Włodi: Czas jest najlepszym lekarstwem

"Jestem w stanie zrobić płytę antykomercyjną, antyhitową, tylko dlatego, żeby spełnić warunki tego, że będzie oryginalna i charakterystyczna. Wydaje mi się, że moja nowa płyta taka właśnie będzie".

|
21 lutego 2017, 8:55am

Kilka tygodni przed premierą czwartego solowego albumu Włodiego, "Wszystkie drogi prowadzą do dymu", postanowiłem pojechać do Warszawy, by porozmawiać z jednym z najważniejszych polskich raperów, a rozmawiać było o czym. Jesteś ciekaw dlaczego Włodek nie nagrał ostatecznie pod bit Alchemista? Co ze wspólnym albumem z Ostrym, ile płacił za podkłady od Sid Roams? Jak zareagował na słowa Peji podczas "Warsaw Challenge", w jaki sposób w teledysku do "Dobrze będzie, dzieciak" znalazł się pan Stefan Friedmann? Na te i wiele, wiele innych pytań, odpowiedzi znajdziesz w poniższej rozmowie. Się zaprasza!

Noisey: Kilka miesięcy przed pojawieniem się w sklepach albumu "Wszystko z dymem", na rynek amerykański trafił krążek "Albert Einstein". Gdy pierwszy raz odsłuchałem twój materiał, pomyślałem sobie, że wspólne dzieło Alchemista i Prodigy'ego było Twoją główną inspiracją. Rzeczywiście ten materiał wpłynął na finalne brzmienie Twojej trzeciej solówki?
Na pewno w jakiś sposób wpłynęło to na brzmienie płyty. "Albert Einstein" pojawił się w momencie, gdy pracowałem nad swoją płytą, więc było to nieuniknione. Poza tym jestem ogromnym fanem muzyki Alchemista i śledzę wszystkie jego produkcje - od tych najgorszych do tych najfajniejszych. Dlatego też ciężko mi podejść krytycznie do jego podkładów. Prodigy z kolei, to pierwszy raper, który na mnie tak bardzo wpłynął - jego styl, sposób składania rymów, modulacja głosu, tematy, w których się porusza. Ten duet na pewno miał na mnie spory wpływ. Nie tylko ta konkretna płyta. Swoją drogą, od dwóch dni cały czas słucham jego nowej płyty - "The Hegelian Dialectic". Bardzo ciekawa rzecz.

Ja ostatnio wróciłem do "13" Havoca.
Zajebista płyta. Havoca bardziej cenię i lepiej słucha mi się go na solowych projektach niż na Mobb Deep. Uważam, że na Mobb Deep jego rymy były na drugim miejscu, bardziej skupiał się na produkcji. Na solowych albumach jego rymy są bardziej poskładane, lepsze. Szczególnie na tej płycie, którą ostatnio zrobił z Alchemistem.

"The Silent Partner".
Tak, na tej płycie Havoc wypadł świetnie.

W czasach, gdy promowaliście projekt Parias, nieśmiało wspominaliście, że chcielibyście zrobić coś na bitach Alchemista.
Na dobrą sprawę poruszyłem z nim ten temat, gdy grał w Warszawie z Evidencem, jako Step Brothers. Miałem przyjemność pobyć z nimi dłużej, pooprowadzałem ich po warszawskich sklepach z płytami. Zapytałem, czy jest możliwość kupienia bitu, Alchemist powiedział, że pewnie byłaby możliwość, gdyby miał jakiś wolny, ale robi tyle rzeczy dla ziomków z pierwszej ligi, że na tamtą chwilę współpraca była niemożliwa.

Szczerze podszedł do tematu.
Doceniam taką postawę. Wspomniał, że bardzo podobał mu się bit, który dostałem od Evidence'a. Mówił, że nie przekreśla naszej współpracy i że jeśli będzie tylko okazja, to wrócimy do tematu. Ale uważam, że to była raczej kurtuazja z jego strony niż zapowiedź wspólnego kawałka.

