Forin: Opakowanie płyty może być wszystkim, co tylko sobie wymyślimy

Forin wkrótce oficjalnie świętuje swoje dwudziestolecie na scenie hiphopowej, a my rozmawiamy z nim o jego okładkach.

|
sie 4 2016, 8:00am

Forin (właśc. Grzegorz Piwnicki), foto archiwum gościa

Cała hiphopowa (i nie tylko) Polska poznała go najpierw jako grafficiarza, a później jako doskonałego projektanta okładek. Już 21 sierpnia w warszawskim klubie Iskra Forin będzie obchodził benefis z okazji swojego dwudziestolecia na scenie. Wydarzenie uświetnią twórcy urban artu oraz raperzy, którzy przez te lata mieli przyjemność z Forinem współpracować. W wirze przygotowań do imprezy, porozmawialiśmy z nim o jego imponującym okładkowym dorobku.

Czytaj wywiad poniżej.

Noisey: Świętujesz okrągłe dwudziestolecie na scenie hiphopowej. Czujesz się hiphopowcem?
Forin: Na pewno niemal od samego początku istnienia tej kultury w Polsce jestem jej częścią, choć dziś określiłbym siebie bardziej jako obserwatora. Może też dlatego zdecydowałem się na takie podsumowanie tych dwudziestu lat od momentu, gdy pierwszy raz na murze napisałem ksywkę Forin. Hip-hop ukształtował mnie jako człowieka i świadomego artystę. Zaczęło się od graffiti i aktywnego malowania do 2004 roku, a od 2000 roku doszło tworzenie czegoś na kształt okładek płyt.

Dlaczego mówisz o pierwszych okładkach, że były "czymś na kształt okładek"?
Nie wiedziałem wówczas "z czym to się je" i zbytnio się tym nie interesowałem. Początkowo była to raczej forma pomocy dla kolegów. Na pewno nie myślałem, że będę się tym zajmował na poważnie. Do tego czasu projektowanie okładek było moją główną działalnością.

Kilkakrotnie przytaczałeś już historię powstania twojej debiutanckiej okładki dla Kalibra 44 - a czy pamiętasz, jak robiłeś drugą w kolejności okładkę dla Peel Motyff?
Tak, robiłem ją z Michałem Suszkiem, też w sumie w układzie koleżeńskim. To akurat chyba jedna z moich najgorszych okładek.

Z każdą okładką masz jakieś wspomnienia czy przy takiej ich ilości traktujesz je czasem na zasadzie: dobra, skończone, dziękuję, następny…?
Z każdym artystą z którym współpracowałem, miałem jakąś więź. Najpierw jest relacja koleżeńska, a dopiero potem współpraca. Uważam, że jeżeli ludzie nie nadają na podobnych falach, to nigdy się nie dogadają też na płaszczyźnie artystycznej. Zawsze zależało mi na tym, żeby każdym projektem przeskakiwać siebie.

Kiedy ta okładkowa machina ruszyła u ciebie na poważnie?
Między 2004 a 2006 rokiem. Postawiłem wtedy na jedną kartę i zdecydowałem, że chcę się tym zajmować i zgłębiać temat. Zacząłem szukać więcej informacji na temat polskich artystów, którzy specjalizowali się w projektowaniu okładek na długo przede mną. Obserwowałem, w którą stronę to idzie na świecie, jak w ogóle może być postrzegana okładka… Założyłem sobie, że ukrócę powiedzenie: nie oceniaj płyty po okładce. "Nieważne, jaka jest okładka, ważne, co jest na płycie" - to była powszechna opinia. Obecnie trudno znaleźć osobę, która nie przyzna, że oprawa graficzna albumu jest istotna.

projekt albumu Sekaku "Zła Karma"

Był jakiś jeden szczególny punkt zwrotny w tym okresie między 2004 a 2006 rokiem?
Chyba nie, ale cykliczność dawanych mi zleceń była związana z moim koleżeństwem z Pelsonem. Zrobiłem dla niego w krótkich odstępach czasu okładki do dwóch ostatnich "Autentyków" z Vieniem i do solowego "Sensi". Też przez to zrezygnowałem z reszty zleceń - być może bardziej intratnych, ale sprawiających mi mniej przyjemności. Wcześniej projektowałem strony internetowe w ramach założonej z paroma znajomymi firmy projektowanie.org. Okładki robiłem z łatwością i chciałem się skupić tylko na nich, chociaż znajomi raczej pukali się w czoło.

