Quantcast

Taco Hemingway - Marmur

Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Zamiana Warszawy na Trójmiasto, tytułowy hotel, charakterystyczni bohaterowie i ta intryga w tle, którą fajnie uwypukla na samym początku "Witaj w Hotelu Marmur". Czuć potencjał!

Znowu zrobił to niespodziewanie. Nowa płyta Taco Hemingwaya tak naprawdę nie przynosi nic nowego w jego twórczości, bo to cały czas ten sam Filip. Wielkomiejski obserwator, który powoli zaczyna coraz to mocniej przynudzać, mimo że robi to na jeszcze lepszych bitach niż ostatnio.

Już abstrahując od tego jak Taco Hemingway rzeczywiście ma na imię, to wyskoczył nam jak Filip z konopi. Intelekt. Mądrość. Niezwykła percepcja. Historie, które opowiadał przykuwały słuch i niekiedy nawet zmuszały do analizy nie tylko samych wersów, ale i… ludzkich zachowań. Epki doskonale to pokazywały, więc niemałe grono osób czekało na pełnoprawny longplay. W końcu. Ni stąd, ni zowąd "Marmur" pojawił się w sieci.

Już dawno w polskim rapie nie było postaci, która by aż tak mocno polaryzowała środowisko. Jedni chwalili za oryginalność i "spostrzegawczość". Drudzy narzekali na monotonię, brak flow i słaby głos. Prawda leży gdzieś pośrodku, tak samo jak pośrodku będzie leżał "pełnoprawny debiut", który jest płytą nieznacznie lepszą od "Wosku", ale jednak zdecydowanie słabszą od "Trójkąta Warszawskiego" i "Umowy o Dzieło". Celowo nie przywołuję anglojęzycznego tworu, który jest raczej tylko ciekawostką i niczym więcej.

Za każdym razem w rapie Taco Hemingwaya mieliśmy jakiś specjalny mianownik, który w cudowny sposób spajał wszystkie numery. Tym razem jest on znacznie większego kalibru, ponieważ wszystkie kawałki tworzą bardziej rozbudowaną historię, o której wiele mówi trochę andersonowa okładka. Zamiana Warszawy na Trójmiasto, tytułowy hotel, charakterystyczni bohaterowie i ta intryga w tle, którą fajnie uwypukla na samym początku "Witaj w Hotelu Marmur". Czuć potencjał, ale po drodze coś się popsuło.

Przede wszystkim raper już aż tak mocno nie przyciąga do siebie. Jasne, że zdarzają się pojedyncze wersy, ale gdzieś pośród tych znakomitych linijek pojawiają się tak banalne potworki jak np. "Świat jest WF-em a ja nie mam stroju / Świat to liceum, ja mam lewe zwolnienie". Naprawdę? Żeby jednak być sprawiedliwym to koniecznie trzeba wspomnieć o momentami naprawdę dobrej narracji, chociażby w "Żyrandolu" czy "Tsunami Blond", które imponuje nie tylko mocnym otwarciem pierwszej zwrotki, ale i przede wszystkim prostym i zapadającym w pamięć refrenem, tylko co z tego? Cały koncept jest historią do posłuchania na raz, może dwa i wszystko nagle trafia szlag, bo do całości wraca się bardzo ciężko. Albo w ogóle.

O wiele ciekawiej sytuacja wygląda z Rumakiem, bo o ile na "Wosku" nie zaprezentował zbyt dużo ze swojej twórczości, to "Marmur" jest jego skromnym popisem. Nie, to nie są melodie, które wysadzają w powietrze. Ten dobrze rozpoznawalny minimalizm po raz kolejny ewoluuje i ponownie nie pozwala wyróżnić konkretnego podkładu, więc bitmejkera należy docenić za jeszcze inną rzecz - mało komu udaje się utrzymywać swój stały równy poziom przez całą płytę. On zadaniu podołał, ale po każdej nowej produkcji ze swoim wiernym kompanem nasuwa się pytanie, czy nie warto wyjść przed szereg i zacząć tworzyć muzykę dla innych postaci? Ja bym próbował.

Jak naprawdę jest z tym "Marmurem"? Jest to płyta niezła, momentami dobra, ale na dłuższą metę taka, do której się raczej nie będzie wracać. Najważniejsze jednak jest to, że… Taco wykorzystuje swoje 5 minut łechcąc koniunkturę. Potencjał jest, dobre zaplecze muzyczne również, więc pozostaje się tylko zastanowić, czy za kilka lat będziemy go pamiętali z kilku dobrych albumów, czy tylko z singli, które narobiły sporego zamieszania? Historyczne piosenki, takie jak "Następna Stacja" i "Deszcz Na Betonie" już są, czas na płytę, bo mimo że "Marmur" wielki nie jest, to może być dużym krokiem ku naprawdę dobremu sequelowi. Póki co jest średnio, ale grzechem by było pominąć.