A dlaczego nie doszedł do skutku wasz wspólny kawałek ze Slaughterhouse?
Ciężko było nawiązać z nimi kontakt. Ja zakładam, że jeżeli relacja z raperami ze Stanów wynika sama z siebie, to warto to dalej kontynuować i może zapytać o współpracę. Natomiast, jeżeli jest zachowany dystans, to nigdy o takie rzeczy nie pytam, bo to nie ma sensu. Musi być zajawka z dwóch stron, jak np. w przypadku mojej współpracy z Evidencem - w jakiś sposób zakolegowaliśmy się ze sobą. Kiedy zobaczył mnie na Hip Hop Kempie, to od razu mnie zawołał, paliliśmy wspólnie jointy, rozmawialiśmy o rzeczach niezwiązanych z muzyką. Ta współpraca z tego wynikła. Zapytałem go: "jest szansa spełnić kiedyś swoje marzenie i mieć od ciebie bit?". Otworzył bez słowa laptopa i wybrałem sobie bit, za który nie zapłaciłem. Dał mi go za darmo.

Macie do teraz kontakt ze sobą?
Nie ma jakiegoś stałego kontaktu, trudno byłoby coś takiego zachować. To nie jest mój ziomek. Podchodzę do tego z pozycji fana. W tej relacji jestem jego fanem. To, że udało nam się nawiązać coś więcej, niż tylko wymiana kilku suchych maili i wysłanie bitu przez neta, to fajnie - ja już spełniłem swoje marzenie. Nie wyobrażam sobie, czego mógłbym więcej od niego chcieć, by nie miało to formy narzucania się. Nie umiałbym poprosić go o drugi bit. Wydawałoby mi się to trochę nie na miejscu.

Chcę cię podpytać o jeszcze jednego producenta, tym razem z Polski. Na albumie "Molesta + kumple", kawałek "Wszystko wporzo" wyprodukował Mrozu. Jak doszło do tej bądź co bądź egzotycznej współpracy?
Mroza poznałem w czasach, gdy nie był jeszcze znany. Pamiętam, że przyszedł na nasz koncert w okolicach 2004-2005 roku we Wrocławiu, wręczył nam swoją demówkę z bitami i zaproponował współpracę. Przyjechałem do domu, odpaliłem jego produkcje i od razu zadzwoniłem, by zarezerwował dla nas ten podkład. Dopiero później dowiedziałem się, że nie tylko robi bity, ale też śpiewa i planuje wydać album.

Chyba debiut wydał u Hirka w Pink Crow.
Tak, dokładnie. Pamiętam, że Mrozu przyjechał też do nas na plan teledysku. Wiesz, fajna znajomość się z tego wywiązała.

Kilkanaście lat temu byliście w studiu u DJ-a Premiera...
Mnie tam nie było. Był tylko Vienio i Pelson, przy okazji swojej trasy koncertowej po Stanach. Preemo miał zagrać przed ich koncertem, ale bardzo się rozchorował i nie mógł przybyć. W ramach rekompensaty zaprosił chłopaków do studia. Zrobili wywiad, porozmawiali ze sobą, posłuchali muzyki, był chyba też jakiś temat wspólnego kawałka.

Premier chyba w tamtych czasach był niezbyt skłonny, by dawać bity dla europejskich raperów.
Skłonny, nieskłonny. Jego cena jest dosyć droga. Słyszałem, że rzucał nawet 5000 dolarów za bit.

Sporo.
Sporo, ale dlaczego ma tyle nie brać? To jest DJ Premier, on sobie wyrobił markę, coś jak Mercedes. Jak chcesz jeździć Mercedesem, to się nie dziw, że kosztuje tyle, ile kosztuje. 

Ty byłbyś skłonny zapłacić tyle za bit Premiera albo kogoś innego?
Nie. Nie uważam, że te bity są słabe i niewarte tych pieniędzy - są warte. Uważam jednak, że jest dużo fajnych bitów, za które nie musiałbym tyle płacić.

