cackania się, niezależnie od tego czy mówi akurat o zamachu terrorystycznym, relacjach damsko-męskich czy o nocnym przesiadywaniu nad Wisłą.

"Woskiem", wespół z odpowiedzialnymi za muzykę Rumakiem i Boruccim, których bity (choć bliżej im do poprawnych niż wybitnych) pasują do gospodarza jak znalazł, Taco wydatnie zaostrzył apetyty na długogrający debiut. Ta pewnie przyciężkawa i lekko patetyczna, quasi-recenzja "Wosku" miała cię jedynie przekonać, że warto na nadchodzący album czekać i że chyba warto przestać już pisać, że podopieczny Asfaltu to sezonowa ciekawostka i rap dla rozhipsterzonych, którzy to nie przeczytali nic więcej poza "50 twarzami Greya". Ile można.


Taco Hemingway - Wosk EP, 2016, wyd. niezależne