Dlaczego?
Twierdzili, że to bez sensu i że nie ma przyszłości. Dziś sami się tym zajmują.

Dziesięć-dwanaście lat temu projektowanie okładek było traktowane po macoszemu?
Zdecydowanie. Nikt nie podchodził do tego na poważnie i traktowano je na zasadzie niepotrzebnego wręcz dodatku. Lata wpajania ludziom, że okładka jest elementem, który decyduje o tym, czy ktoś kupi płytę czy ukradnie ją z internetu, zaowocowało tym, że obecnie notujemy wysokie sprzedaże płyt i że zwraca się uwagę na to, jak one są wydane. Edukacja artystyczna poszła do przodu i ludzie stali się czuli na punkcie estetyki, bo zewsząd otaczają ich coraz ładniejsze rzeczy. Z miejsca, w którym piętnaście lat temu nikt nie przejmował się okładkami, a wydania były liche, doszliśmy do momentu, w którym szata graficzna jest niezwykle ważna i do tego organizowanych jest kilka ogólnopolskich konkursów, w których wyłania się najlepsze okładki danego roku. Kiedyś to było nie do pomyślenia.

Poszanowanie dla twórców okładek jest obecnie na satysfakcjonującym cię poziomie czy jeszcze można w tej kwestii coś polepszyć?
Mam świadomość, że dzięki między innymi moim działaniom udało się doprowadzić do mody na projektowanie okładek. Nie brakuje dziś grafików, którzy mienią się projektantami okładek i to jest ich jedyne zajęcie. Jest to napawające optymizmem zjawisko, ale nadal jest problem tego rodzaju, że w chwili zdania okładki do wytwórni, artysta który ją stworzył, jest pozbawiany wszystkich praw autorskich - w przeciwieństwie do muzyków, którzy pobierają tantiemy nawet w sytuacji, gdy ich płyta została wydana trzydzieści lat temu. Kropkę nad i postawię zatem, gdy uda mi się wpłynąć na polskie prawo i przyczynię się do tego, że projektanci okładek, którzy mają przecież bezpośredni wpływ na to, czy jakaś płyta wciąż się sprzedaje, będą z tego tytułu pobierali tantiemy, a nie będą opłacani jedynie na podstawie umowy o zlecenie.

Potrafisz wskazać jakieś punkty wspólne dla wszystkich swoich okładkach czy jednak każdy projekt jest odrębną, indywidualną historią?
Myślę, że są jakieś znaki rozpoznawcze w mojej pracy. Staram się na przykład nie opierać swoich okładek o standardowe opakowanie, które dostaję z drukarni, tylko tworzę swoje wykrojniki. Stawiam też zawsze na to, żeby okładka była rozbudowana i opowiadała pewną historię, która nawiązuje do płyty. To nie jest oddzielna rzecz, która kończy się na samym froncie, a wielopoziomowy projekt, który często wychodzi poza samą płytę. Chociażby w postaci strony internetowej, będącej uzupełnieniem okładki.


Wszystko co ciekawe w muzyce i jej okolicach znajdziesz na fanpage'u Noisey Polska



Na ile rynek usług poligraficznych jest dostosowany do twoich oczekiwań?
Projektowanie okładek nie jest prostym procesem. Na początku trzeba ustalić, jaki budżet wydawca chce przeznaczyć na jedną sztukę opakowania. Wiedząc to, mam już w głowie jakieś spektrum opakowań, które będzie mieściło się w danym przedziale cenowym. To ważna cecha dla projektanta - on musi czuć takie rzeczy. Nie wystarczy tylko zaprojektować, bo później można zderzyć się z drukarnią i nagle okazuje się, że jego projekt jest wyceniony dziesięć razy drożej niż zakładał to wydawca.

