Quantcast

Legendarny Afrojax: Ulica uczy tylko życia na ulicy

Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Trzeba mieć nie lada mniemanie o sobie, żeby nazwać się "Legendarnym". A może to tylko gra i zabawa ze słuchaczem?

Zdjęcie: Rafał Ptaszyński

Legendarny? Utalentowany? Kontrowersyjny? Jak najbardziej, a do tego piekielnie inteligentny i niezrozumiany przez ogromną część słuchaczy. Autor ślicznych popowych piosenek oraz odrażających dzieł powodujących odruchy wymiotne. Dwa w jednym, dwa światy, jeden człowiek. Postać, która pod każdym swoim aliasem nagrywała zupełnie inne rzeczy. Co ciekawe - za każdym razem się to udawało. Afrojax, czyli człek orkiestra.

Noisey: Przeprowadziłem się do WWA. W końcu mogliśmy się złapać.

Afrojax: Wziąłeś z Płocka jakieś płyty?

Nie...
Tragedia.

We wtorek usiadłem w pokoju i tak sobie myślałem czy coś mam z nich zabrać? Popatrzyłem na te płyty i pomyślałem, że jak wezmę Jurksztowicz to się wkurwię, że nie wziąłem Zauchy albo pierwszego "Jazzmatazz". Jak jego wezmę, to będzie tak samo z tym, że nie wziąłem któryś Trajbów albo De La Soul. Miejsce mam mocno ograniczone.
Wolisz jedynkę niż dwójkę?!

Guru? Zdecydowanie. Tam jest dla mnie więcej vibe'u, feelingu.
Słowa vibe i feeling są słowami bardzo trudno definiowalnymi. Jeden rabin powie tak, drugi powie nie. Tu gdzie dla ciebie jest vibe, dla mnie może go nie być, natomiast coś co nie podlega dyskusji to to, że na drugim "Jazzmatazz" są bardziej dopracowane kompozycje, większa różnorodność.

Jest bardziej różnorodna, m.in. dlatego, że wykorzystują dużo sampli, ale wiesz, jedynka jest grana. Ona może sobie lecieć teraz, tak jak teraz siedzimy. Pijesz piwo, kawę, cokolwiek. Siedzisz sobie z jakąś panną, a płyta sobie leci. Albo wyobraź sobie: klub, zajebiście skopcony, wszyscy są szczęśliwi, a oni w tle przygrywają. Zresztą, to dwie świetne płyty, trójka jest co najwyżej spoko.
Trójki nie znam nawet.

Pharrell coś tam dał, Dilla też, ale to już nie było to. Fajne i nic więcej.
Mi się wydaje, że na dwójce granych numerów może było mniej, sampli więcej, ale grane partie były ciekawsze i więcej wnosiły. Donald Byrd co tam grał, "Medicine" to się nazywało?

Oj, nie pamiętam.
Albo Freddie Hubbard co zagrał w "Something in the Past" - trzy dźwięki, ale genialnie uzupełniające sampel i wyciskające łzy. Dla mnie dwójka zdecydowanie ponad jedynkę.

Tak? A lubisz ogólnie Guru?
A można nie lubić?

Miałem taki okres, że w jakimś tam stopniu nie rozumiałem jego fenomenu. Gdybym powiedział, że był zbyt monotematyczny to byłoby to zdecydowanie na wyrost, ale dla mnie zbyt monotonnie i "jednostajnie" rapował. Nudziło mnie to.
Może miałeś przesyt?

Może, bo jeszcze tych 8-9 lat temu mocno siedziałem w latach 90. w Stanach i zawsze miałem wyobrażenie, że Gang Starr to Premier plus jakiś tam raper. Guru mógłbyś zamienić na kogokolwiek innego i byłoby w zasadzie cały czas to samo. Fajnie by się tego słuchało, ale to producent był na pierwszym planie. Tak jak u Pete Rocka i CL Smootha, ale u mnie ciężko jest nie lubić tego drugiego.
Zaryzykuję bardzo dziwne porównanie. Guru to był taki typ, który miał melodię w głosie. Jak rapował, to tak modulował te nieokreślone wysokości dźwięków, że było to bardzo muzyczne. Gdzie jest to kretyńskie porównanie? Otóż coś podobnego prezentował Titus z Acid Drinkers (śmiech). W zasadzie na najlepszych swoich płytach darł mordę, a nie śpiewał prymek, ale mimo to było to bardziej interesujące niż męczarnie wielu wokalistów, którzy zaznaczają melodie i dające się nazwać dźwięki. Guru tak miał, np. na "Moment of Truth", taki kawałek "The Rep Grows Bigga". On niby tylko mówi, ale jest w tym taka zajebista logika kompozycyjna. To jest coś co wpada ci w ucho, mimo że nie jest melodią. I nie chodzi o flow, bo to określenie dotyczy raczej kwestii rytmicznych, tylko "musicality". No, miał oczywiście i głos nienaganny, aksamitny i w ogóle. Szkoda gościa, dobry był.

A Dilla?
Co Dilla?

Lubisz go?
Jako rapera niezbyt.

Jako producenta, artystę.
Kurwa, jakby to powiedzieć. Wielkie momenty miewał, miewał też mniej wielkie, ale przede wszystkim zmienił bieg całej czarnej muzyki. Dzieli się ona w ostatnich 20 latach na przed Dillą i po Dilli. Grunt dla niego przygotował oczywiście neo soul, Rootsi, Poyser, Massenburg. Jego początki były mało oryginalne, ewidentnie wyczuł jednak w pewnym momencie nowy prąd, którego elementy przejął i tak udoskonalił, że właściwie stał się on jego własną autorską kreacją. Czyli trochę czasu minęło zanim wynalazł to lekarstwo na raka, czyli swój styl producencki, ale jak już wynalazł, to wszyscy zaczęli, kurwa, robić jak Dilla, albo przynajmniej bić czołem.

Nie zastanawiałeś się w pewnym momencie jakby brzmiał teraz?
Trochę prowadząca donikąd projekcja moim zdaniem. Wynaleźć nowy styl można tylko raz.

Nie, Dre zrobił to dwa razy.
No dobra, ale to był jednak g-funk jeden i g-funk dwa. Dobra, Miles Davis ze cztery razy, ale on bardziej zbierał ludzi i ich motywował, po czym podpisywał się pod osiągnięciami. To nie jest tak, że Davis wynalazł cool jazz, jazz modalny czy jazz rock, no.

Pamiętasz okładkę "Czarno Widzę" i historyjkę, która tam była?
Strasznie słabo.

Historia o dwóch Tomkach. Jeden był totalnym loserem, drugi był zwycięzcą. Słowiańscy gastarbeiterzy, przycinanie paznokci na Cyprze itd.
Nie wiem czy ci dziękować, ale już coś pamiętam (śmiech).

