mat. prom. Sony Music

Co o dzisiejszym świecie zaśpiewaliby The Clash?

Na pierwszy rzut oka w 2017 roku nie ma się przeciw czemu buntować, jednak to tylko pozory.

|
maj 4 2017, 10:23am

mat. prom. Sony Music

Pamiętam przypadkową rozmowę z pewnym gładko ogolonym jegomościem we flyersie, który na punkowym koncercie przekonywał mnie, że Guernica Y Luno to lewactwo niewarte słuchania i tak naprawdę warto trwać przy klasyce - jako przykład wymienił właśnie The Clash. To taki trochę śmiech przez łzy, ale dobitnie pokazujący, do jak różnych ludzi, często kompletnie mylących przekaz, może trafić jedyny zespół, który miał znaczenie. Ostatnia załoga w mieście.

Liczby są bezlitosne: od wydania pierwszego, legendarnego albumu The Clash minęło właśnie czterdzieści lat, grupa rozwiązała się ponad trzy dekady temu, zbliża się też piętnasta rocznica śmierci Joe Strummera - przy obecnym tempie rozwoju sceny i wszechobecnego zalewu muzyki to już niemalże prehistoria. I choć ekipa z Londynu to dziś całkowity klasyk (nie tylko w punkowych środowiskach), to jednak najczęściej (niesprawiedliwie) kojarzony jest z komercyjnie zajechanym "Should I Stay Or Should I Go", latającym nawet na Stars.TV, "Rock the Casbah" czy coverowanym setki razy "The Guns of Brixton". Jasne, to rzeczy ekstremalnie wpadające w ucho, jednak czy podczas podśpiewywania chwytliwego If I go there will be trouble należytą uwagę poświęca się przekazowi, który dla The Clash był esencją ich twórczości? Wątpliwe.

Przyznajmy jednak to uczciwie - pomimo niewątpliwego geniuszu ekipy z Londynu, ich społecznie zaangażowane i upolitycznione teksty były momentami mocno naiwne. Wieszanie czerwonej gwiazdy na wiele lat przed Rage Against The Machine, ciepłe spojrzenie na uroki socjalizmu czy popieranie nikaraguańskich Sandinistów z perspektywy 2017 roku wyglądają bardzo idealistycznie i dziecinnie. Ale również nie da się zaprzeczyć, że niezwykle ludzkie, szczere spojrzenie na świat i poruszanie uniwersalnych tematów nawet dzisiaj pozwalają spojrzeć na autorów "London Calling" jak na jednych z ostatnich przedstawicieli punkowego romantyzmu.

Od początku działalności, gdy muzyka Clashów była (w dużym skrócie) tradycyjnym punkiem '77, tematyka ich utworów w głównej mierze oscylowała wokół komentowania szarej, brytyjskiej codzienności - grupa pomimo oskarżeń o zaprzedanie swoich ideałów w późniejszych latach nadal starała się twardo trzymać swoich zasad i przekonań. Z jednej strony bycie dwudziestokilkuletnim Angolem w latach siedemdziesiątych musiało być naprawdę ciekawe (kto nie chciałby obserwować na żywo rodzącej się sceny punk), z drugiej - wszechobecna frustracja wzmagała niezgodę na biedę i szarzyznę (kilka lat później analogiczne tematy pojawiły się i w Polsce). Joe Strummer w wywiadzie z Tomem Snyderem powiedział, że powstało już zbyt wiele piosenek o miłości, która jest przecież dość oklepanym tematem. I choć tak naprawdę na różnych etapach twórczości aspekty damsko-męskie pojawiały się w ich piosenkach incydentalnie ("1-2 Crush On You", "Lover's Rock" czy oczywisty klasyk z reklamy jeansów), to tematy relacji międzyludzkich były wodą na młyn ostatniej załogi w mieście. Patrząc na bunt The Clash można zauważyć lustrzane odbicie polskiego punk rocka (choć chronologicznie oczywiście było odwrotnie), które swoje ostrze kierował przede wszystkim przeciwko komunizmowi. Walka z systemem była dla młodych punków wartością nadrzędną i niezależnie od tego, czy celem ich ostrzy był okołomoskiewski zamordyzm czy mający gdzieś jednostkę kapitalizm, frustracja spowodowana codziennością i niezgoda na "Szarą rzeczywistość" napędzała ich do działania.