A nie uważasz, że bit np. od Preemo nie robi w 2017 roku już takiego poruszenia, jak kilkanaście lat temu? I że mając taki podkład, tak naprawdę nie przełożyłoby się to na większą sprzedaż itd.?
Jeżeli myślałbym takimi kategoriami, że kupuję bit od kogoś i ma to zrobić szum wokół mojej osoby czy skłonić kogoś do przesłuchania tego numeru, to najprawdopodobniej byłoby to strzałem w stopę. Ale to tylko moje zdanie, ludzie kierują się różnymi kategoriami. Ja, jeżeli miałbym to zrobić, to zrobiłbym to tylko i wyłącznie zajawkowo. Jeżeli byłbym na tyle bogaty, by wyłożyć w każdej chwili 2000 dolarów na bit, to bym go miał. Pewno zadzwoniłbym też do Alchemista i wyłożył tyle samo i spełniłbym...

Poczekaj, chcesz powiedzieć, że spełniłbyś swoje marzenie, ale...
Może nie marzenie. Kiedy zaczynaliśmy, to było to w sferze rzeczy nieosiągalnych. Nawiązanie relacji czy nawet zamiana słowa z raperem ze Stanów było nie do pomyślenia. Pierwszy koncert, jaki w ogóle grałem to support przed Run-D.M.C. - rzuciliśmy się od razu na głęboką wodę. To pozwoliło nam przełamać barierę sztucznego dystansu, jaki sobie nieraz wyrabiają ludzie. Wcale nie jest tak, jak sobie czasami wyobrażamy, że coś jest nieosiągalne, że z daną osobą nie da się zamienić słowa, że jest ogromną gwiazdą...

Ale podobno Jam Master Jay bardzo gwiazdorzył na Rap Dayu.
Może i tak, takie rzeczy się zdarzają. Opowiem Ci najdziwniejsze zachowanie, jakie kiedykolwiek zauważyłem u rapera ze Stanów. La Coka Nostra grała koncert w Stodole. Everlast stwierdził, że nikomu nie poda ręki. Nie przywitał się z żadnym ze swoich fanów, ani z nikim, kto przyjechał po niego na lotnisko. Powiedział coś w stylu "odzwyczaiłem się". Dla mnie to było mega burackie zagranie. Ale nie tłumaczę sobie tego w żaden sposób, ludzie są różni. Może miał zły dzień, może to nie jest jego regułą.

Ciężko byś miał go oceniać po jednym zachowaniu.
Tak, tak. Może akurat wysiadł z samolotu i był wkurzony, bo czegoś nie dostał (śmiech).

Wracając do tematu DJ-a Premiera i płacenia dużych pieniędzy za jego bity. Nie uważasz, że płacenie za bity, komuś kogo się tak naprawdę nie zna, jednak trochę psuje radość i zajawkę z tego wszystkiego?
To wszystko zależy od nawiązanych relacji między osobami. Przy płycie Parias nawiązaliśmy kontakt z ekipą Sid Roams, która produkowała np. dwie płyty Prodigy'ego, robiła rzeczy dla Dilated Peoples. Tutaj zagadaliśmy typowo biznesowo. Odezwałem się mailowo do jednego z nich, powiedziałem, że podobają mi się ich rzeczy, chciałbym mieć to na swojej płycie, zapytałem, ile kosztuje bit. Gość dał nam bardzo klarowną odpowiedź. Podał nam trzy przedziały sum, w jakich mieszczą się poszczególne bity. Mogłem sobie wybrać podkłady z trzech katalogów - jeden był od 1500 dolarów w górę, drugi od 500 w górę, a trzeci od 300 w górę. Kiedy kupiliśmy jeden bit i wybraliśmy dwa następne, to zamiast kupić je wszystkie po 500 dolarów, to okazało się, że kupiliśmy je po 300 dolarów. Dlatego, że wzięliśmy trzy. 

Pamiętasz jak doszło do tego, że wsparliście promocję filmu "Wholetrain"?
Chyba odezwał się do nas z zapytaniem dystrybutor filmu. Zgrało się to fajnie z promocją naszego albumu "Molesta + kumple", zrobiliśmy fajny teledysk do "Nikt i nic".