To jest twoja historia? Ty ją wymyśliłeś?
W 5 minut (śmiech).

Pytam, bo gdyby spojrzeć na postać Legendarnego Afrojaxa, to roli którego z Tomaszów chciałbyś ją postawić?
Legendarny z definicji jest loserem. On musi nim być, bo jest gniewny i sfrustrowany. Bluzgający na wszystkie strony jadem. Ciężko jest bluzgać jadem jak się jest milionerem...

A Trump?
Dobry casus... On bluzga nie z wewnętrznej potrzeby, ale żeby obudzić w ludziach najniższe instynkty, żeby pozyskać elektorat.

Totalnie inna opcja polityczna od twojej.
No nie podpisałbym się absolutnie.

A pod Hilary Clinton?
Za mało wiem. Ja się w ogóle pod niewieloma opcjami politycznymi mogę podpisać, chyba pod żadną popularną w tej chwili. Wracając do Tomków. Legendarny by się podpisał pod tym, który przegrał, zesrał się i umarł. Ale. Nie należy go utożsamiać ze mną jako osobą, bo ja nie tylko przegrywam, ale również wygrywam. Czasami. Ciężko w to uwierzyć, ale tak jest.

To samego Afrojaxa do którego mógłbyś porównać? Michała Hoffmana.
Jeśli chodzi o losy życiowe? Coś pośrodku. Wiele rzeczy mi się udało, wiele mi się nie udało.

Artystyczne?
Artystyczne? To samo. Udało mi się nagrać dużo dobrej muzyki, sporo fajnych tekstów popełnić. Nie udało mi się przekonać większej ilości ludzi, że należy tego słuchać.

Dobra, a jak pisałeś tekst o tych Tomkach na tę okładkę...
To byłem bardzo młody...

Byłeś młody, ale też pisałeś Glebogryzarkę. Pamiętasz ją jeszcze?
Pamiętam oczywiście, ale co dokładnie masz na myśli?

Bo ten blog wyróżniał się na tle reszty. Pisałeś o polskiej muzyce, rozkładałeś ją na kawałki, to było zajebiste. Nie chciałbyś tego kontynuować?
Chciałem i pewnie bym kontynuował pomimo chronicznego braku czasu, natomiast przestało to mieć rację bytu w momencie, kiedy w sieci pojawiło się zestawienie 200 najlepszych polskich piosenek wszech czasów według Screenagers, w którego konstruowaniu brałem czynny udział. Tamten ranking wyczerpał trochę temat.

Twoja Zdzisława Sośnicka i "Pożegnanie z Bajką" na szóstym?
Dziewiątym.

Zajebisty opis był. O tym kinie, jak chodziłeś do niego z tatą.
Tam dużo opisów było na bardzo wysokim poziomie, inaczej bym się, kurwa, nie zgodził brać w tym udziału. To zestawienie wzbudziło kontrowersje, dokonało naprawdę rzetelnego i kompetentnego podsumowania spuścizny polskiej muzyki rozrywkowej i zwróciło uwagę na rzeczy mniej znane i zapomniane, co było dla mnie celem na Glebogryzarce: żeby przypomnieć takie rzeczy jak Call System, żeby napisać o tym jak fenomenalne rzeczy nagrywały Alibabki, jak genialnie komponował Winicjusz Chróst...

Krees?
Krees może mniej, Wrak już bardziej. No ale to już zostało dokonane, to się stało. Po co być wtórnym? Nie byłbym pionierem i szkoda mi na to czasu, nigdy nie będę kontynuował tematu. Może kiedyś opublikuję, tylko gdzie i po co, tracklistę tej wyimaginowanej składanki, którą opisywałem. Dobrnąłem do 6 indeksu, a było ich 18.

A zgadzasz się z werdyktem, że to Zaucha nagrał najlepszą polską piosenkę wszech czasów?
Oczywiście, że nie!

Były też listy indywidualne. Nie pamiętam kogo miałeś na pierwszym miejscu...
Na pierwszym miałem właśnie Sośnicką, ale to oczywiście bardzo subiektywny, nostalgiczny wybór. Ale dalej było bardziej do obronienia, na drugim miałem Turnaua "To Tu, To Tam". Na trzecim Kury "Fin De Siecle", wysoko była Bielizna "Władek Przechodzi w Piąty Wymiar". Do tej pory bym tej indywidualnej listy specjalnie nie zmienił, niezła była.

Wiesz czemu zapytałem o te twoje pisanki? Zawsze byłem ciekaw jakby wyglądała twoja potencjalna książka. O czym mógłbyś ją napisać? Myślałeś kiedyś nad tym? Masz dużo historii, anegdot...
Tak. Myślałem. O metodach jak poczuć się lepiej.

I o czym by to było?
No o tym wszystkim, żeby poczuć się lepiej! Żeby zredukować ból i wspomóc produkcję serotoniny.

To co robisz, żeby poczuć się lepiej?
Ta książka jeszcze nie powstała, może nie wyprzedzajmy faktów (śmiech). Alkohol, leki psychotropowe, perwersje niekoniecznie seksualne, granie uproszczonych transkrypcji Metheny'ego na rhodesie, polowanie na ludzi...

Kobiety też by tam były?
Nigdy nie stosowałem w wymiarze masowym. W wymiarze indywidualnym, owszem, pomaga.

Taki rock'n'rollowiec, ale bez kobiet?
Nie no, dlaczego bez? Odkąd skończyłem 17 lat jestem w stałych związkach. Jestem wielkim miłośnikiem kobiet. Koneserem wręcz, tylko że nie potrzebuję zaliczać i skakać na boki. Stawiam na case studies, stary. Jakość, a nie ilość.

Okej, a propos imaginacji. Co się dzieje z Peterem Bergstrandem? Jimmy Dean? Gun Wo? Każde alter ego było unikatowe.
Co robił Jimmy Dean, przypomnij mi, bo nie pamiętam?

Surowa Kara Za Grzechy.
Aaa, Jimmy przebywa w stanie głębokiej hibernacji, Gun Wo takoż, Peter gra na klawiszach w Syndromie Sztokholmskim. Kto tam jeszcze był?

Yyy... Czekaj... Eliasz?
A, Eliasz Zygielbojm który teraz drze ryj i gra na gitarze w Poradni G. Jest bardzo aktywny, jak Peter, a nawet bardziej.

W Trio Defe jeszcze ktoś był.
Tak, Gabriel.

Trio powróci?
Nie, nie sądzę. To był projekt bardzo jednorazowy.

A zrobiliście w końcu tę płytę na fizyku? Pamiętam, że była zbiórka hajsu na to.
Płytę zrobiliśmy, ale nie na fizyku. Szkoda gadać, bo to był fajny materiał, ale odzew miał marny. Może przez swoją jednorazowość i szybkość. Wiesz ile było prób od powstania projektu do nagrania płyty?