Jeśli chodzi o zakres działań samych drukarni, jest on o wiele obszerniejszy niż kilkanaście lat temu. Dziś mamy chociażby dostęp do znacznie większej ilości różnych papierów, a uszlachetnienia papieru wpływają na to, jaką mamy materię. Możemy decydować, czy coś będzie wypukłe czy szorstkie, błyszczące czy matowe… Technika poszła do przodu i nasza praca też na to wpłynęła, bo jeśli nikt by o to nie pytał, to nikt by pewnie tego nie zamawiał. Wiadomo przecież, że najlepiej jest zrobić jak najtaniej i jak najwięcej na tym zarobić…

Pamiętasz swój pierwszy niestandardowy projekt?
Nie wiem, czy to był pierwszy, ale na pewno jeden z moich ulubionych - "Dalekie Zbliżenia" Weny. Zrobiłem do tej płyty poczwórny wykrojnik na całym opakowaniu, które zresztą składało się na krzyż. Czegoś takiego nie było wcześniej w polskiej fonografii. Kilka osób zarzuciło mi później, że ściągnąłem to z jednej z okładek Metaliki, po czym okazało się, że nasz koncept powstał pół roku wcześniej przed zaprezentowaniem tamtej. Byłem też jedną z pierwszych osób, które wprowadziły opakowania digipack do normalnego obiegu, które przedtem były zarezerwowane dla wydawnictw jubileuszowych. Cały polski rap zresztą wpłynął na to, że mamy obecnie tyle różnorodnych opakowań na rynku, które przecież są droższe i nie tak łatwe w produkcji, co zwykłe plastikowe pudełko z bookletem.

Kiedy już zobaczyłem, że płyty można wydawać inaczej i że można stworzyć nową definicję "opakowania płyty", że może ono być wszystkim, co tylko sobie wymyślimy, to poleciałem z fantazją. Byłem zauroczony formami wydawniczymi w ogóle, co ewoluowało w stronę interakcji z słuchaczem. Mam tu na myśli wszystkie projekty spod szyldu O.S.T.R. Podczas gdy często spotyka się dwa wydania tej samej płyty: normalne i premium, ja zaproponowałem Adamowi, żeby jego opakowania zawsze były premium plus w podstawie, a kosztowały tyle, co wydania normalne. Udało nam się znaleźć kompromis między nadmuchanym pojęciem, czym jest okładka, i niską ceną, która jest przyswajalna dla potencjalnego słuchacza. Ten słuchacz ma później o wiele więcej zabawy, jeśli okładka jest czymś innym niż tylko kartonowym opakowaniem.


Odbiorcy potrafią to docenić?
Myślę że tak, bo spotykam się z całkiem miłymi sytuacjami, niekiedy wręcz niezręcznymi, kiedy ludzie poznają mnie na ulicy i przybijają piątki. Bywało też trochę groźniej - do biura przychodziły osoby z prośbą o podpisanie płyt, które projektowałem. Zadbaliśmy o to, żeby domofon działał sprawniej (śmiech). To docenianie widzę też w naprawdę dużej liczbie osób, które obserwują mój profil w internecie.

Pomysły na okładki wychodzą od ciebie czy od muzyków?
Pomysły powstają przeważnie na naszym pierwszym spotkaniu. Siadam z artystą, rozmawiamy o płycie, słuchamy jej. Jest wtedy burza mózgów, ja strzelam pomysłami i myślę, że wówczas się docieramy. W większości przypadków jest tak, że już po pierwszym spotkaniu mamy jakiś koncept okładki płyty.