To chyba jeden z pierwszych bitów, jakie Returnersi dali polskim raperom.
Możliwe. Wcześniej obejrzeliśmy oczywiście film, by zobaczyć czy nie ma tam czegoś przypałowego. Wiesz, często filmy o kulturze są przekłamane. Twórca nie wie jakie są realia, jaki jest żargon tych ludzi. Słowa jakimi się komunikują czasami są śmiechu warte. Najlepszym przykładem jest dla mnie film o Paktofonice. Ten film to największy szmelc, jaki w życiu widziałem, tragedia.

Dlaczego?
Dlatego, że nie ma oddania żadnych realiów tamtych czasów, żadnego! Jeżeli robisz film oparty na faktach i ma to być film, który się odnosi do jakiejś kultury, to masz się zębami i rękami trzymać tych faktów, niuansów i takich rzeczy, bo to jest najważniejsze - to jak ktoś jest ubrany, co on mówi, jakiego słownictwa używa. W tym filmie nic, kompletnie nic nie było z rzeczywistości. Wiocha do bólu.

Zmieniając temat. Jak dobrze myślę, to zwrotka Eisa w kawałku "Mam siłę" z płyty "W..." była ostatnią, jaką na tamten czas nagrał. Pod koniec 2016 roku, Eis znalazł się w remiksie "Dr Melfi". Jak Ci się ta zwrotka podoba?
Podoba mi się. Nagrał luźną zwrotkę w stylówce z czasów, gdy kończył nagrywać. W stylówce jakiej go zapamiętano. Ja tak to interpretuję. Co miał w tym kawałku pokazać? Potrójne, poczwórne rymy, przejścia, zmiany tempa? No nie. Eis zarapował jak Eis. Fajny remiks numeru i tyle.

W 2015 roku na "Warsaw Challenge", Peja w miły sposób wspomniał o tobie ze sceny. Jak to odebrałeś? Wiedziałeś w ogóle, że coś takiego może mieć miejsce, bo np. wcześniej rozmawialiście?
Nie było mnie tam, gdy Peja to mówił. Z jednej strony fajnie, że to zrobił, ale jeżeli  konfliktujemy się na takim poziomie, gdzie padają bardzo poważne słowa (a obydwaj jesteśmy ze świata, z którego wiemy, że jesteśmy - on poznał życie w ten sam sposób, co ja), to wiemy doskonale, że żeby załatwić tak sprawę, by można było podać sobie rękę, to najpierw trzeba stanąć twarzą w twarz i spojrzeć sobie w oczy, a potem wyjść z tym oficjalnie. Ja bym to tak załatwił, ale nie deklasuję jego ruchu, bo uważam, że to było w porządku. Nie mam nic do niego, nie żywię w sobie żadnego żalu, nienawiści czy hejtu w stosunku do niego. Wiesz, czas leczy rany. Uważam beef za element hip-hopu, który istniał, istnieje i musi istnieć. 

Nie przecinaliście się na festiwalach?
Mijaliśmy się z daleka. Nie było tak, że któryś z nas wyszedł z inicjatywą i podszedł do drugiego, zagadał. Może ani Peja, ani ja, nie czuliśmy takiej potrzeby. Uważam, że nic nie powinno dziać się na siłę. Jak będzie okazja się pogodzić, to się pogodzimy, a jak nie, to nie. Tyle. Nic to nie zmieni w polskim hip-hopie tak naprawdę.

Dlaczego tak uważasz?
A co mogłoby to zmienić?

Nie wiem czy zmienić, ale mógłby pojawić się wasz zajebisty, wspólny kawałek. Zresztą nie pierwszy.
No tak, mieliśmy numer, i u Decksa, i na mojej solówce. Gdzieś tam w historii się przecinaliśmy. Powiem to jeszcze raz - nie żywię do nikogo hejtu. Uważam to, co było, za rzecz minioną. To było i koniec, do widzenia.