Dwie?
Nie no, dwie? Myślisz, że w dwie próby można materiał napisać, przećwiczyć i nagrać?

Na setkę?
Pięć prób się odbyło. Co jest wynikiem wg mnie imponującym.

To w ile to nagrałeś? Bo "46 Minut Sodomy" nagrałeś w dwa dni w Gdańsku.
Trio w ciągu 4 godzin, na ostatniej próbie. Na setę.

"Sodoma" też na setę. Dwa dni.
Cztery, bo pierwszy dzień zszedł na ustawianie brzmień, a potem mieliśmy 3 dni nagraniowe. Bardzo fajny czas - nagrywanie tej "Sodomy" w Gdańsku. Byłem permanentnie najebany, ale w taki sposób, że wódka wyciągała ze mnie to co najlepsze.

Jak w tym przedostatnim kawałku, "Pijanym Mistrzu" - "A jutro jak po każdej podróży / Buty będę zniszczone miał błotem / To co ludzie zwą marskością wątroby / Tak naprawdę jest śmiercią z tęsknoty". Być może twoje najlepsze linijki, jakie kiedykolwiek napisałeś. Taka życiówa.
O, dziękuję. Ja w ogóle jestem z "Sodomy" bardzo zadowolony. Uważam, że ta płyta nie dostała tego na co zasługiwała. Trochę w tym naszej winy, bo nie zrobiliśmy niczego, żeby ją uprościć, uprzyjaźnić słuchaczowi. Nie poszliśmy na żadne kompromisy. Wymarzyliśmy sobie gęstą, ciemną płytę barową nagraną na żywca i zrealizowaliśmy swoje, kurwa, marzenie, co zajęło nam prawie 3 lata, bo trudno było ją i dobrze napisać, i ograć. 3 lata, niewielki odzew, rozpad zespołu i wejście psu w dupę. Cóż, trudno, bywa.

Boli brak sukcesu komercyjnego Afro Kolektywu?
(Chwila ciszy) Afro Kolektyw już nie istnieje. Nie rozpadł się dlatego, że nie było już perspektyw "komercyjnych" albo "logistyczno-transportowych". Nie było perspektyw artystycznych. Rozeszliśmy się dlatego, bo nie wiedzieliśmy, co mamy grać, żeby zaskoczyć. Już nie mieliśmy nic do zaoferowania, mogliśmy się tylko powtarzać. Personalnie też dotychczasowy skład przestał jechać na jednym wózku, pożegnalną trasę zagraliśmy przecież we czwórkę zamiast w szóstkę. Trudno rozmawiać "komercyjnie" naokoło tego zespołu, bo mnie to nigdy nie interesowało. Sprzedaż to jest domena menadżerów.

A gdyby płyty się przyjęły w środowisku? Wydanie płyty w Universalu też nie było przypadkowe. Gdyby komercyjne stacje radiowe grały "Czasami Pada Śnieg w Styczniu"...
Ale przecież grały!

Nie RMF.
RMF chyba nie, ale już Zet tak (śmiech). "Czasami Pada Śnieg w Styczniu" było na liście przebojów Zetki! W pierwszej dziesiątce!

O, nie wiedziałem o tym (śmiech)! 
No widzisz (śmiech). "Piosenki Po Polsku" były relatywnym sukcesem, ale to się nie przełożyło na nic większego. Popełniliśmy po raz drugi błąd. Bo po "Płycie Pilśniowej" zamiast pójść za ciosem i od razu przypierdolić z czymś następnym w podobnej stylistyce, żeby utrzymać zainteresowanie, to my 5 lat milczeliśmy, a właściwie to ja milczałem. A powinniśmy przykurwić od razu, byle czym, ale utrzymać się na rynku. I dokładnie to samo było ostatnio. Po "Piosenkach" zamknęliśmy się w sali na dwa i pół roku, żeby zakończyć ten piękny czas piękną płytą, ale, jak się okazało, bez singli. Bombę pod to podłożyć, bo to, kurwa, tragicznie głupi zespół był.

To był fenomen na polskiej scenie. Jeden z pierwszych zespołów acid jazzowych.
Kto w ogóle dzisiaj pamięta takie określenie jak acid jazz?

Twój kolega Eskaubei.
A rzeczywiście! Jest nas dwóch! Tak, Bartek na pewno pamięta! Ów gatunek, który szybko się skończył. A właściwie co to acid jazz? Brand New Heavies?

"Jazzmatazz" pierwsze.
Nieee, to jednak było coś nie do końca wtórnego, a acid jazz to, patrząc z perspektywy, czarne retro. Childish Gambino czy Jamie Liddell świetnie by się wpisali w ten gatunek, gdyby nadal istniał.

Ja spotkałem się z opiniami, że nawet "Jazz w Wolnych Chwilach" Ostrego jest acid jazzem. Nie do końca się z tym zgadzam. Dla mnie musi być żywe granie, a nie sample, np. właśnie Skub z kwartetem Tomka Nowaka. Sekcja wychodzi na pierwszy plan, a on tam rapuje. Fajnie to brzmi.
Życzę szczęścia, ale nie umiałbym się odnaleźć w takim gatunku. Jazz wbrew pozorom jest cholernie mało świeży. Kiedy go poznajesz, jako muzykant totalny amator, masz wrażenie, że wszedłeś do kopalni złota. Szybko jednak orientujesz się w pewnej bolesnej dualności. Ty sam jazzmanem nie jesteś i nie będziesz, nie kształciłeś się w szkole muzycznej, nie masz biegłości na instrumencie. No to bierzesz jazzmanów i zakładasz z nimi zespół. I tu, jeśli bozia obdarzyła cię słuchem, zaczynasz się orientować, że oni, kurwa, grają cały czas na patentach!

Improwizują też.
Improwizacja jest totolotkiem. Szansa, że wygrasz, jest niewielka. Wróćmy do moich genialnych spostrzeżeń. Amator widzi w jazzie wolność i nowe możliwości, a zawodowiec patenty i standardy. Oczywiście upraszczam, liczni jazzmani podejmują się odkrywania nowych gruntów w tym gatunku, ale przecież nie w obrębie zespołu grającego acid jazz, no. Tu będzie bezpiecznie, książkowo, będzie odpierdalany dżob i paździerz. Jeżeli Bartkowi i kompanionom udało się tego uniknąć to mega gratuluję.

Druga płyta wkrótce. Zobaczymy jak im pójdzie.
Powodzenia.

A słyszałeś pierwszą?
Tak.

I?
Sympatyczna.

Byłbyś w stanie z nimi coś nagrać?
Tak, bo lubię Bartka bardzo.