Pewne kwestie nieodłącznie związane z punk rockiem bez wątpienia się skończyły. O tym, że punk zdechł jeszcze w latach siedemdziesiątych krzyczał Crass (Clashom też się dostało za kontrakt z CBS), swoje trzy grosze do tego tematu dorzucało jeszcze mnóstwo innych twórców czasami nie mających zbyt wiele wspólnego z ortodoksyjnością - był wśród nich nawet Muniek Staszczyk. Na pierwszy rzut oka w 2017 roku nie ma się przeciw czemu buntować (choć kto z nas nie zaprząta sobie głowy problemami pierwszego świata złoszcząc się na kolejną przerwę w dostawie netu), jednak to tylko pozory. Przesytu smak, ileż można kupować. Spoglądając na nagłówki gazet i urywki kolejnych tendencyjnych programów informacyjnych można na chwilę zatrzymać się i spojrzeć na świat oczami Joe Strummera. Poniższy tekst nie jest żadnym wspominkowym rankingiem - to próba spojrzenia na czasy, gdy sporej części z nas nie było nawet w planach i zestawienie ich z teraźniejszością.

W ubiegłym roku amerykanie mieli chyba najgorsze opcje w historii wyborów prezydenckich. O ile jeszcze kilkanaście lat temu Stany były synonimem wielkiego świata, aktualnie jest to kolejny nudny kraj toczony tymi samymi problemami, co reszta globu. Dziś The Clash również śmiało mogliby zaśpiewać "I'm So Bored With the USA". I nawet z perspektywy Polski ta kraina rzekomo mlekiem i miodem płynąca może szybko znudzić. Kultura (w większości) upadła, żarcie (w większości) paskudne, damska uroda (w większości) oparta na plastiku i sztuczności - tylko NBA trzyma poziom sprzed lat. A możliwości wjazdu bez wiz jak nie było, tak nie ma.

W dzisiejszym korpoświecie szczurki w pogoni za kasą i karierą potrafią robić obrzydliwe rzeczy. W jednym z ostatnich wywiadów przed śmiercią Strummer wychwalał niezależność i postulował niewspieranie korporacji. To dość utopijne spojrzenie na konsumpcję, jednak The Clash z pewnością mieliby gdzieś dzisiejszą modę i nie nosiliby AirMaxów ani nie dziarali sobie kolejnych oklepanych motywów, a zamiast modnej wśród bananowych kręgów kokainy nadal pozostaliby wierni amfetaminowej tradycji. Taki utwór jak "Carrer Opportunities" mógłby być gorzkim podsumowaniem pokolenia Y zapętlonego w syfie umów o dzieło, siedzenia po 12 godzin w biurze czy porzucania pasji na rzecz kolejnego zera na koncie. Zarejestruj się na Pracuj.pl, szukaj dla siebie najlepszej ścieżki kariery - to nic, że wcale nie chcesz tego robić. Jedyne czego chcą - twych mięśni i godzin. A to, kim jesteś? Bądź poważny, kurwa, kogo to obchodzi? Często jednak wydaje się, że nie mamy wyjścia. Ex-Pert z Inkwizycji w numerze "Arbeit" śpiewał o mięsie codziennych ośmiu godzin. To jakby młodszy brat "Clampdown" będącego spojrzeniem na pracę z perspektywy robotniczej Anglii (choć Joe wstydził się i wypierał swoich inteligenckich korzeni) z wymownym wersem o najlepszych latach życia, które są nam kradzione. Złość może być siłą, jednak kto ma siłę na bycie wściekłym po kolejnych nadgodzinach branych tylko po to, żeby spłacić kolejny kredyt? Zawsze przecież będzie ktoś zarabiający więcej od ciebie. Do proletariackiego zestawu należałoby dołożyć też otwierającym album "Sandinista" "The Magnificent Seven Joe" ponownie wytknął wiążący ręce dehumanizujący i bezduszny pęd za pieniądzem okupiony czołobitnością przed szefem i oddawaniem siebie za minimalną pensję. Kapitalizm jest w porządku, jednak The Clash niezwykle celnie wypunktowali izolację i zdanie jednostki w tym systemie tylko na siebie.