Uważam, że twoja zwrotka w "Hip-Hop vs Peja" była raczej z gatunku tych łagodnych.
Chciałem napisać diss w innej formie niż pisze się dissy. To się nazywa robieniem czegoś na patencie. Robienie czegoś w kanonie to żadna sztuka. To jest główny element, którym się kieruję, robiąc cokolwiek. Staram się być charakterystyczny i oryginalny w muzyce. Nie tak bardzo interesuje mnie sam sukces i odbiór danego numeru, jak jego oryginalność i charakterystyka. Jestem w stanie zrobić płytę antykomercyjną, antyhitową, tylko dlatego, żeby spełnić warunki tego że będzie oryginalna i charakterystyczna. Wydaje mi się, że moja nowa płyta taka właśnie będzie.

O tej antykomercyjności też chciałem porozmawiać. Na każdym kroku podkreślaliście, że projekt Parias był projektem antysystemowym. Skoro chcieliście być tak bardzo anty, to po co zgłaszaliście ten materiał do Zaiksu?
Bo to są pieniądze. Wiesz, jeżeli chciałbyś coś ocenić od strony moralności i prawdziwości, wszystko co niesie za sobą jakiś przekaz społeczny powinno być za darmo. Czasami łapię się na tym, że poruszając w kawałkach bardzo ważne treści, które opowiadają o rzeczach społecznych, zastanawiam się, czy jest fair brać za to pieniądze. Ale z drugiej strony to jest życie, trzeba za coś brać pieniądze - taka prawda. Jeżeli bierzesz pieniądze za to co lubisz i jesteś w tym szczery, to ok. Nie ma rzeczy w stu procentach dobrych i w stu procentach złych. We wszystkim pojawi się jakiś mały element wątpliwości, co byś nie robił.

Czy poza podpisaniem kontraktu w wytwórni Pomaton, jest coś czego żałujesz? 
Nie.

A to, że twoja płyta z Ostrym finalnie się nie ukazała?
Nie żałuję, że się spotkaliśmy, że wymieniliśmy między sobą pewne rzeczy i że do tego nie doszło, bo to doświadczenie mnie wiele nauczyło. Może i słabo, że nic z tego nie wyszło, bo mógł powstać rewelacyjny materiał.

Były już jakieś gotowe kawałki?
Nie. Skończyło się na selekcji bitów i marudzeniu przeze mnie, co bym chciał, a czego nie. Dla mnie to było miłe doświadczenie, bo mimo, że nic z tego nie wyszło, spędziliśmy fajnie czas (śmiech). Byliśmy kilka dni w Holandii i szukaliśmy sampli w lokalnych sklepach z winylami. Później w wynajętym domku Ostry to samplował, robił prevki bitów.

Jest szansa, że temat wspólnej płyty wróci?
Raczej nie. Byłoby to trochę nie na miejscu. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Myślę, że skoro raz nie wyszło, to i za drugim razem byłoby podobnie.

"Na zawsze odrzucone komercyjne oferty". Często w wywiadach podkreślasz, że jesteś antymediowy, że media do ciebie nie dzwonią i cię nie chcą. I tak sobie pomyślałem, że łatwo jest mówić takie rzeczy, jak w powyższym cytacie, wiedząc, że te komercyjne media i tak się do ciebie odzywają bardzo, bardzo rzadko.
Powiedziałem, że mój wizerunek nie jest medialny. Mój wizerunek nie jest wizerunkiem, który się łatwo sprzeda na juwenaliach. W mojej muzyce przewijają się zioło, przekleństwa, ulica. Jeżeli mówię, że mój wizerunek jest niekomercyjny, to jest niekomercyjny sam z siebie. Łatwiej komuś będzie się dogadać z kimś, kto jest ogólny, kto nie wyraża jakiegoś konkretnego poglądu...