To może jest jakiś pomysł? Pytanie czy byście się dopasowali stylistycznie? Ostatnio jak się z nim w Szczecinie widziałem to poruszaliśmy twój temat. Jakąś anegdotę mi sprzedał, ale nie pamiętam co to było.
To ja też mogę nie pamiętać, bo widzieliśmy się dwa razy w życiu i oczywiście dwa razy byłem karygodnie pijany.

Okej, a nie uważasz że jesteś trochę bardziej ceniony po śmierci Afro Kolektywu? Ludzie bardziej czekają na nagrania Legendarnego, co zrobi na koncertach, jaka będzie okładka, jak kontrowersyjne będą teksty?
Nie (śmiech). Nie, Afro Kolektyw miał trasy, a Legendarny gra pojedyncze koncerty. Ja intensywność feedbacku tylko tak mogę mierzyć, bo przecież nie interakcją z ludźmi. Tego nie mogę porównywać, bo przy Afro Kolektywie fanpejdż prowadził nasz manager, a nie ja. Ja wrzucałem jakieś wierszyki od czasu do czasu jak poczułem wenę, ale musiały to być wierszyki mieszczące się jednak w ramach pewnej "przyzwoitości".

A te które wrzucasz na profil Legendarnego, chociażby ten promujący koncert w Krakowie?
Ja tam się nie hamuję w ogóle, bo po to jest ten projekt. Jeśli przychodzi mi do głowy właśnie kretyński wierszyk o, nie wiem, kurwa, powiedzmy...

Np. o kutasach...
Nie wiem no... "Czyniąc kroki śmiałe, idę przy wyboje / A kanapka z kałem to śniadanie moje". Wrzucam, natychmiast! Po to powstał ten profil, żeby pokazywały się takie wierszyki, takie płyty, takie zdjęcia. Tylko po to, mi to jest potrzebne.

Zobacz jaka to jest interakcja. Ludzie też tego potrzebują. Stary, to ma 100, 200 lajków przy fanpejdżu, który łącznie ma ich ok. 2500. Komentują, udostępniają.
Łechce mnie to mile, chociaż nie wiem czy powinno, z uwagi na to, że nie należy tej postaci utożsamiać ze mną jako osobą. Przynajmniej teraz. Moje życie się zmieniło, zmienia w dalszym ciągu. Nie mogę być naczelnym stulejarzem Rzeczpospolitej.

Jak te życie ci się zmienia to na lepsze czy na gorsze?
Na lepsze, zdecydowanie.

Na lepsze? Ale to chyba Legendarny ci tego nie dał?
Nie, ludzie mi to dali. I sam sobie też dałem.

Okej, to inaczej. W jakiejś tam wypowiedzi Nosowska powiedziała coś takiego, że ludzie piszą najlepsze teksty wtedy, kiedy są smutni. Zgoda?
Wiesz... Czy ja mogę w ogóle dyskutować z Nosowską? Skoro jest to moja idolka, może nawet numer jeden...

Stoisz w jednym szeregu z nią, Tymańskim, Staszewskim.
Jakże ja bym chciał!

A nie jest tak?
No skąd! To są pomniki, stary!

Też jesteś. Trochę mniejszym, ale jednak. Krytyka cię kocha, nie oszukujmy się. Słuchacze też, jakieś wybrane grono. Różnica jest taka, że ich kochają miliony, a ciebie tysiące.
Tymańskiego też nie kochają miliony. Jako osobowość tak, ale twórczość? Spytaj się kogoś na ulicy czy zna jakiś jego numer.

Albo projekt.
Tu akurat jest szansa, że ktoś powie Kury, ale musiałby mieć jakieś sto lat i pamiętać "Polovirusa". Dobra, nieważne. Jako wielbiciel oraz autor tekstów o dołach, o smutku - muszę Nosowskiej przyznać absolutną rację. Ale poczekaj... Spróbuję znaleźć jakąś antytezę. Teksty, które są radosne i są dobre.

W twojej twórczości?
Nie, w ogóle. Niewiele by tego było. Kiedyś miałem taki ulubiony zespół - Madness...

Ci co grają ska? Z Londynu?
Z Londynu, z Camden, i na najlepszych swoich płytach wcale nie grali ska. Tam właśnie były teksty inteligentne, zgrabne i pogodne. Często nawet z pozytywnym przesłaniem. Niestety niewiele więcej podam przykładów. No ale są jeszcze teksty buntownicze, które trudno uznać za wesołe lub smutne. Na przykład "napierdalam dyskomana, napierdalam go łańcuchem". To jeden z moich ulubionych i sam nie wiem czemu...

A "Appetite" Prefab Sprout? Ostatnio w chuj tego słucham.
Ooo. Dobre, dobre. Bo są jeszcze teksty romantyczne, miłosne, których też nie da się w powyższy sposób biegunowo szufladkować. A w ogóle Paddy McAloon to jest oddzielna wyspa na mapie muzyki rozrywkowej.

No wiesz, w swoim mniemaniu jest na samym szczycie.
Tak, tak (śmiech).

Wielu jest takich. Noel Gallagher.
Też niezupełnie bez racji, cholera (śmiech)! Kilka konkretnych numerów popełnił, raczej we wczesnej fazie.

Te dwie solowe zajebiste, mi się strasznie podobały.
Pozostaję w przekonaniu, że jego życiówka to dwójka Oasis i daj mi tam zostać.

Pytałem o tą Nosowską z prostego powodu: pamiętam, że był taki wideowywiad z tobą, bodajże na Off Festivalu, i powiedziałeś wtedy, że chciałbyś pisać dobre piosenki.
Nadal chcę...

Teraz pytanie: czy te dobre piosenki muszą być smutne jak te na Legendarnym?
Na Legendarnym to w ogóle nie są piosenki.

Piosenki głupie tekstowo, ale mądre. Paradoksalnie.
Może, ale to nie są piosenki.

Pastisz?
To są podkłady plus teksty, a nie słowa z muzyką zintegrowane w jedną przemyślaną całość, że wszystko się ze sobą przeplata i koresponduje, wzmacnia nawzajem. Dla mnie piosenka to kombinacja słów i dźwięków, taka wstęga Mobiusa. Syndrom Sztokholmski i Poradnia G to są piosenkowe zespoły, gdzie próbuję realizować ten ideał. Też w różny sposób, bo Syndrom to numery katorżniczo doprodukowane, koronkowe, robota studyjna, czysta, a Poradnia to z kolei próba zrobienia czegoś chuligańskiego, garażowego, spod dużego palca, wiesz, rozumiesz ziom o co chodzi, nie? Idziemy na szluga?

Możemy iść (śmiech).
Legendarny żadnych spójnych całości nie tworzy, czasem wręcz przeciwnie. Stawia słuchacza w pozycji, mam nadzieję, dyskomfortowej.