Joe Strummer i Mick Jones w ramach szukania inspiracji podczas tworzenia płyty "Give'Em Enough Rope" wyjechali na wakacje na Jamajkę. Pomimo tego, że ojczyzna reggae dla wielu jawi się jako mityczna, przepełniona pokojem i zapachem zielska kraina, dwóch młodych i białych punków po powrocie do Anglii odetchnęło z ulgą i napisało numer "Safe European Home". I choć Europa sprzed czterech dekad targana była różnymi kryzysami (Guernica Y Luno na koncertówce "Święta religia anarchii" w początkach punk rock rocka upatrywała kryzys paliwowy, który mocno odcisnął się na Anglii lat siedemdziesiątych), w porównaniu z dzisiejszym zamieszaniem związanym z napływem chcących ssać socjal i kompletnie niezważających na europejskie zwyczaje darmozjadów, nie była aż tak groźna. Śmierć na koncertach, sportowcy atakowani w drodze na stadion, kobiety gwałcone na ulicach - to dziś nasz bezpieczny europejski dom. Nawet gardząc ksenofobią i nie nosząc wyklętej symboliki na ciuchach trudno nie zadawać sobie pytania "co dalej". Pokój to dziś utopia, hipisi są jedynie zgraną melodią przeszłości, a o ich ideałach można co najwyżej poczytać - jak chociażby w interesującym "All You Need Is Love" Jerzego Jarniewicza. W miejsce pokoju i miłości już dawno pojawiły się wojna i nienawiść - ten stan utrzymuje się od lat. Tekst Strummera do "Hate And War" mógłby być gorzkim komentarzem do rzeczywistości, w której aby przeżyć należy przyjąć narzucone odgórnie, brutalne zasady gry. Chcecie przetrwać? Pozbądźcie się wrażliwości. Policja wam w tym pomoże, przy okazji kopiąc po głowie słabszych. Całkiem jak w "This Is England" - utworze, który był komentarzem do rozczarowania rządami Margaret Thatcher - pesymizm przebijał z twórczości Strummera niezależnie od dekady. I dziś przecież też można byłoby spojrzeć na swój kraj retorycznie pytając - kiedy będziemy wolni?

Każdy tydzień to kolejne doniesienia dotyczące terroryzmu - zresztą to słowo już tak spowszedniało w dyskursie medialnym, że właściwie znieczuliło sporą część społeczeństwa. Doniesienia o kolejnych bombach i ciężarówkach wjeżdżających w ludzi mieszają się z piłkarskimi wynikami i celebryckimi zdjęciami ze ścianek. Jak w utworze "Guns On the Roof" - wymierzone w nas lufy pistoletów tylko czekają na sygnał. Życie statystycznego obywatela nie znaczy wiele. Widmo zagłady atomowej to kolejny temat, który poruszany był przez punków niezależnie od szerokości geograficznej. Atomowa śmierć nadchodzi z obu stron - Polacy również wizualizowali sobie współczesną apokalipsę. "London Calling" na dekadę przed Czarnobylem i ponad trzydzieści lat przed Fukushimą zwiastował nadejście globalnych kryzysów i związane z tym poszukiwanie odpowiedzi. Nadal nie wiemy zbyt dużo a znaki zapytania piętrzą się z każdym kolejnym rokiem.

