Kaz Bałagane - Narkopop

Słuchasz swoich nutek, bo jesteś narcyz? Jeśli tak, to witaj w klubie najlepszych polskich raperów.

|
sie 25 2017, 10:45am

Sytuacja może się wydawać niepoważna. Jakim cudem można zestawić w jednym szeregu dzieło niemieckiego klasyka ambientu z albumem polskiego rapera? Okazuje się, że tytuł, "Narkopop", to nie jedyny czynnik, który ich łączy.

Ilu znacie mistrzów ceremonii, których braki w umiejętnościach rapowania są ich największym atutem? Zapewne wielu, ale często nawet o tym nie wiecie. Prosty przykład: w USA takich było od groma, żeby tylko wspomnieć o Ericku Sermonie, mając na myśli największych klasyków. A z tych "nowszych"? Lil B, Bones czy cała plejada chłopaków w obcisłych spodniach i ze śmiesznymi fryzurami. Niestety, ale w nadwiślańskim kraju było zupełnie na odwrót. Przez lata faworyzowało się u nas totalne beztalencia, bo głupia gawiedź wychwalała pod niebiosa brak zmysłu obserwacji, zerowy skill pisania czy nawet brak intelektualnej egzystencji. A jak jest z Kazem?

Pod żadnym pozorem nie wolno go zestawiać z miałkimi i pozbawionymi gustu nawijaczami. Może i jego umiejętności nie obligują go do tego, żeby w tej kategorii grać w pierwszej lidze, ale pisanie chwytliwych linijek, charyzma i ten niepodrabialny styl są czymś, czego jeszcze kilka lat temu na polskiej scenie nie było.

Zacznijmy od samego początku, bo właśnie od pierwszych sekund zaczynają się prawdziwe cuda, momentami przewyższające nagrania z "Lot 022" i "Radia Gruz". To już jest niemały wyczyn, prawda? Koserwatywni fani rapu nie mają tutaj czego szukać, więc mogliby się mocno rozczarować patrząc tylko na tytuł pierwszego numeru. "Intro (Lata 90-te)" oferuje wszystko, co najlepsze we współczesnym rapie, a dalej… jest jeszcze lepiej. Dla przykładu taki Tede mógłby wiele się nauczyć z samego "Prosciutto Crudo" (nie mówiąc już o wymiatających po całości "Kanikułach", które byłyby highlightem każdej jego płyty po 2013 roku) i to nie tylko w serwowaniu klasycznych buraczanych wersów pokroju "Chciałeś tu wypłynąć, ale wyszedł kutos / Miałeś tu wypłynąć, ale wyszło głupio / Jestem ostatnią nadzieją tego rapu, suko". Proste? Prostackie? Pozbawione gustu? Wręcz przeciwnie. Zabawa słowem i rapem to nie tylko Kaliber 44 na wysokości fantastycznej drugiej płyty, ale również każdy z indeksów "Narkopopu", może wyjąwszy tragikomiczną "Modlitwę" sflaczałą przez niezbyt przekonujący występ Malika Montany. A tak? Proszę bardzo - "Stolik", "Byku" czy przede wszystkim wybitne "Spodenki do ćpania" to numery, których konkurencja nie nagra nigdy w życiu.

Każdy mądrala uznający tylko "głębokie" wartości w rapie poczuje się zgorszony. Wersy "Tak twardo, ona czuje, jakby bawiła się dildem / Między piętrami znowu zatrzymuję windę / Czuję się jak Lil Durk, nie używam Tinder / To nie Fruity Loops, ale ona bawi się ścieżką i stringiem" wcale nie wykluczają celowego zabiegu, mającego proste zadanie. Sprawdzić cierpliwość słuchacza, ale i tym razem znowu wracamy do punktu wyjścia. To jest uliczna zabawa, często z pustą treścią, która bierze jeńców i już ich nie wypuszcza.

Monotematyczność Kazka może trochę razić, tym bardziej, że jest to kolejna taka sama płyta, ale mogłoby to przeszkadzać tylko w jednym wypadku. Koleś musiałby sobie dobrać bardzo, ale to bardzo złe bity, a tymczasem po raz kolejny udowadnia, że wie czym są dobre podkłady. Hit na hicie, hook na hooku i jeszcze więcej atmosferycznych dźwięków niż poprzednio, momentami zahaczających nie tylko o cloudową klasykę. Produkcje Michała Graczyka, Czarnego HiFi, Friza czy Jacona w połączeniu z tekstami tworzą album niemalże kompletny. Można? Tak.

Gas i Kaz Bałagane. Kto by się spodziewał? Tytuł tytułem, ale przecież nagrali jedne z lepszych płyt roku i w swoich kategoriach raczej nie do pobicia w 2017 roku. Dużo dobrych rzeczy się tu dzieje, a skoro sam Paluch stara się dostosować poziomem do gospodarza, to znaczy, że robi się bardzo, ale to bardzo, poważnie.

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.