Dobra, to zanim pójdziemy na szluga to jeszcze jedno. Byłbyś w stanie napisać piosenki dla innego artysty? Napisać tekst, wyprodukować, cokolwiek. Piosenki popowe, tak jak robiłeś na ostatnich Afrosach, tak jak pomagałeś Dejnarowiczowi.
Pomagałem wyłącznie producencko...

Widzisz taką osobę na scenie, której mógłbyś zrobić zajebiste piosenki? Po prostu napisać dobre teksty.
Tylko teksty czy piosenki? Bo to dwie różne rzeczy.

Jedno i drugie. Masz taką osobę na polskiej scenie?
Znalazłbym. Obiecujących wykonawców jest mnóstwo. Nie dalej jak wczoraj jechałem samochodem i sobie słuchałem, teraz się nie śmiej, kurwa, koncertu "Pamiętajmy o Osieckiej".

Ja tam dużo słucham ostatnio debiutu Top One.
No dobra, wygrałeś.

Tak? A słyszałeś tę płytę w ogóle?
Tak, kiedyś mi puszczał kolega...

Wyjebana w kosmos!
Wolę Papsów, ale wracając do tematu: zaśpiewała dziewczyna, na imię chyba Karolina, głos, kurwa, idealny. Wspaniała kontrola nad intonacją, a przy tym bezbłędne i przekonujące emocje, zakochałem się. Hm, co ja mógłbym jej zaoferować? Piosenki jestem w stanie napisać niezłe, albo chociaż poprawne melodie plus harmonie, ale z tekstami miałbym problem. Ja umiem pisać tylko za siebie. Nie umiem wczuć się w kogoś, kiedy piszę tekst.

Nawet zachowując neutralność?
Nijak. Nie chcę mówić, że wypracowałem osobny styl wypowiedzi, bo to zabrzmi, że się, kurwa, chwalę, ale mam nadmiernie osobisty język i wyczucie słowa. To jest "zbyt moje". Piosenki mógłbym napisać dlatego, że na niwie kompozytorsko-aranżacyjnej ja nie mam specjalnie dużo talentu, choć warsztat owszem. I za brakiem wyraźnego talentu idzie brak indywidualności, więc byłbym w stanie się dopasować. Ale, jeśli chodzi o teksty, to kurwa tę indywidualność niestety posiadam i to jest przekleństwo. Bo umiem pisać tylko dla siebie. Przekonałem się o tym wielokrotnie. Tworzyłem teksty dla kilku projektów, nieraz bardzo znanych.

Jako Michał Hoffmann? Jako Afrojax?
Nieważne. Pisałem na przykład dla Papa Dance. Kurwa! Napisałem dwa teksty, ale tylko jeden wszedł na płytę. Katastrofalne gówno liryczne po prostu, kurwa, nie wiedziałem w którą dziurę się schować, kiedy Paweł Stasiak go nagrywał, a byłem przy tym. Kurwa, nie mogłem tego wytrzymać! Tu mój idol z dzieciństwa śpiewa, kurwa, mój tekst, a ja słyszę, że w jego ustach on nie jedzie, nie pasuje, jest niedobry! A bardzo się starałem, spędziłem nad nim dwa tygodnie!

To było na tym "1000000 Fanek Nie Mogło Się Mylić"?
Nie, na kolejnej.

Tak się pytam, bo tamtą płytę miałem, ale sprzedałem. Teraz mam tylko trzy pierwsze płyty na kompaktach, drugą i trzecią na winylu. Pierwszej jeszcze nie zdobyłem. Wiesz, że "Poniżej Krytyki" i "Nasz Ziemski Eden" to dla mnie jedne z płyt życia?
Nie martw się, "Nasz Ziemski Eden" to bardzo dobra płyta. Uważam, że stawianie jej zdecydowanie "niżej od poniżej" jest, kurwa, nieporozumieniem. Moim faworytem pozostaje jednak debiut (śmiech).

W jakieś tam dyskusji na fejsie znalazłem info, że z innych debiutów też najbardziej lubisz ten Prefab Sprout.
Ależ oczywiście!

Ja nie.
Niezaprzeczalne, "Steve McQueen" jest płytą wspaniałą, taką na 8/10, ale debiut to 9/10.

A jakie płyty są dla ciebie 10/10? Papsi?
No jedynka byłaby blisko... Gdyby na niej były jeszcze single z tego okresu!

"Ordynarny Faul" i "W 40 Dni Dookoła Świata".
Tak, gdyby. Ale w realu? Hmm, 10/10? Kurwa... Niewiele.

The Smiths?
Oni nie nagrali płyty idealnej, nawet nie byli blisko. Najbliżej na "Louder Than Bombs", choć to składak de facto. Cóż, chyba w dalszym ciągu jedyną płytą, którą poznałem i nie mam się do czego przypierdolić, jest "Baduizm".

7... U mnie...
Grunt to się pięknie różnić, no.

Kiedyś nie lubiłem, z czasem się przekonywałem. Wolę obydwie części "New Amerykah". A ostatni mixtape słyszałeś? Zajebista zwrotka Andre 3000 swoją drogą. To co, papierosek?
Nie odmówię.

O polskich klipach hiphopowych mówiłeś kiedyś w "Klanie", że dostarczają ci nieustającej zabawy. Toczyłeś bekę z Molesty.
Haha, przytoczyłeś wypowiedź z roku 1999 czy tam 2000. Powiem ci czemu ich tak strasznie dissowałem wtedy. Wychowałem się w hotelu robotniczym wśród alkoholików. Odebrałem wychowanie uliczne i wiem jaka to jest chujnia. Uliczne życie, kodeks i honor to lekcja lojalności wobec prymitywnych grubasów. To jest syf, który może pozostawić na całe życie psychicznym kaleką, a tu pojawiają się jacyś kolesie, którzy zaczynają to wychwalać, wręcz sakralizować. Wiesz, ulica uczy życia itd. Gówno, ulica uczy tylko życia na ulicy. Dlatego poczułem straszliwy wewnętrzny sprzeciw - co to są za goście?!

Dzisiaj akurat Włodiego mijałem w metrze (śmiech).
Teraz się już uspokoiłem i nawet mogę słuchać tej pierwszej Molesty (śmiech). Ale wtedy chciałem się bardzo odseparować od mentalności zadowolonych z siebie neandertalczyków, biedy, mniej materialnej, bardziej intelektualnej. Miałem w domu karaluchy i pluskwy, na kilogramy, ale nie rozumiałem, czego fajnego to by miało dowodzić. Straszne to było pozerstwo w moim mniemaniu. Dopiero co się wyrywam z mentalności robola, łobuza, a tu typy przekonują, że nie warto? Naprawdę?

A stosunek do obecnego polskiego hip-hopu? Gospel numer jeden?
Nie, ale bardzo lubię go słuchać.

Bo jest pojebany?
Bo to jest coś świeżego. Nie ma nikogo takiego jak Gospel.

