Quantcast

Kaz Bałagane - Radio Gruz

Dzieło brzmi może trochę na wyrost w przypadku polskiego ulicznego rapu, ale przecież zawsze są wyjątki od reguły. Taki mamy tutaj.

Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Wyobraźcie sobie sytuację, że nagrywacie album, wobec którego oczekiwania są tak wygórowane, że z góry wiecie, iż możecie i tak nie podołać. Płyta w końcu już się pojawia, opinie o niej są skrajne, ale bierzecie sobie do serca chęć odkucia się i udowodnienia, że ktoś się mylił.

Kaz Bałagane, czyli jeden z najciekawszych i zarazem najlepszych polskich raperów ostatnich lat, już raz w tym roku mocno zaatakował ze swoim "Źródłem"​. Zdania o albumie były różne, ale wydana w Step Records płyta wcale nie była taka zła jak mówią o niej niektórzy. Wręcz przeciwnie, chociaż trzeba przyznać, że jej replay value w stosunku do poprzednich dzieł warszawskiego rapera, rzeczywiście jest o wiele mniejszy.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. "Radio Gruz" to zdecydowanie najlepszy materiał, który wyszedł spod ręki Bałagane i zarazem jeden z najlepszych w polskim rapie... w ostatnich latach. Nie, nie jest to stwierdzenie górnolotne, chociażby z tego powodu, że mało komu udało się zachować wypracowywany przez lata street credit przy maksymalnej przebojowości swojej muzyki. Ta jest natomiast maksymalnie dopieszczona i pokazująca konsekwencję artysty w kreowaniu swojego wizerunku.

Minęły już czasy kiedy to Mordziaty dzielił swój rap i produkcję mniej więcej po równo. Bitmejkerem jest ponadprzeciętnym (na "Radiu Gruz" odpowiada tylko za "Intro"), ale być może właśnie dzięki temu wie gdzie i u kogo ma szukać odpowiednich podkładów. Nie byle jakich, bo maksymalnie stylowych, jakich próżno szukać w innych rodzimych ulicznych produkcjach opartych z reguły na samplowaniu tandetnego pianina. Liczy się chwytliwość, przebojowość, pogoń za trendami i przede wszystkim ten świetny cukierkowy feeling, którego nie powstydziłyby się największe gwiazdy zza oceanu. Brzmi ciekawie? Jak najbardziej, bo to, co pozostawili tutaj Olek, Johnny Beats, APmg, Worek i reszta to absolutnie klasa światowa. Co najważniejsze - wszystko utrzymane jest w jednym klimacie i przede wszystkim na najwyższym poziomie.

O ile dobre podkłady czasami niosą słabego rapera, to na "Radiu Gruz" mamy do czynienia z sytuacją, kiedy to niepodrabialny styl rapera po prostu sobie po nich płynie. Nie ma tutaj aż tylu historii o blokach jak to bywało kiedyś u Kazka, chociaż taki "Żar" spokojnie wpisuje się w ramy idealnego storytellingu warszawskich bloków. Tym razem jest trochę więcej luksusu, reminiscencji, kobiet i… jedzenia.

"Poka Fejs" i "Brunetki" to jedne z tych numerów, które powinny być grane na każdej zakrapianej imprezie, podczas której lokalsi próbują bawić się w prawdziwych hustlerów, a odbiegając od szowinistycznych standardów, to takie "Chaczapuri" jest najlepszym numerem zahaczającym o jedzenie od czasów dinalowych "Bułek z Szynką". Poszczególne numery można wymieniać i opisywać, bo wyjątkowość w opowiadaniu historii przez gospodarza nie podlega jakiejkolwiek dyskusji, ale warto też pamiętać o jednym. Ta masa kozackich linijek nie byłaby tak świetna, gdyby nie fakt, że wiele kawałków zostało ubarwionych genialnymi wręcz refrenami. To w jaki sposób Red czy Smolasty uzupełniają się z Bałagane, po prostu imponuje. Niespotykane wręcz na naszym podwórku.

Dzieło brzmi może trochę na wyrost w przypadku polskiego ulicznego rapu, ale przecież zawsze są wyjątki od reguły. Można rzucać klasycznymi przykładami sprzed lat, jak i również największymi w ostatnich miesiącach, czyli Pro8l3mem i Kazkiem. Ten drugi nie dość, że ubrał swoje najbardziej brutalne historie w przebojowy i imprezowy uniform, to na dodatek pokazał, że legalnie wydane "Źródło" było tylko dobrym wstępem do tego wydanego własnym sumptem dzieła. Nie powinno być na odwrót?