Jest taką Szwajcarią?
Dokładnie, wtedy można podpiąć pod takiego gościa wszystko. Pode mnie nie można wszystkiego podpiąć. Poza tym uważam, że pewne ruchy, które wiążą się tylko z zaistnieniem na rynku, są po prostu wieśniackie. U mnie takich rzeczy jak nadużywanie social mediów nie zobaczysz. To jest dla mnie strasznie komercyjna rzecz. Pisanie sucharów, wrzucanie dziesięciu zdjęć tygodniowo. Ja tego nie czuję - sorry.

A mógłbyś zdradzić oferty, które pojawiały się na przestrzeni ostatnich lat?
Pojawiła się oferta z firmy Orange, była to oferta dotycząca całego albumu Molesty, który ostatecznie nie powstał. Wypuściliśmy singiel "Teraz" i to już decydowało o moim podejściu do tej sprawy. Ja bym w to nie wszedł, a wiesz dlaczego? Wrzucili ten kawałek na swoją stronę i wykasowali przekleństwa. Albo wchodzisz w zespół jaki jest, albo nie.

Wy też macie na swoim kanale "wypikane" przekleństwa. Chyba w numerze "Wszystko wporzo".
Może to wersja, która leciała w telewizji. A jeśli już jestemy przy telewizji - moje klipy nie polecą w ciągu dnia chyba nawet w telewizji Hip-Hop TV. To nie są klipy na zasadzie pamiętnik z wakacji - jedzie koleżka do Hiszpanii, ściąga koszulkę i klaszcze przy palmach, a obok niego wieśniary, jak z teledysków disco polo. Dla mnie 90% polskich klipów to stylistyka z pamiętników z wakacji (śmiech).

Skoro wywołaliśmy wcześniej temat singla Molesty, to parafrazując twoje wersy z tego kawałka - A Tribe Called Quest nagrali jednak krążek, a Molesta?
Nie jesteśmy w stanie nawiązać relacji, która spowodowałaby, że zespół jest prawdziwy. Jeżeli zespół istnieje, to musi istnieć na bazie prawdziwych relacji. Nie na zasadzie: każdy ma swoje życie, spotykamy się na dwa miesiące i nagrywamy album. Spróbowaliśmy tak zrobić, ale nic z tego nie wyszło. Zespół umarł śmiercią naturalną i w takim momencie, w którym nie strzelił sobie w stopę  wydając chujową płytę. Jasne, że czasem myślę, że fajnie było jechać z ekipą w trasę, ale to chyba już tylko sentymenty. Vienio ma swoje życie, spełnia się kulinarnie, życzę mu jak najlepiej, ale wydaje mi się, że muzycznie nie będziemy już w stanie się dogadać. Chociaż nie chcę niczego przekreślać. Śniło mi się w ogóle ostatnio, że gram trasę z Wilkiem, Pelsonem, Vieniem i Voltem (śmiech).

Wiesz co, tak sobie myślę, że muszę zadać to pytanie, bo w zasadzie nigdy publicznie o tym nie mówiliście. Czy to nie jest tak, że Wilku odszedł z Molesty z powodu kwestii finansowych?
Czy ja wiem? Trudno mi to oceniać po tych wszystkich latach, to było bardzo dawno temu. Wilku jest w ogóle teraz moim sąsiadem przez ulicę, widujemy się czasem na spacerze z psami. Jak mówiłem wcześniej - czas jest najlepszym lekarstwem. Mamy nawet te same psy (śmiech), ja mam Jack Russell i on ma Jack Russell (śmiech).

W takim razie, co z projektem Parias? Rozmawiałem kilkanaście miesięcy temu z Pelsonem i powiedział: "Nie wiem czy kiedykolwiek to powstanie. Z perspektywy tych czterech lat to myślę, że był to jednorazowy strzał".
Też uważam, że to był jednorazowy strzał. To było podsumowanie okresu, w którym kolegowaliśmy się bardziej niż teraz. Często jest tak, że jak zakoleguje się dwóch raperów i spędzają ze sobą więcej czasu, to finalizują to wspólnym projektem. Charakter tego projektu zobowiązuje, by powstało to nagle, z potrzeby chwili i tego, że naprawdę chcemy to zrobić. Kombinowaliśmy coś nad drugim albumem, ale nasze drogi muzyczne idą teraz w trochę inne strony. Uważam, że nic na siłę. W tej chwili koncentruję się na tym, co sam robię. Oprócz płyty, którą wydaję za chwilę, w głowie mam już kolejny projekt, który sobie wymyśliłem. Myślę, że za miesiąc zacznę go już realizować.