Legendarny Afrojax.
Ewentualnie to Gospel jest jak Legendarny (śmiech). Ale serio: jest zjawiskiem bardzo osobnym, a ja zawsze lubię, jak ktoś ma swoją stylistykę, własną jazdę, nawet jeśli wiele zakrętów mi w tej jeździe nie pasuje. Na przykład chciałbym, żeby Gospel wreszcie coś lepiej zmiksował, zrobił więcej niż jedno podejście do kawałka, żeby przynajmniej tekst dotarł w całości. Ale nie wiem, to by mogło mu odebrać świeżość. W każdym razie ciekawe zjawisko, elokwentne, oryginalne, muzykalne wbrew pozorom. Lubię typa. A numer jeden? Kurwa, może strasznie zdziadziałem, bo to przecież weteran, ale jest nim Adam, czyli Łona. Jako jedyny z polskiego hip-hopu, a może i polskiej muzyki rozrywkowej w ogóle, daje mi naprawdę do myślenia.

Taco?
Opisuje rzeczy, które są mi jakoś bliskie. Bierze mnie podjajecznym skutecznym, ale to nie ten kaliber, nie ten numer buta.

Pro8l3m?
Ciekawy, bo konsekwentny. Projekt kolorowy - mówię o mikstejpie. Sprzedaje ci swój świat, który jest bardzo kompletny. Ja to kupuję jako daleki słuchacz, ale o jakimkolwiek utożsamieniu się nie ma mowy, bo to jest klasyczny przykład rapowania o kwestiach z filmów sensacyjnych, a nie obyczajowych. Rozumiesz... "Psy" świetny kawał kina, ale to z "Patrzę na ciebie Marysiu" wychodziłem wstrząśnięty.

Było ostatnio coś, co ci się podobało więcej jak "bardzo"?
Bity mi się bardzo często podobają.

Producentów mamy zajebistych, ale raperów... Których? Całe płyty?
O, kurwa... Całe płyty? "Kandydaci Na Szaleńców" to chyba ostatnia rapowa polska płyta, którą przesłuchałem longiem od pierwszego do ostatniego indeksu.

5 lat temu...
No więc właśnie (śmiech).

Na nową czekasz? Na "AŁA."? Słyszałeś te trzy single?
A już są trzy?!

Z Izą Lach?
Nie rozumiem kompletnie hejtu, świetny kawałek, chociaż to jak Piotrek śpiewa może budzić różne reakcje. Ja jestem za. Ten wokal pozostaje w służbie numeru, a on jako całość jest bardzo fajny.

Ten drugi singiel?
Taki bardziej klasyczny? Mniej wchodzę.

W trzecim mogłeś sobie wybrać zwrotkę, która będzie dograna przez kogoś. Maria Peszek, VNM itd. Ludzie mogą se wybrać tę, która będzie na końcu kawałka.
Ja pierdolę, doskonałe!

Zajebisty pomysł promocyjny, chociaż gorzej z wykonaniem.
Czekam mocno na płytę, bo Mes to koleś, który zawsze starał się robić ciekawe rzeczy, a ostatnio wręcz zaskakiwać, co jest rzadkością na tej scenie.

Skoro tak gadamy o polskim rapie: jest jakiś raper w Polsce, z którym byłbyś w stanie nagrać płytę od A do Z? Łona, Mes, Gospel?
Gospel chyba nie. Byłoby zbyt dużo szaleństwa w jednym garnku. Siła kooperacji w rapie opiera się na opozycji. Ogień i woda. Inaczej parzy albo przytapia.

To wolałbyś nagrać z kimś kto stoi po przeciwnej stronie barykady?
Z kimś kto by się na moim tle wyróżniał i na czyim tle ja bym zaistniał.

Roszja?
O ile artystycznie chętnie, to kontakt personalny... On znika po prostu.

Słyszałem, że podobno potrafi zadzwonić o 2 w nocy i powiedzieć, że poprawia zwrotkę, bo chujowo mu wyszło. Nie wiem ile w tym prawdy. Totalny indywidualista, ale zapisał się w historii polskiego rapu. Fajnie zmieniał style. "Dusza Podziemia", Sfond Sqnksa, "Przez Ścianę" - zajebiste.
Jestem fanem czegoś, co się nigdy nie ukazało oficjalnie, czyli Perki Pat. Może właśnie dlatego, że się nie ukazało i zna to kilkadziesiąt osób.

Zajebiste to było!
To jest, kurwa, szczyt twórczy Jarosza i kilku innych, którzy brali w tym udział.

Jeszcze ten beat z "Dead Presidents" i wersy pokroju "jej ciało się rozkładało, kiedy u mnie była imprezka".
Tak, i jeszcze taki półtorej minutowy kawałek "120%". To było tak dobre...

Scena wrocławska zawsze szła sobie osobnym torem. Słuchaj, tak jak Afro Kolektyw.
Chyba dlatego się nieźle rozumieliśmy. Zawsze miałem dobry kontakt z dolnośląskimi raperami, producentami, dziennikarzami i może dlatego, kurwa, Afro Kolektyw zawsze miał we Wrocławiu najlepszą frekwencję. Nie w Warszawie, ale we Wrocławiu.

A dużo ludzi będzie teraz na koncercie w Krakowie?
Mam nadzieję, że zero... Nie, przepraszam, to jest niegrzeczne wobec Stajni Sobieski, która mnie zaprosiła. Mam nadzieję, że publiczność obejrzy i załamana pójdzie do domu. Będę ich do tego namawiał, bo show przygotowuję bardzo zły.

Bilety w pierwszej puli 15 zeta, w drugiej 17 (śmiech)
(śmiech).

Widziałeś ten komentarz na fejsie?
(śmiech).

Zastanawiałem się czy ktoś robi sobie bekę, czy tak jest naprawdę.
Ludzie z Krakowa zawsze kalkulują po swojemu.

Spring Break dobrze wspominasz? Chciałbyś grać dużą liczbę koncertów?
Oczywiście! To nie wymaga ode mnie żadnych specjalnych przygotowań. Przywożę ze sobą laptopa, kilka akcesoriów pomocniczych i napierdalam. Jak się pomylę to dobrze, jak laptop mi siądzie - tym lepiej. Nieprzewidywalność, spontan. Improwizacja, hehe, behawioralna.

Jak na Offie z magnetofonem.
No na przykład. Kurwa, to było ciekawe, rzeczywiście. Miał być na miejscu głośnik, z którego miały lecieć podkłady, a ja do tego miałem podawać teksty. Nawet sobie przygotowałem zarysy występu. Miałem jakieś flamastry, choinki zapachowe, jakieś dildo. Niestety, okazało się że na miejscu jest tylko malutki bumboks, który ma moc, kurwa, dwa i pół wata. Nic, kurwa, nie słychać! Nie mogę postawić tego obok i rapować! Muszę go przystawić do mikrofonu. Rapując jednocześnie do tego samego mikrofonu. Bo był jeden.