Jakie są różnice w pracy z mniej znanymi wykonawcami jak Sekaku a tymi pokroju Ostrego?
Różnie bywa. Łatwość komunikacji pomaga w zbudowaniu jakiejś relacji artystycznej. Często jest też tak, że jeżeli płyta wychodzi w bardzo niewielkim nakładzie - w przypadku Sekaku było to około pięciuset egzemplarzy - to można sobie bardziej pofolgować z fantazją. Wtedy zrobiliśmy pudełko stylizowane na opakowanie pizzy, na którym umieściliśmy numer do dostawy i jeśli się pod ten numer zadzwoniło, to odbierał Mielzky, który wsiadał do samochodu i podwoził płytę pod wskazany adres. Natomiast im większy nakład, tym większe są pieniądze na wydanie, ale też i większe obostrzenia co do samego wydawnictwa.

Zawsze masz wolną rękę przy projektowaniu czy wykonawcy chcą ingerować w twoją pracę?
Myślę, że współpraca ze mną jest prosta. Przedstawiam swoją koncepcję, poprzedzoną rozmową z artystą, w trakcie której zbieram wszystkie jego myśli i staram się je skrystalizować w formie okładki płyty. Do tego zawsze chcę dodać coś od siebie - coś podkreślić, na coś zwrócić uwagę. Raczej nie zdarzyło się, że ktoś stanął okoniem i koniecznie chciał przeforsować swoją wizję, a w przeciwnym wypadku nie będzie ze mną współpracował. Było kilka takich sytuacji, że rozstawaliśmy się z muzykiem i nie zrealizowaliśmy danego projektu, ale nie żywię o to do nikogo żalu. Po prostu nie dotarliśmy się jako para artystów, nic więcej.

Która z ponad stu dwudziestu zaprojektowanych przez ciebie okładek jest twoją ulubioną?
Jedną z ulubionych jest na pewno "Kartagina" Ostrego i Marco Polo, ze względu nawet na sam rozmiar. Wydaliśmy to w formie liczącej 72 strony książki, w której mogłem się dużo pobawić, trochę polatać po mieście i porobić rzeczy, których dawno już nie robiłem - stąd stritartowe i graficiarskie nawiązania. Przedstawiłem tam swoją Kartaginę - jak się tę książkę obróci, to na jednej stronie ukazuje się połowa Kartaginy Ostrego, a po drugiej stronie moja Kartagina. Do tej części dołączona była gra miejska z wyszczególnionymi kilkunastoma moimi ulubionymi miejscami w Warszawie. Chodząc po mieście z aplikacją, można było poznać tę Kartaginę. Za poprawne odpowiedzi na różne pytania dotyczące Ostrego i Marco Polo zdobywało się kolejne punkty, co wzmagało rywalizację. Mega fajne doznanie.

Z którym z wykonawców pracowało ci się dotychczas najlepiej?
Trudno powiedzieć, bo ze wszystkimi z nich się lubimy. Jeżeli na koniec dnia oceniamy, że dobrze wykonaliśmy swoją robotę, to nie ma podstaw do tego, żeby się na siebie obrażać ani droczyć ze sobą. Myślę, że czujemy wdzięczność w obie strony. Bardzo dobry miałem przelot np. z Miuoshem, dla którego zrobiłem dwie okładki. Pierwsza z nich, przy użyciu eksperymentalnego druku soczewkowego, powstała do "Nowe Światło" z Onarem, a ponownie spotkaliśmy się na jego solowym albumie "Ulice Bogów". Przyjechałem do Katowic i stworzyłem to, co chciałem, w takim zakresie, w jakim chciałem. Do współpracy zaprosiłem fotografa Ludwika Lisa, z którym zrobiliśmy wcześniej "Radio Pezet".

Ponoć nadchodzący benefis kończy pewien etap w twojej działalności.
Tak, chcę teraz wejść mocniej w swoje projekty i uruchomić na szerszą skalę wydawnictwo Forin Limited, w którym będziemy się skupiać nie tylko na płytach z muzyką, ale też na innych formach drukowanych, jak i na szerszej współpracy z artystami z całego świata. Chcę, żeby Forin Limited był domem dla wszystkich rzeczy, które wychodzą w limitowanej edycji - obojętnie, czy będą to płyty, książki czy obrazy. To dla mnie naturalna ewolucja, podobna do wcześniejszego przejścia z graffiti do tworzenia okładek.