Pełny brzuch, dach nad głową, nieprzemakające buty - granica między konsumpcjonizmem i pragmatyczną wygodą zatarła się już dawno. Słuchając "Lost In the Supermarket" na słuchawkach w trakcie szukania kolejnych produktów można poczuć ironiczny uśmiech losu. MUSISZ to kupić! Koncerny farmaceutyczne ściemniające na każdym kroku, żarcie naszpikowane uzależniającą chemią i hipokryzja szczęśliwych ludzi w reklamach. Sam punk rock też stał się przesiąkniętym hipokryzją produktem. Dziś The Clash nadal mogliby krytykować ruch i scenę, które stały się karykaturą samego siebie. Obowiązkowo utożsamiaj się z uniformizacją myślenia i hipokryzją spod znaku Antify używającej idiotycznej retoryki kojarzącej się z głupotą ich oponentów, noś Vansy albo irokeza a na wezwanie pokazuj legitymację punkowca. Można się w tym pogubić, całkiem jak w supermarkecie.

Dla Strummera niezwykle ważne było życie w zgodzie z samym sobą. Wielu młodych chłopaków zostało pozbawionych wyboru i spodnie moro zakładali z obowiązku, o czym traktował numer "The Call Up". Dziś wojsko najczęściej nie jest już problemem, jednak wolność wyboru to nadal nierzadko mrzonka. Jasne, możemy stale mówić coś o problemach pierwszego świata, jednak należy sobie zadać pytanie - czy naprawdę jesteśmy całkowicie wolni? Uzależnienie od technologii, niewolnictwo seksualne, parcie na sukces, budzik będący niczym wojskowa musztra - nie trzeba aresztu, żeby czuć się zniewolonym. Jednak dla wielu to pozornie żaden problem - mało która niezgoda prowadzi do rewolucji. A przecież Rewolucja była kłamstwem - tak w utworze "I Was a Teenage Anarchist" śpiewała, jeszcze jako Tom Gabel Laura Jane Grace z Against Me! (z pewnością w tej kwestii walki o prawa transseksualistów miałaby w Joe poplecznika). The Clash, jako piewcy rewolucji, dziś mogą rzeczywiście jedynie pokręcić głową. Jasne, wojowniczy duch w nich nie zgasł - Paul Simonon w 2011 roku został aresztowany, gdy pracował jako tajniacki aktywista Greenpeace. Informacja przeszła jednak w mediach bez większego echa - rewolucyjne ciągoty obchodzą coraz mniej osób.

Chyba bez żadnych wątpliwości można stwierdzić, że The Clash w 2017 roku śmiało mogliby dalej śpiewać swoje teksty, może jedynie z drobnymi aktualizacjami. Świat nie zmienił się przecież aż tak bardzo. Jakkolwiek banalnie to brzmi, Strummerowi chodziło przede wszystkim o człowieka, więc razem z ekipą ostrza krytyki skierowaliby w stronę Donalda Trumpa i wszystkich, którzy murem próbują rozdzielać ludzi. Broniliby ludzi uciekających z terenów zagrożonych wojną. Zachęcaliby do walki o prawa wszystkich, którzy są ze wszelkich powodów dyskryminowani. I nawet jeśli należałoby nieco przymknąć oko na ich polityczne sympatie czy środki prowadzące do niewątpliwie szczytnych celów, hasła głoszone przez nich byłyby bardzo szlachetne. Choć obawiam się niestety, że w dzisiejszym świecie komercyjny potencjał The Clash byłby porównywalny z tym Against Me! - czyli raczej niewielki. I to nic, że "wolność" w kontekście gospodarczym odbieram zupełnie inaczej niż Joe Strummer - dla mnie już na zawsze pozostaną ostatnią załogą w mieście.