Eldo podczas mojego ostatniego wywiadu powiedział, że w latach 90. raperzy w Warszawie niechętnie ze sobą współpracowali. Jako przykłady podał to, że nie dzieliliście się informacjami o tym, gdzie produkować koszulki, jaką brać stawkę za koncert itd.
Było tak. Nie uważaliśmy, by było to konieczne. Tu chodzi o to, jaka była mocna rywalizacja między ekipami. W Warszawie był wówczas silny podział dzielnicowy. Tego już nie ma. Ludzie żyjący obecnie nie są w stanie tego skumać, bo tego nie doświadczyli. Nie doświadczyli życia bez telefonów komórkowych, internetu, z ekipami siedzącymi po 30 osób na ławkach od rana do wieczora (tak naprawdę tam toczyło się kulturowe życie Warszawy). Te zajawki były bardzo lokalne. Patenty, które się pojawiały w ekipach na rapowanie, na bity, na styl ubierania się też były bardzo lokalne. Nikt się tym nie chciał dzielić, z racji tego, że to było nasze, takie gówniarskie "nie i koniec". Wszystko było strasznie hermetyczne.

Czy brakuje Ci w dzisiejszych czasach takich najprostszych rozwiązań, jak danie sobie po prostu w mordę po koncercie? Pytam o to, bo kiedy widzę kolejny raz, jak raperzy kłócą się między sobą na ścianach Facebooka, to ręce mi opadają.
Dać sobie w mordę albo w ogóle tego nie pisać, no kurwa. Raperzy zachowują się jak dewotki, które dostały narzędzie, dzięki któremu mogą sobie wbijać szpile. To jest jakiś straszny suchar. Rap ma taką charakterystykę, że mówisz, co myślisz. To jest jedyny gatunek muzyki, w którym tak bardzo słowa są związane z tym, kto je mówi. Jeżeli ktoś poruszył temat i wrzucił go w kawałek, a kogoś to uraziło, no to nagrywasz odpowiedź albo w ogóle o tym nie mówisz. Słucham i koniec. Albo się uśmiecham pod nosem, jeśli się z tym nie zgadzam, a jak gościu trafił w punkt, to siedzisz cicho, bo prawda jest prawdą - tak uważam.

Mi w tej całej sytuacji z Edziem najbardziej podobała się postawa Białasa, który napisał coś w stylu: Włodi, jeśli ci się nie chce, to daj znać, chętnie mu pocisnę (śmiech).
Tak (śmiech). Białas jest kotem, jeśli chodzi o bragowych raperów. Jest bezczelny, pewny siebie, a poza tym mega produktywny. Tyle rzeczy ile oni napierdalają w rok, to niektórzy nie są w stanie zrobić przez całą swoją karierę.

Wracając do starych czasów. Jak w teledysku do "Dobrze będzie, dzieciak" znalazł się pan Stefan Friedmann?
Syn pana Friedmanna, Wojtek, jest naszym przyjacielem od lat. Dla nas nie był nigdy osobą z wielkiego świata, tylko tatą naszego przyjaciela.

A ta kobieta, która prowadzi taksówkę w "Jak nowonarodzony", nie jest aktorką?
Nie (śmiech). To dziewczyna z Białegostoku.

Jest szansa, że druga i trzecia płyta Molesty trafi na winyle?
Tak, chyba będziemy teraz nad tym pracować. Moje dwie solówki ukazały się bez mojej wiedzy, ja nie wiedziałem o tym, że to wyjdzie na winylach. Dopiero jak się ukazały, dostałem telefon z PolishVinyl, że mają dla mnie prezent.