Druh Sławek mi kiedyś powiedział, że dobrego rapera poznaje się po tym, czy ludzie tańczą do jego a capelli. Zgoda?
Ciekawe kryterium.

Ale zobacz jakie specyficzne. Koleś napierdala z a capelli, a ludzie przy tym tańczą. Wyobrażasz sobie?
Tylko przy bardzo prostych rytmicznych podziałach.

U ciebie np. "Gramy Dalej".
Nie, nie, to jest pozagęszczane, posynkopowane, ale weź np. "My, Myself and I" De La Soul. Kurwa, no, słyszysz te 4/4. Ale już wyobraź sobie jakiś numer Commona albo Taliba Kweli bez bitu. Taniec świętego Wita... Kryterium zatem ciekawe, acz zwodnicze.

Wracając do koncertów. Ile ich miałeś jako Legendarny Afrojax?
Jeden.

Off, Spring Break, teraz Kraków.
A, to dwa. Jeszcze będzie Wrocław.

Będzie coś jeszcze?
Mam nadzieję, że będzie coś jeszcze przedtem. Pracujemy nad tym, pracujemy.

Sam czy z wytwórnią?
Sam. Wytwórnia wydaje płyty i je wysyła. Koncertów mi nie załatwiają, bo się słusznie boją, że ktoś ich kiedyś pozwie.

Ostatnia płyta. Tytuł oczywisty, ale były inne czynniki, które zadecydowały o podjęciu prac nad albumem?
Bardzo z tyłu głowy i one się ujawniły, kiedy już zacząłem pracę.

Jakie?
Frustracja, potworna frustracja, która domagała się skanalizowania. To jest bardzo dobre słowo. "Skanalizowania".

To znaczy? Musiałeś to wyrzucić z siebie?
Tak, spuścić wodę.

Pierwszy LA wkurwiony na wszystkich. Szydera z wszystkiego. Drugi na maksa smutny. Jaki będzie trzeci?
Nie będzie trzeciego.

Na pewno?
Prawie na pewno.

A drugi miał być?
Nie, drugiego miało nie być, ale pociąg mojego życia się wykoleił, kurwa, i dlatego był drugi. Jeśli się wykolei znowu... Nie no, nie życzcie mi tego. Proszę.

Dobra, załóżmy, że teraz go nie ma, a jeśli miałby być? O czym by był?
Nie wiem (śmiech). Nie mam pojęcia! Tak, jak zaczynając pracę nad obydwoma solowymi płytami, nie wiedziałem, o czym one będą.

Pamiętam, że przy dwójce ogłosiłeś premierę płyty, ale jeszcze nie wiedziałeś o czym ona będzie.
Inaczej! I przy pierwszej i przy drugiej zacząłem pracę od tego, że wymyśliłem tracklistę, po czym ją opublikowałem. Tracklistę, rozumiesz? Nie mam jeszcze kurwa niemal nic, ale publikuję tracklistę, bo w tym momencie niejako się zobowiązuję, że tę płytę będę musiał zrobić i będzie miała ona już nakreślone zarysy. Zasada "będzie" - świetna motywacja.

Tak? Jak wrzucałeś "Jak Amundsen Szedł Na Biegun" to o czym wtedy myślałeś?
O niczym (śmiech). Fajnie brzmi. "Jak Amundsen szedł na biegun? / Zapierdalał po pas w śniegu".

Syndrom i Poradnia. Tam się od tracklisty nie zaczyna? Bardziej ambitne projekty od LA, nie obrażając cię.
Nie, tam się zaczyna od muzyki i słów. W zupełności się zgadzam.

Liczysz na artystyczny sukces w ich przypadku?
Oczywiście, że liczę. Inaczej bym tego nie robił.

Który wg ciebie jest ważniejszy?
Syndrom Sztokholmski to moje ukochane dziecko. Kompilacja tego, co w muzyce lubię najbardziej. Gitary brzmią jak The Police, jak Maanam. Jest dużo dźwięków z Commodore. Rozbudowane aranżacje. Akordy na sześć palców, harmonie wokalne. Kurwa, chciałbym, żeby tym ważniejszym stał się Syndrom, ale materiał Poradni powstaje o wiele szybciej, bo jest znacznie prostszy. Są to piosenki do przodu, strzały w mordę. Pierwszy numer na płycie to taki mega szybki punk, pogo, 3 minuty, bam, koniec. Kolejny numer - ska, jak The Specials, dwie i pół minuty. Następny - country z akordeonem, niecałe cztery. Skaczemy, tańczymy, kurwa, śpiewamy refren. Czwarty numer bigbitowy. Piąty - rock'n'roll, coś jak Bo Diddley z fortepianem. Też króciutkie. Muzyka dla ludzi, do ludzi. Obrazoburcza, wulgarna, ale przystępna. Powstała bez zastanowienia, spontanicznie. Śpiewamy razem, gramy na gitarach, łupiemy proste akordy, chociaż jak się wsłuchać, to już nie takie proste, ale nie trzeba się wcale wsłuchiwać, bo nie w tym leży sens! Wszyscy się dobrze bawimy. Płyta jest gotowa. Zmiksujemy i wydajemy. Pewnie na wiosnę. Szybko to poszło. Zespół założony na jesieni zeszłego roku, po roku ma gotową płytę. Każdemu tak życzę, tym bardziej że członkami zespołu są goście mocno zajęci. Pracą zawodową, rodziną. Zespół trzydziestoparolatków. Grają punk rocka, a więc gatunek z założenia buntowniczy wobec systemu, mimo że nie są w stanie tego systemu olać, bo zdechliby z głodu. Tkwią w nim, ale grają punka, bo ten system ich boli. Dużo ludzi jest w takiej sytuacji, że bardzo chciałoby pokazać wielkiego fucka wszelkim zależnościom ekonomiczno-społecznym, tylko nie są w stanie, bo nie mają lat 15 tylko 35... Do takich ludzi adresujemy naszą muzykę.

Ostatnio jeden z znajomych z Poznania powiedział mi, że współcześni twórcy punka nie powinni się odnosić do The Clash itd. Oni powinni napierdalać, buntować się. Zmusić ludzi do myślenia.
Nie zmusisz ludzi do myślenia.

Sex Pistols.
Inne czasy, bo muzyka była istotniejsza. Teraz muzyka jest dekoracją, akompaniamentem. Tak mi się wydaje. Odbiorcy szukają głównie rozrywki, ubarwienia egzystencji. Nie stymulacji do myślenia. Bardziej do tego ich skłania artykuł w necie niż płyta jakiegoś zespołu.

Nawet jeżeli wystrzeli z zajebistym singlem?
Nie chcę zmuszać ludzi do myślenia, bo zakładam że ci co tego słuchają, to i tak już myślą. Inaczej by nie sięgali po to co robię, tylko po Weekend.

To do kogo kierujesz poszczególne projekty?
Legendarnego do siebie, bo mam to w dupie. Syndrom Sztokholmski do koneserów dobrych kompozycji, a Poradnię do wszystkich.

Ale Syndrom to trochę kontynuacja "Połącz Kropki". Ostatnio kumpel mi powiedział, że "Nagrałem To, Bo Nie Miałem Kasy" to taki zaginiony element z płyt z pomiędzy 2005 a 2008 r. Ja natomiast odnoszę wrażenie, że SS to przedłużenie "Połącz Kropki".
Na poziomie dopracowania może jest takim przedłużeniem. Albumy Afro Kolektywu to płyty pisane całe lata i widocznie debiut Syndromu też taką płytą musi być. Żeby nie było się do czego przyjebać. Żeby nie było nawet powtórzeń wyrazów w obrębie krążka, żadnych, kurwa, minimalnych wtop. Żeby to było dopracowywane miesiącami, żeby wyszło z tego jebane arcydzieło. I dlatego Legendarny Afrojax nie ma miejsca między żadną a żadną płytą Afro, bo nie jest w ogóle dopracowany. Zresztą, co żeś się tak uczepił tego "Połącz Kropki"?!

Bo zajebiste są.
No wiem, wiem (śmiech).

Lubię wszystkie płyty, może tylko nie demo, które było wrzucane na reedycję. To się nazywało "Kopalnia Niespodzianek Jebanych" czy jakoś tak. 99 rok ta demówka. "Negatywne Wibracje", o. Okej, a najlepsza płyta AK z perspektywy czasu? "Czarno Widzę"?
Hmm, raczej "Połącz Kropki" albo "Piosenki po Polsku", ze wskazaniem na tą pierwszą. Tam było wszystko i było tego za dużo. Nasze "King for a Day... Fool for a Lifetime". Fajna płyta i o dziwo najszybciej powstała z wszystkich.

Szybciej niż "46 Minut Sodomy"? 4 dni...
Kropki powstały relatywnie szybko, bo przyjęliśmy taki model współpracy, że podzieliliśmy się na podzespoły. Ja robiłem osobno jako jeden. Miłosz z Michałem jako drugi, a Mariusz z Remkiem jako trzeci. Każdy przynosił numery, które potem były grane w różnych konfiguracjach. Wszystko się mieszało, ktoś przychodził, zmieniał partie, otwierasz sesję i patrzysz: "co to kurwa jest?!". Trwało to jakiś rok z pisaniem tekstów włącznie, chociaż pomysły zbieraliśmy długo wcześniej. No i była to płyta nagrywana na bieżąco, nie że najpierw ogrywamy, a potem rejestrujemy. Porównaj do pozostałych: "Piosenki Po Polsku" - 3 lata, "46 Minut Sodomy" - 2,5 roku, "Czarno Widzę" - 3 lata, "Płyta Pilśniowa" - z 5...

Yyy, to była nagrywana w trakcie "Negatywnych Wibracji"?
Oczywiście! Pierwsze ślady położyłem w 3 klasie liceum, konkretnie do "Smutny i nudny cz. 1". Potem wymieniłem zresztą w tym kawałku tylko beat, bo pierwotnie był ukradziony 1:1 z którejś płyty Michaela Franti, a potem mi się zmieniła ideologia i już nie chciałem samplować całych pętli.

To miało być takie ukoronowanie tamtego okresu?
Tak. Jak każdy debiut chyba. Jak to się mówi: na nagranie debiutu masz całe życie, na nagranie drugiej płyty już tylko rok, czego nie przestrzegając wykopaliśmy sobie sami grób.

Siłę zespołu poznaje się po tym jak brzmi druga płyta, szczególnie po tym, jeżeli pierwsza się przyjęła. Jak druga jest na tym samym poziomie lub ją pobiła to zespół jest zajebisty.
Właśnie dlatego wykopaliśmy sobie grób, ponieważ chciałem żeby druga nie była gorsza od pierwszej...

I nie była!
I dlatego zajęła nam dużo czasu, za dużo.

Hierarchizując wszystko, nawet Surową Karę Za Grzechy, to LA na samym końcu? Masz na niego totalnie wyjebane? Można to tak ująć?
Powiem tak. Jeżeli jutro znikną wszyscy lajkujący ten fanpejdż to nie będę miał z tym problemu. On jest po to, żebym miał gdzie publikować swoje wiersze o chujach i gównie. A czy ktoś chce je czytać? Ja się nie odzywam. Mnie jest kilku, każdy ja czegoś innego potrzebuje. Czasami chcę być zbuntowanym chuliganem, czasami pijanym bardem, innym razem Brianem Wilsonem, a jeszcze innym razem chciałbym napisać o ssaniu męskiego osranego chuja. Jeszcze kiedy indziej chciałbym się niczym nie przejmować i tylko pograć sobie na basie lub klawiszach. Tego nie da się jednoczyć w ramach jednego projektu. Dlatego AK był tak bardzo rozstrzelony: ciągnąłem ten wózek raz tu, raz tu, a raz tam, zbyt często zmieniając kierunek. Co się dla obserwatora nijak nie zgrywało ze sobą. Na przykład. Nagraliśmy przyjemną płytę, gdzie były inteligentne piosenki dla słuchaczy Trójki czy Zetki, po czym na koncercie w Gomunicach w klubie Bogart, czyli mekce słuchaczy Dżemu, nagle zapytałem: "chce wam się pić?". Ktoś z widowni powiedział, że tak, więc kurwa rozpiąłem rozporek i odpowiedziałem, że "chce mi się lać i możemy się zgrać". No i kurwa wszyscy zastanawiają się gdzie przyszli i o co chodzi? Z jednej strony "Niemęskie Granie", "Wiążę Sobie Krawat", a z drugiej na scenie jakiś żul.

Tak jakbyś dzielił koło na dwie połowy. Dwa kolory. Połowy niby takie same, a jednak inne.
Żeby tylko połowy. Cienkie kawałki tortu. I one są tęczowe wszystkie (śmiech). Również w muzyce jestem skrajnym liberałem.

Lewakiem?
Liberałem.

Sam siebie określałeś jako lewaka.
Żeby wpierdolić kij w mrowisko.

Wolność ponad wszystko?
Tak. Człowiekowi wolno wszystko tak długo, dopóki nie krzywdzi innego człowieka.

Ostatnie pytanie. Gdybyś miał je zadać swoim fanom i antyfanom to o co byś zapytał?
Jaki jest sens życia, ale ja znam odpowiedź. 42.

42?
42. Odpowiedź na pytanie o sens życia brzmi 42.

Byli tacy co twierdzili, że 44.
Dla jeszcze innych to 69 (śmiech).